„Uncle Scrooge and The Infinity Dime” to wyjątkowy, komiksowy one-shot wydany pierwotnie w czerwcu tego roku, łączący w sobie dwa potężne filary komiksowej historii: świat Kaczogrodu oraz Marvel Comics. Oto bowiem Jason Aaron, długoletni twórca superhero (w tym m.in. serii „Avengers” czy znakomicie ocenianego runu z Thorem) zaproponował historię, w której Sknerus, najchciwszy dusigrosz na Ziemi, wkracza w multiwersum za pomocą swojej słynnej dziesięciocentówki. Jak szybko się okazuje, stary kaczor nie potrzebuje thanosowskiej rękawicy, aby zasiać międzywymiarowy zamęt. „Wujek Sknerus i Dziesięciocentówka Nieskończoności” – bo tak brzmi polski tytuł tej opowieści – to fajna i starannie przygotowana ciekawostka, ale… czy historia ta naprawdę warta jest wielkoformatowego wydania, jaki zaproponował Egmont? Zwłaszcza, gdy obok niego na rynku funkcjonuje tańsza, ale pełna również innych komiksów propozycja z serii „Gigant Poleca”?
Słowem wstępu
Zacznijmy jednak od początku. „Dziesięciocentówka…” to one-shot, czyli tzw. komiksowy „jednostrzałowiec”, który od początku pierwszej zapowiedzi skierował na siebie uwagę wielu popkulturomaniaków (w tym również mnie). Komiksowe wydarzenie, biorące sobie za cel połączenie światów Sknerusa McKwacza i całego bogactwa uniwersum Marvela, to w swoich założeniach nie lada gratka – szczególnie dla fanów zarówno „kaczek”, jak i historii superbohaterskich. Disney włożył sporo wysiłku w promocję tego eventu, angażując do narysowania jednej z wersji okładek m.in. samego Franka Millera (rysownika takich dzieł jak „Sin City” czy „Batman: Rok Pierwszy”). Hype był więc, jak możecie się domyślać, dosyć spory. Komiks ujrzał światło dzienne w USA jeszcze przed wakacjami, jednak na polskie wydanie przyszło nam było poczekać do grudnia – i tutaj zaczyna się robić ciekawie. Egmont zapowiedział bowiem nie tylko wydanie historii w ramach ostatniego w tym roku „Giganta”, lecz również osobne, bardziej „premium” dostępne w dwóch wersjach okładkowych, które poza samą historią tytułową – wydaną w dużym formacie aniżeli „gigantowym”, kieszonkowym – zawiera również liczne dodatki celebrujące tę nietypową, popkulturową współpracę dwóch różnych światów. Podczas gdy „Gigant Poleca” ukazał się w standardowej cenie 24,99 zł, osobny album „Wujek Sknerus i Dziesięciocentówka Nieskończoności” został wyceniony na 69,99 zł. I to właśnie ten drugi, bardziej ekskluzywny wariant jest przedmiotem ten recenzji. Przejdźmy jednak do samego komiksu.

Na początku była dziesięciocentówka…
Nie owijając w bawełnę – „Dziesięciocentówka nieskończoności” cierpi na przypadłość niemal wszystkich one-shotów: jest zwyczajnie za krótka. Historia sprawia wrażenie, jakby została pozbawiona rozwinięcia, i tak naprawdę składa się zaledwie z intrygującego początku oraz widowiskowego zakończenia. Wielka szkoda, bo prowadzi to do sytuacji, w której one-shot korzystający z dobrodziejstw fabularnych konceptu multiwersum niemal zupełnie go nie wykorzystuje. Podoba mi się uczynienie z głównego antagonisty Sknerusa, fiksującego w swojej chciwości i osamotnieniu do tego stopnia, że pragnie stać się najbogatszym kaczorem nie tylko na swoim świecie, ale i w każdym innym. Jest to w duchu tej postaci i dobrze dopasowuje się do konwencji złoczyńców Marvela. Bardzo podobają mi się rysunki wszystkich zaangażowanych artystów (wszystkie trzy rozdziały tworzone były przez innych rysowników; pierwszy wykonał Paolo Mottura, drugi – Francessco D’lppolito, trzeci Alessandro Pastrovicchio i Vitale Mangiatorcil, a epilog Giada Perissinotto), w których czuć było „marvelowy” klimat poprzez nietypową dla serii donaldowych kompozycję kadrów czy sprytne użycie cienia. Podoba mi się przaśny, ale spektakularny finał, w którym Sknerusowie z wielu światów stawiają czoła swojemu alter ego w bitwie na miarę finału „Avengers: Endgame”. Nie podoba mi się za to, że w historii brakuje najważniejszego elementu epickich historii superhero, czyli solidnej podbudowy. Tym bardziej, że akurat postać McKwacza i jego mnogich wariantów stwarza ogromny potencjał do licznych interakcji, a tych w „Dziesięciocentówce” zwyczajnie zabrakło.
No bo pomyślcie tylko. Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałaby rozmowa „klasycznego”, znanego nam Sknerusa z dziecięcą wersją samego siebie (namiastkę tego zaserwował nam już chociażby Don Rosa w swoim „Czy to jawa, czy sen?”), albo jak młodzieńczy McKwacz, na co dzień wykopujący złoto w Klondike, zabrałby się do starcia z wielokrotnie potężniejszym mutantem z innego świata? „Wujek Sknerus i Dziesięciocentówka Nieskończoności” w żadnym momencie nie podejmuje podobnych wątków, korzystając ze znanych fanom bohaterów jedynie w charakterze fanserwisu. Tym samym do czynienia z niezłym, ale nieco rozczarowującym one-shotem, nigdy nie przeskakującym ponad własne założenia. Jest humorystycznie i przyjemnie patetycznie, ale w żadnym momencie nie czułem tego kopa nostalgii, który chciał we mnie wzbudzić Jason Aaron. Scenarzysta sprawnie nawiązuje do klasyki (doceniam szczególnie odwołanie do wszechwiedzącego charakteru Poradnika Młodego Skauta), ale forma „jednostrzałowca” okazała się w tym przypadku zbyt ograniczająca, by opowiedzieć coś zajmującego.

Historia niegodna wielkiego formatu
I tu przechodzimy do sedna. Gdybym przeczytał „Dziesięciocentówkę…” w ramach wydania z „Gigant Poleca”, to momentalnie przeskoczyłbym do kolejnej historii, korzystając z ponad 200-stronicowego formatu. Lecz zapoznając się z historią w ramach osobnego wydania z Egmontu, po skończeniu lektury pozostały mi jedynie klepane na jedno kopyto dodatki. Bo jak inaczej nazwać wycinki z wywiadów z rysownikami, z których każdemu zadano te same pytania? To ciekawy koncept, ale średnia realizacja, jeśli każdy z nich odpowiada w gruncie rzeczy tak samo – a tak właśnie tu jest. A gdy już przez te wywiady przebrniemy (bo nie nazwałbym ich lektury szczególnie rozwijającą), pozostają nam jedynie gratisy w postaci alternatywnych okładek. To akurat fajne uzupełnienie, ale w żadnym momencie nie poczułem, by uzasadniało zakup rzędu 69,99 zł. W podobnej cenie upolujemy kilka „Gigantów” lub wydania z serii „Kaczogród”, które wypełnią nam czas na znacznie dłużej, niż kilkunastronicowy komiks tytułowy i zapchajdziurowe dodatki.
„Wujek Sknerus i Dziesięciocentówka Nieskończoności” w wydaniu przez Świat Komiksu to zmarnowany potencjał. Multiwersową przygodę Sknerusa warto poznać, ale to zdecydowanie bardziej ciekawostka, niż historia godna osobnego wydania – zwłaszcza w obecnym, mało rozbudowanym kształcie. Komiks z pewnością będzie miał wartość kolekcjonerską dla najbardziej zajadłych „kaczkofanów” – tym bardziej, że jego nakład jest z pewnością niższy niż w przypadku wersji gigantowej – ale reszta nie ma tu specjalnie czego szukać, a już na pewno nie w tej cenie. Zróbcie sobie przysługę i zakupcie zamiast tego losowy zbiór Rosy czy Barksa, a lekturę „Dziesięciocentówki…” zostawcie na sporą przecenę.
Komiks do recenzji otrzymałem w ramach współpracy ze Egmontem i filią Świat Komiksu, za co serdecznie dziękuję.
Zobacz również: „Redwall: Mattimeo”. Rozdzióbią nas kruki, zniewolą lisy [RECENZJA]
[…] PrevPoprzedni„Wujek Sknerus i Dziesięciocentówka Nieskończoności” [RECENZJA] PrevPoprzedni […]
[…] Przeczytaj również: „Wujek Sknerus i Dziesięciocentówka Nieskończoności” [RECENZJA] […]