Przypadek genezy „Nosferatu” – nie tego Eggersa, do którego zaraz przejdziemy, a niemieckiego oryginału z 1922 – to przypadek bardzo ciekawy. Film „Nosferatu – Symfonia grozy” w reżyserii F. W. Murnaua powstał bowiem jako nieautoryzowana adaptacja „Drakuli” Brama Stokera na rynek niemiecki, będąc dość mało subtelnym plagiatem powieści irlandzkiego pisarza. Wdowa po Stokerze szybko zgłosiła sprawę do sądu, który po rozpatrzeniu zarzutów przychylił się do jej wniosku i nakazał zniszczenie wszystkich egzemplarzy filmu, pragnąc zaniechać monetyzacji cudzej własności intelektualnej. Los chciał jednak, że kilka egzemplarzy „Nosferatu” przetrwało, a obraz przeszedł do historii kinematografii jako jedno z najbardziej prekursorskich dzieł dla całego gatunku kinowego horroru. Tym samym Hrabia Orlok stał się pierwszym, kultowym już zobrazowaniem zaproponowanej przez „Drakulę” wizji okrutnego, barbarzyńskiego wampira na dużym ekranie, a jego wizerunek i ekspresjonistyczna forma filmu z 1922 po dziś dzień inspiruje filmowców z wielu obszarów popkultury. Dość powiedzieć, że za remake „Nosferatu” w 1979 wziął się sam Werner Herzog, a postać wysokiego, łysego krwiopijcy zaliczyła nawet małe cameo w… kreskówce „Spongebob Kanciastoporty”. Teraz, ponad stu lat od premiery oryginału, do niemieckiej interpretacji „Drakuli” powraca Robert Eggers („Lighthouse”, „Wiking”), jeden z najciekawszych współczesnych głosów w kinie grozy. Owocem tego zainteresowania jest film totalny, oddający hołd klasycznych ekranizacjom, nie bojąc się przy tym wnieść czegoś świeżego do całego kulturowego (i popkulturowego) dyskursu wokół wampirów.
Gotycki romans… a może erotyk?
Fabuła „Nosferatu” nikogo z was nie zaskoczy. Nawet, jeśli nie czytaliście klasyka Stokera, z pewnością znane są wam ogólne założenia historii o Drakuli/Nosferatu. Jest sobie mężczyzna (Jonathan Harker bądź, jak w tym przypadku, Thomas Hutter), kobieta (jego żona, u Eggersa Ellen, główna rola żeńska w wykonaniu Lily Rose-Depp) oraz on, wampir, tajemniczy, zamieszkujący opuszczony zamek na wzgórzu możnowładca, który coraz śmielej szykuje się do podboju nowego terytorium. W tle oczywiście lokalny demonolog, garść arystokracji, postępująca plaga oraz nabierający rumieńców pojedynek z naszym demonem, źródłem czystego zła, który ma za cel wyłącznie terror i…. miłosne spełnienie?

Tutaj właśnie przechodzimy do największej różnicy historii o Nosferatu względem oryginału Stokera – erotyki, a przynajmniej tej jawnej. Choć książkowy pierwowzór naszpikowany jest aluzjami i prowokuje lekturę pod kluczem wampira jako katalizatora seksualnego tabu, to jednak jedynie niemieckie ekranizacje tej historii tak bezpośrednio wykorzystały tę tematykę, nakładając na nią dodatkowe warstwy znaczeniowe (a może w naturalistyczny sposób wydobywając z niej to, co kryło się w niej od samego początku?). Stąd też nie dziwi, dlaczego właśnie po „Nosferatu” sięgnął Robert Eggers, chcąc przenieść na ekran swoją wersję klasyka literatury gotyckiej. Biorąc bowiem na tapet „Nosferatu”, amerykański reżyser miał nie tylko okazję ożywić na nowo jedną z najsłynniejszych historii grozy wszech czasów, ale i nadać jej sporo własnego, artystycznego kolorytu, który idzie mocno w parze z duchem ekspresjonistycznego filmu niemieckiego sprzed stulecia. No, i przy okazji uniknął pułapki, w jaką wpadają wszystkie ostatnie filmy konkretnie o Drakuli, czyli klapy finansowej (vide „Demeter: Przebudzenie zła” czy „Drakula: Historia nieznana”). Oczywiście, reżyser sięga przy tym po kilka typowych dla siebie rozwiązań, ale cel pozostaje ten sam: opowiedzenie współczesnej widowni gotyckiej historii o miłości, śmierci i ich wzajemnej współzależności, wykorzystując przy tym wszystkie dobrodziejstwa filmowego horroru (i nie byle jaki budżet).
Istota wampiryzmu
Stąd nie dziwi też przyjęta narracja i jej tempo. „Nosferatu” Eggersa rozwija się bardzo powieściowo, odrzucając jumpscare’y (no, może z dwoma drobnymi wyjątkami) na rzecz powolnego, ale konsekwentnego budowania atmosfery terroru. Tytułowy wampir nie jest tutaj bowiem prostym straszakiem, a figurą mroczną i wskroś przerażającą, z którą przebywanie w jednym pomieszczeniu może przyprawić o zawał serca. Hrabia Orlok (fenomenalnie odgrywany przez Billa Skarsgårda) nie nadużywa swojej mrocznej prezencji, operując przede wszystkim głosem i wrodzoną demonicznością. Choć jego wygląd robi piorunujące wrażenie (i cieszy mnie, że zdecydowano się trzymać go w tajemnicy w materiałach promocyjnych), to właśnie te ponadcielesne atrybuty pozwalają mu zakorzenić się głęboko w świadomości ofiar na długo przed ich upolowaniem. Eggers w tym aspekcie doskonale zrozumiał istotę wampiryzmu, kreując swojego krwiopijcę jako nie tylko oprawcę przestrzeni cielesnej, ale również dręczyciela umysłu. Jego główna ofiara, Ellen (Rose-Depp) przez lwią część seansu walczy z intruzem, przypominając przy tym kliszową ofiarę opętań. Wiele współczesnych horrorów przyzwyczaiło nas jednak do tropu, że demony, nie mogąc zawładnąć ciałem obiektu zainteresowań, odpuszczają – albo pokonane przez odpowiednie zaklęcie, albo kierując swoją uwagę w innym kierunku. Ofiary najczęściej wtedy otrząsają się z szoku, po czym po dłuższej chwili wszystko przechodzi do normy – ktoś co prawda przejął ich ciało wbrew ich woli, lecz już po wszystkim, zresztą skończyło się tylko na przejęciu postaci fizycznej, więc umysłowi nic nie stoi na drodze do szybkiego odzyskania kontroli. Lecz co się jednak stanie, gdy ten jeden, konkretny pomiot piekielny zechce konkretnie nas – i to zarówno naszą fizyczność, jak i duszę? Co się stanie, gdy demon zapragnie nas do tego stopnia, że przejęcie naszego jestestwa stanie się jedynym celem jego egzystencji, a wszystko, co zrobi po drodze – na ten przykład, zesłanie plagi na całe miasto, tortury umysłowe na naszych najbliższych i podtrzymywanie się przy życiu dzięki witalności niewinnych – stanie się tylko środkiem do osiągnięcia tego jednego, wymarzonego celu? To właśnie w tej relacji na linii oprawca-ofiara Eggers dopatruje się największej grozy z możliwych, czyli grozy całkowitego stłamszenia jednostki i obdarcia jej z wszelkiej nadziei. Sama Maria Janion z pewnością nie powstydziłaby się takiego spojrzenia na istotę wampiryzmu.

„Zwierzyna” jest tu zresztą bardzo wielowymiarowa. Ellen nie jest bowiem tu tylko ofiarą zdystansowanego, czystego zła, ale również więźniarką własnych, ziemskich pragnień – co zresztą czyni jej sytuację jeszcze gorszą. Jawi się nieco jako Mina Harker obdarta z gorsetu pruderyjności, która, poprzez sięgnięcie przed laty w kierunku cielesnej satysfakcji, sięgnęła… no, chcąc nie chcąc, do samego piekła. Oczywiście można i trzeba doszukiwać się tu pewnej symboliki, szczególnie w postaci jej oprawcy. Hrabia Orlok, gdy już doprowadzi napotkane po drodze, ludzkie płotki do stanu obłędu, bestialsko zagarnia ich ciała. Nie wgryza się w szyję, a prosto w serce, wykonując przy tym sugestywne ruchy frykcyjne. W ten sposób na każdym kroku poniża swoje ofiary, odbierając im jakiekolwiek poczucie kontroli nad własną egzystencją. Wszystko to jednak dla niego tylko igraszka, nic nieznacząca przekąska na drodze do dania głównego, którą pragnie potraktować z zachowaniem wszelkiej godności i romantycznych konwenansów.
Czeski film
Bardzo cieszy mnie, że rola jego upragnionej ofiary, czyli jednej z połówek pulsującego serca całego filmu, przypadła wspomnianej już Lily Rose-Depp. Przez to, że aktorka (w przeciwieństwie do poprzednio obsadzonej w tej roli Anyi Taylor-Joy) nie zdążyła jeszcze wyraźnie zaistnieć na dużym ekranie, jej kreację odbiera się bardzo naturalnie i nie jest ten odbiór zakłócony przez echa poprzednich występów, co tylko potęguje nasze zaangażowanie (zwłaszcza, że radzi sobie naprawdę dobrze w niełatwej kreacji). Nie można tego samego oczywiście powiedzieć o partnerujących jej na ekranie Nicholasie Houlcie i Willemie Dafoe, bo ci panowie zdążyli się w naszej pamięci już wyraźnie zaznaczyć w rozmaitych konfiguracjach, lecz i oni pod okiem Eggersa zdają się żywcem wyjęci z XIX. wieku, a sam Hoult – nieustępliwy w dążeniach do uratowania ukochanej – notuje w „Nosferatu” jeden ze swoich najbardziej zapadających w pamięć występów. Również Aaron Taylor-Johnson odkupuje tu winy za nieszczęsnego „Kravena”, udowadniając, że jest naprawdę dobrym aktorem, gdy tylko scenariusz i reżyser mu na to pozwolą. Całej obsadzie wiarygodności dodają znakomite kostiumy Lindy Muir i scenografia, na którą składają się doskonałe lokacje i rekwizyty. Szczególnie w pamięć zapadła mi wspomniana już scena pierwszych odwiedzin Thomasa w twierdzy Orloka. Scena ta nie dość, że przyprawia o szybsze bicie serca dzięki nastrojowi grozy (i naprawdę dobrej muzyce), to jeszcze imponuje scenograficznym rozmachem zarówno w przedstawieniu ogromu zamku, jak i dopracowanych detalach, szczególnie rekwizytach. Cieszy, że zdecydowano się kręcić film bezpośrednio w Pradze (a konkretniej w słynnym Barrandov Studios), dzięki czemu lokacje zyskują na klimacie i autentyczności.

O zdjęciach Jarina Blaschke’a, stałego współpracownika Eggersa, nie ma co się szerzej rozpisywać, bo to klasa sama w sobie. Film wygląda po prostu zjawiskowo, a portfolio operatora wzbogaca się o jego najbardziej imponujące kadry w dotychczasowej karierze. Szczególnie warto zwrócić uwagę, jak Blaschke obrazuje przestrzeń. W scenach nocnych, gdy pojawia się Orlok, zdjęcia – naświetlone wyłącznie naturalnym oświetleniem świec – wyraźnie obrazują wpływ wampira na najbliższe otoczenie, rysując je w odmiennych barwach. Jakbym miał wskazać jedną rzecz, której mi w „Nosferatu” zabrakło, to właśnie jeszcze więcej tego typu kreatywnych ujęć, szczególnie w obrazowaniu dotkniętego epidemią fikcyjnego miasta. Ikoniczny, czarny cień dłoni padający na budynki i ulice robi doskonałą robotę i chętnie zobaczyłbym podobnych zabiegów więcej, zwłaszcza gdy od pewnego punktu narracja zdaje się skupiać już wyłącznie na głównych bohaterach. Podobnie kusi się o rozwinięcie poruszony w pierwszej połowie wątek folkloru, dzięki któremu reżyser mógłby, dla przeciwwagi głównej historii, nieco przybliżyć nam ludowe (i zarazem swoje) wyobrażenia o krwiopijcach. Może w wersji rozszerzonej?
Symfonia wampiryzmu
Koniec końców „Nosferatu” to nie tylko film traktujący o późnoromantycznej miłości i zobrazowanie esencji horrorów gotyckich, ale również naturalistyczny obraz o destruktywnym pożądaniu i istocie czystego, lecz bliskiego nam zła. Robert Eggers wskrzesza ideę wampira jako oprawcy totalnego, dyskutując z dotychczasowym dyskursem wokół krwopijców i proponując nam pod wieloma względami najbardziej przerażającą i dosłowną dotychczas ekranizację myśli Brama Stokera. Reżyser nie gubi przy tym charakterystycznego dla siebie stylu, czyniąc ze swojego najnowszego obrazu filmową symfonię szeroko rozumianego wampiryzmu. „Nosferatu” trafi na ekrany kin w całej Polsce 21 lutego.
Ocena: 9/10
Zobacz również: „Kompletnie nieznany” – poznajmy muzykę Boba Dylana, nie Boba Dylana [RECENZJA]