„Że życie ma sens” w reżyserii Grzegorza Lipca to:

A) polska wersja Trainspotting

B) polska odpowiedź na Requiem dla snu

C) rodzime odniesienie do Human Traffic

D) ilustracja polskiej rzeczywistości przełomu tysiącleci

Wybieram opcję „D”, a wy?

Choć przez większość seansu tkwimy w świecie młodych narkomanów, sprowadzanie „Że życie ma sens” do produkcji tylko i wyłącznie o używkach byłoby zbyt ogólnikowe. To przede wszystkim ilustracja smutnej rzeczywistości, pozbawionej jakichkolwiek perspektyw na lepsze jutro. Film był realizowany w momencie, gdy bezrobocie w Polsce sięgało prawie trzydziestu procent, minimalna krajowa oscylowała na poziomie 800 złotych, a blokowiska zżerała heroina, której ofiary konały na dworcach, ulicach i brudnych klatkach. Czarno-biały obraz przenosi widza do Polski z przełomu tysiącleci, gdzie po krótkiej euforii związanej z upadkiem komunizmu, powodów do radości było coraz mniej. 

Na początku, obserwujemy bohaterów, którzy dążą do konkretnego celu – skończenie filmu, napisanie książki. Kiedy jednak na drodze Lipy i Mikołaja pojawia się Vincent, wprowadza ich w świat narkotyków. Popularne w tamtym okresie hasło „zażywasz – przegrywasz” ma w produkcji Lipca stuprocentowe zastosowanie. Zamiast filmu w kinach, książki w sklepach, dwudziestolatkowie zaczynają przeżywać ekstazę jedynie przy pomocy coraz to nowszych stymulantów. Jeden z bohaterów zmusza partnerkę do prostytucji w celu zarobienia pieniędzy na używki. W innym przypadku lokalny diler, który mówiąc potocznie – zaczyna ćpać swój towar, zostaje wywieziony na „przejażdżkę” do lasu przez „smutnych” panów w BMW. „Że życie ma sens” jest zdecydowanie bardziej przerażające i przybijające w swojej wymowie, aniżeli wspomniane na wstępie amerykańskie i brytyjskie odpowiedniki. Poprzez zaangażowanie naturszczyków film może przypominać quasi-dokument, co tylko podkreśla realistyczny wydźwięk dzieła. Na sam koniec seansu znalazł się nawet mały pstryczek od twórców, skierowany w stronę filmu „Nocne Graffiti” i serialu „Ekstradycja”. Postacie Moniki i „Koksa” z „Nocnego Graffiti” oraz „Myszy” z Ekstradycji, przy „Lipie”, Vincencie czy Mikołaju, wyglądają jakby były wyjęte rodem z przesłodzonego filmu z Hollywood. „Że życie ma sens” pomimo ograniczonego budżetu i braku głośnych nazwisk w obsadzie, wywarło mocny wpływ na odbiorców, właśnie dzięki surowości i autentyczności ukazanych w nim sytuacji. Przeglądając komentarze umieszczone pod filmem, można zauważyć, że niektórych widzów produkcja Lipca otrzeźwiła, inni potraktowali ją jako czystą rozrywkę, albo sięgnęli po nią za późno, tkwiąc już od lat w poważnym nałogu. 

W tym pesymistycznym dziele, znalazło się jednak trochę frantowskich momentów, o które zadbał przede wszystkim Vincent. Wiele tekstów z filmu przeszło do mowy potocznej, jak chociażby „moi koledzy szklanki jedzą”. Zresztą sama rozmowa „przełożonego” z dilerem jest jednym z najbardziej absurdalnych, ale przy tym wyjątkowo humorystycznych elementów produkcji Lipca. Nie można zapomnieć również o scieżce dźwiękowej, która towarzyszy widzom w poszczególnych sekwencjach. Znalazły się tutaj wszystkie gatunki, które cieszyły się popularnością na przełomie wieków: zalewające kluby techno, rodzący się na blokowiskach polski hip hop, czy przeżywająca renesans muzyka gitarowa.  

Ostatnia scena w filmie jest sowicie druzgocąca w swoim przekazie. Kiedy Lipa pyta Vincenta, co myślał, kiedy wciągał amfetaminę, Vincent odpowiada: „że życie ma sens”. Sens w czym? W ciągłym uciekaniu od ponurych realiów, które bohaterowie widzą zza okna?

Spłaszczanie całego obrazu jako produkcji dotyczącej uzależnienia od narkotyków jest zbyt zdawkowe. „Że życie ma sens” to przede wszystkim bardzo przygnębiające dzieło, poruszające tematykę brutalnej rzeczywistości młodych ludzi Polski a.d. 2000.

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Damian Kaźmierczak

Damian Kaźmierczak

Od dziecka zafascynowany popkulturą, w szczególności kinematografią, muzyką, literaturą i sztuką. Wciąż nie może zdecydować się, czy jego ulubionym filmem jest „Wolny dzień Ferrisa Buellera” czy „Ludzie honoru”. W tekstach stara się łączyć różne elementy popkultury i analizować je pod kątem historycznym, socjologicznym. Montażysta, scenarzysta, człowiek renesansu. Nie wyobraża sobie życia bez aktywności fizycznej, ostatnio szczególnie pochłania go koszykówka i tenis.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy