Najnowszy film Francisa Forda Coppoli nosi nieoficjalny podtytuł „baśń”. Reżyserowi trzeba oddać, że podczas tworzenia tego projektu, rzeczywiście pozwolił ponieść się dziecięcej fantazji. Megalopolis to mieszanka pomysłów i stylów, którą trudno porównać do jakiegokolwiek istniejącego filmu. Niestety, w tym przypadku „niezwykły” wcale nie oznacza „dobry”, albo zaledwie „poprawny”. Chociaż Coppola chce nam przekazać coś wartościowego, podczas opowiadania swojej „baśni”, gubi się i miota, tak jakby całkowicie zapomniał jak należy pisać i kręcić historię.

Jest taka piosenka zespołu Arctic Monkeys, w której Alex Turner śpiewa, że miał wielkie pomysły i cały zespół był nimi podekscytowany, ale kiedy przyszedł do studia nagrać piosenkę, wszystko już zapomniał. Szkoda, że podobny koniec nie spotkał wielkich pomysłów Francisa Forda Coppoli, które reżyser zawarł w Megalopolis. Nigdy nie byłem zwolennikiem anty-nagród, jakimi są np. Złote Maliny. Wychodzę z założenia, że żadne dzieło sztuki filmowej, której przedstawicielami są również filmy niskich lotów, nie powinno podlegać obiektywnemu hejtowi. Nasza percepcja dzieła zależy przecież wyłącznie od subiektywnych czynników, często uwarunkowanych również okolicznościami, w których oglądaliśmy dany obraz. Na pewno wielu krytyków będzie zdania, że Megalopolis niejako wyprzedziło swoje czasy. W moim przypadku bezsprzeczna oryginalność nie uratowała go od werdyktu, że jest to chyba pierwszy film w historii, któremu Złotą Malinę chciałbym wręczyć osobiście. 

Z Megalopolis wszystko od początku szło źle. Na tyle źle, że w przyszłości młodym studentom filmówek chyba będą na jego przykładzie opowiadane anegdotki ku przestrodze jak NIE produkować filmów. Podobno Coppola wpadł na pomysł opowiedzenia o przyszłości Stanów Zjednoczonych przez pryzmat starożytnego Imperium Rzymskiego już w latach 70. Projekt był jednak zawiły i kosztowny, a w międzyczasie na drodze reżysera stanął m.in. zamach na World Trade Center, który jeszcze bardziej ostudził zapał studiów filmowych do opowiadania historii podsumowujących amerykańską cywilizację. Kiedy Coppola postanowił sfinansować projekt z własnej kieszeni, wszystko zaczęło lecieć na łeb na szyję. Reżyser obwiniał o to rzecz jasna mityczne cancel culture i wrogie media. Jednym z największych przewinień dziennikarzy było wyłapanie filmików z planu, gdzie 85-latek całuje i obejmuje jedną ze statystek, żeby (jak później się tłumaczył) wczuła się w rolę. Ekipa od efektów specjalnych opuszczała projekt w trakcie realizacji, a Coppola poprawiał swój scenariusz na kolanie, pomiędzy ujęciami. Skrypt nie był gotowy nawet na tyle, żeby aktorzy nie musieli improwizować w biegu.

W normalnych okolicznościach, improwizacja w wykonaniu utalentowanych aktorów może wznieść film na wyższy poziom. Megalopolis jest jednak odrębnym przypadkiem. W jednej z pierwszych scen bohater grany przez Adama Drivera cytuje Hamleta, a cała reszta dialogów jest utrzymana w tak patetycznym tonie, że gdyby nie popularność ulubionego cytatu bohemy artystycznej (rzecz jasna „to be or not to be…”), moglibyśmy nie zauważyć w owej podniosłości nic nadzwyczajnego. Bohater o imieniu Cesar (serio) rozmawia, a właściwie wymienia się monologami z postaciami o imionach takich jak Cicero i Crassus, aż nagle na scenie pojawiają się bohaterki pod aliasami Westa i Wow Platinium (imiona czytane ze śmiertelną powagą). Męscy bohaterowie rzucają się po deskach planu filmowego, jakby chcieli swoimi rolami udowodnić światu, jak bardzo był w błędzie, spychając ich talent na boczny tor. O ile w przypadku Jona Voight’a możemy mówić o najlepszym występie w tym filmie, to Dustin Hoffman (odsunięty z amerykańskiego przemysłu filmowego) i Jason Schwartzman (członek rodu Coppoli) zaliczają przebieg na miarę statystów. Pomimo całej sympatii dla Adama Drivera, który jest wyśmienitym aktorem, jego występ wcale nie ratuje tego filmu, a właściwie idealnie wpasowuje się w jego plastikową konstrukcję. Cesar odpowiada na kuriozalne dialogi tak kamiennym wyrazem twarzy, że w licznych zbliżeniach jest godny memów o popularności rangi Kylo Rena w spodniach treningowych. Kobiece bohaterki to marionetki będące przeseksualizowanymi podwersjami femme-fatale, zawieszonymi gdzieś pomiędzy Lady Makbet a Taylor Swift.

Jest to dobry moment, żeby wspomnieć o absolutnie katastrofalnych konwencjach musicalowych. Jeżeli ktokolwiek narzekał na to, co Todd Philips dokonał w Folie à deux Boże, chroń go przed Megalopolis! Piosenki są nie tylko tragicznie napisane. One stanowią apogeum tanich efektów specjalnych i bezmyślnych wizualizacji w stylu Windows Media Playera. Przejścia, montaż, kolory… film jest przesycony nimi wszystkimi i pozbawiony dobrego smaku. Megalopolis w akcji wygląda tanio i za bardzo stara się uatrakcyjnić oprawę wizualną oklepanymi błyskotkami. Narracja prowadzona za pomocą zwielokrotnionego obrazu i pozaświatowych przejść zwyczajnie się nie sprawdza. Wybryki Coppoli nie umywają się do innych kreatywnych przedstawicieli współczesnego kina takich jak Baz Luhrman, Wes Anderson, czy nawet Damien Chazelle. I oni dokonują autorskich audio-wizualnych projektów, balansując na skraju ryzyka podczas wykorzystywania dźwięku, kolorów i kiczowatej scenografii. A lepsze reinterpretacje Szekspira kręcił już nawet Kenneth Branagh…

Megalopolis
Obrazy z Megalopolis wyglądają naprawdę ładnie. Szkoda, że wprawione w ruch, tracą swój urok.

Każda scena w Megalopolis została wyolbrzymiona, a połowę z nich dałoby się wyciąć, ponieważ są całkowicie zbędne dla rozwoju akcji. Fabuła dzieła Coppoli wydaje się z góry przesądzona, więc w żaden sposób nie angażuje widza. Płaskie postacie nie rozwijają swoich relacji, ani nie wieńczą własnych historii. W schematyczne intrygi zostajemy wciągnięci gdzieś w środku trwania konfliktów w „Nowym Rzymie” i Coppola także pozostawia nas w martwym punkcie. Reżyser wyposażył swoich bohaterów w tak kuriozalne atrybuty jak np. umiejętność zatrzymywania czasu i skrzydła. Niestety nawet nie stara się, żeby przerysowane fantazje wykorzystać fabularnie. Megalopolis miało zapewne sprawiać wrażenie przepełnionego symbolami, enigmatycznego dzieła. W praktyce rozczaruje nawet zagorzałych fanów wszelkich fantastycznych tworów. Postacie zaczerpnięte z mitologii rzymskiej i greckiej oraz antycznej historii po prostu są i… coś robią. Jeszcze nigdy nie spotkałem filmu, który zostałby oparty o różnorodne szkoły filozoficzne i tak bardzo nie skłaniał w żaden sposób do myślenia. Cesar jest rzekomo genialnym architektem, który z dystopii, jaką jest Nowy Rzym, ma zrobić utopię, dzięki wynalezionemu przez siebie materiałowi budowlanemu. Niby poznajemy jego projekt miasta, ale równie zaawansowaną architekturę moglibyśmy zaprojektować w SimCity. Coppola wykorzystuje symboliczne punkty Nowego Jorku, takie jak Statua Wolności i Budynek Chryslera, ale nie pogłębia nimi historii. Wszelkie refleksje na temat Stanów Zjednoczonych są ukryte gdzieś pomiędzy wierszami, ale wszechobecny kicz i fatum spoczywające na bohaterach nie zachęca, żeby widz je odkrywał. 

Megalopolis to film, który narodził się z dziecięcej wyobraźni, a zrealizowany został ze śmiałością weterana branży filmowej. Francis Ford Coppola szaleje, ale brakuje mu w tym polotu. Megalopolis nie jest gościnne. To tandetne miasto, którego mieszkańcy nie posiadają głębi, ulice zalewa kicz, a powietrze śmierdzi niespełnionymi oczekiwaniami. Jakąkolwiek wartość estetyczną lub fabularną, w Megalopolis zauważą tylko ci, którzy będą umieli się do tego zmusić. 

Moja ocena: 3/10. 

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
5 1 głos
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Kamil Szczygieł

Kamil Szczygieł

Redakcyjny pisarz-kulturoznawca. Czytelnik scenariuszy, człowiek postmodernizmu, fan aktorów drugoplanowych. Zaparzenie dobrej kawy lub herbaty jest dla niego pierwszym krokiem do wejścia w fikcyjny świat. Wszechstronnie zaangażowany w kulturę rozrywkową, współpracował m.in. z CD-Action i Silesia Film.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy