Recenzenci „The Brutalist” często określają nowe dzieło Brady’ego Corbeta mianem monumentalnego. Ale co to właściwie znaczy? Przymiotnik ten (za Słownikiem Języka Polskiego PWN-u) niesie ze sobą dwa znaczenia: „olbrzymi, potężny (zwykle o budowlach lub pomnikach)” lub „mający trwałą wartość i wielkie znaczenie dla kultury”. To pierwsza definicja nie budzi wątpliwości; mowa w końcu o trzyipółgodzinnym obrazie, którego głównym bohaterem jest architekt, do czego nawiązuje zresztą sam tytuł. Lecz czy jeden z najważniejszych filmów tegorocznego sezonu nagród można również określić monumentalnym ze względu na jego kulturowy impakt? Podczas gdy założenia nurtu brutalistycznego stawiają na pierwszym miejscu konstrukcję, przestrzeń i pieczołowite zastosowanie użytych materiałów, tak Brady Corbet, reżyser, producent i scenarzysta „The Brutalisty” kieruje się przede wszystkim chęcią zespolenia swojej wizji narracyjnej ze wszystkimi elementami składowymi udanego obrazu filmowego. Zależy mu, aby skala i rozmach zdjęć, muzyki, wzniosłego aktorstwa i wielu więcej dorównywała ambicji historii, która bierze za główny temat przede wszystkim realizację amerykańskiego snu przez imigrantów, przybywających do Stanów Zjednoczonych po wydarzeniach II wojny światowej. Czy ten górnolotny cel zaowocował produkcją doprawdy „monumentalną”?

Drapieżcze kły amerykańskiego snu

Corbet w centrum swojej opowieści umieszcza László (Adrien Brody), węgierskiego architekta żydowskiego pochodzenia, który na skutek wojennego reżimu zostaje rozdzielony ze swoją żoną Erzsébet (Felicity Jones). László, razem ze statkiem pełnym ludzi podobnie potraktowanych przez los, jak on sam, przybywa do Filadelfii, gdzie znajduje azyl i zatrudnienie w sklepie meblowym prowadzonym przez swojego kuzyna, Attilę (Alessandro Nivola), które szybko traci na skutek felernego kontraktu. Los do mężczyzny uśmiecha się, gdy jego talent architektoniczny zostaje zauważony przez Harrisona Lee Van Burena (Guy Pearce), zamożnego przemysłowca, który składa László lukratywną propozycję nie do odrzucenia. I choć z pozoru wydaje się, że wykształcenie i doświadczenie przymusowo wysiedlonego z ojczyzny architekta zostaje nareszcie odpowiednio docenione na nowym kontynencie, amerykański sen szybko zaczyna odsłaniać swoje sine od narkotyków żyły i ostre, czyhające na świeżą krew drapieżcze kły.

Zdjęcia Lola Crawleya w „The Brutalist” doskonale komponują się z „monumentalnym” charakterem filmu

Brutalizm struktury

Struktura filmu jest bardzo klasycystyczna – mamy tu uwerturę, dwa akty (rozdzielone piętnastominutową przerwą) oraz epilog. Nie tylko ułatwia to przydługi seans, ale ma również wyraźne uzasadnienie narracyjne, gdyż „The Brutalist” wyraźnie dzieli swoją historię na dwie odrębne części. Podczas gdy w pierwszej z nich razem z László zostajemy wprowadzeni w mechanizmy amerykańskiego społeczeństwa, odkrywając kolejne kroki imigranckiej doli w „nowym świecie” (mającej charakter nieco „od zera do bohatera”, kibicując protagoniście na drodze do sukcesu), w drugiej zostajemy zderzeni z faktycznym kształtem ówczesnej amerykanizacji – postępującej nie tylko w obrębie własnego państwa, lecz rozszerzającej swoje macki również na obcych przybyszy. Film nie jest zupełnie subtelny w swojej krytyce zachodniego kapitalizmu i towarzyszącym mu emblematom kulturowego zepsucia. Dość powiedzieć, że głównemu bohaterowi, podróżującemu jeszcze na statku świeżo z Zagłady, na złagodzenie fizycznego bólu została zaoferowana heroina, która w szerszej perspektywie doprowadzi do uzależnienia. Tego typu symbolicznych szczegółów jest tutaj znacznie więcej. Syn Van Burena, Harry (Joe Alwyn) od swoich pierwszych scen na ekranie zdaje się przejawiać niezdrowe zainteresowanie własną siostrą, a wspomniany kuzyn László, Atylla, aby osiągnąć sukces biznesowy w nowym kraju, zrzekł się judaizmu i przyjął amerykańskie imię. Tego typu drobne detale, poruszane albo mimochodem w dialogach, lub zaledwie zasugerowane w krótkich scenach, od samego początku budują wyraźny dystans między głównym bohaterem a światem, w którym przyszło mu żyć – krainą pozornie mlekiem i miodem płynącą, lecz oferującą swoje dobrodziejstwa jedynie tym, którzy z własnej woli zrezygnują ze swojej tożsamości narodowej, aby przyjąć okowy odbierające indywidualność na rzecz przynależności masowej. Przynależności, która potem zjada się sama od środka, rezygnując z jakiejkolwiek kultury na rzecz szybkiego zysku czy destrukcyjnych uciech.

Nie jest przypadkiem, że w pierwszej scenie Statua Wolności, nieoficjalny symbol otwartych dla imigrantów amerykańskich portów, niemal staje przed widzem na głowie do akompaniamentu pamiętliwego motywu muzycznego Daniela Blumberga. Operator Lol Crawley zresztą bardzo często ustawia bohaterów w wyraźnym kontraście z przestrzenią, podkreślając ich miałkość zarówno wobec nietkniętego przez nich żywiołu, jak i wobec realizacji ich własnych, przerośniętych ambicji na placach konstrukcyjnych. Zdjęcia w „The Brutalist” imponują surowością krajobrazu, ale i dopracowaniem w obrazowaniu bohaterów, którzy sami wobec siebie są na ekranie niczym pomniki sprzecznych idei.

Przykładem tego jest relacja László z Van Burenem, biznesmenem, który, jak to na amerykańskiego interesowca przystało, okazuje zainteresowanie Innemu, aby szybko żerować na jego błyskotliwości. Choć hrabia twierdzi, że rozmowy z bohaterem „stymulują go intelektualnie”, to sam nie potrafi powiedzieć nic więcej, niż parafrazując raz za razem te same kwestie, zazdroszcząc László jego odrębności, której sam, w pogoni za kapitałem, szybko się wyzbył. Van Buren, wyśmienicie zagrany przez Guya Pearce’a, co prawda pomaga nowemu przyjacielowi jak tylko może, lecz cały czas myśli o nim w kategoriach frustrująco fascynującej zachcianki, którą pragnie bezsprzecznie kontrolować. Interpretacja Pearce’a to wyrachowany i kapryśny bogacz, stojący w drzwiach z chlebem i solą tylko po to, by uciszyć sumienie przed późniejszym potraktowaniem swoich gości niczym ulicznych pucybutów. László z kolei, realizując kontrakt dla hrabiego, raz za razem walczy o swoją indywidualność, ścierając się z amerykańskim podejściem do budownictwa, polegającym na łatwym cięciu kosztów czy wybieraniu dróg na skróty. Adrien Brody fenomenalnie powraca tę rolą na języki, nie bez przyczyny utrzymując status oscarowego faworyta – miejmy tylko nadzieję, że bełkotliwe kontrowersje wokół użycia sztucznej inteligencji w niczym mu nie zaszkodzą. László – jako rzemieślnik, ale przede wszystkim artysta – wkłada w swoją pracę ogrom wysiłku, mimo że tak naprawdę wie, że jego osobiste exegi monumentum odbywa się na obcej i nieprzyjaznej ziemi. W tej właśnie dynamice zamyka się cała istota „The Brutalist” – szeroko rozumiane poświęcenie na drodze do osiągnięcia celu, nawet jeśli odbywa się to kosztem udogodnień, nerwów czy nawet zdrowia, ale nigdy kosztem własnej godności. 

Kadr z filmu „The Brutalist"
Guy Pearce jako Van Buren to świetny casting, ale i Joe Alwyn w roli jego syna ma szansę zapaść w pamięć

Synergia formalna

Nie czuję potrzeby, by rozpisywać się nad każdym konkretnym aspektem technicznym tego filmu. Powód jest prosty: Brady Corbet doskonale powołuje do życia cały projekt i sprawuje nad nim pieczę, utrzymując w synergii wszystkie jego elementy. Wspomniana muzyka czy zdjęcia to wisienki na torcie, ale należy pamiętać również o zgrabnym scenariuszu, aktorskim masterclassie (opisane wyżej kreacje Brody’ego i Pearce’a doskonale uzupełnia również Felicity Jones, która – choć jest jej na ekranie wyraźnie mniej – stanowi dobrą przeciwwagę dla relacji László i Van Burena w drugim akcie) czy największym osiągnięciu – tempie. Film, choć trwa blisko 215 minut, ogląda się naprawdę dobrze i ciężko wskazać mi elementy, które mogłyby pozostać w montażowni – ta historia faktycznie potrzebowała tyle czasu, aby dowieźć całą swoją wagę do samego zakończenia. Co zaskakujące, Corbetowi naprawdę udaje się w tym wszystkim sprostać własnym ambicjom, tworząc kino wymagające, ale i takie, które naprawdę trudno nie docenić za prezentowaną skalę. Być może jego antykapitalistyczny wydźwięk w pewnym momencie, gdy już trochę zorientujemy się, jakiego rodzaju film oglądamy, staje się nieco wtórny, ale seans ani na moment nie staje się nam obojętny. I to jest właśnie największa zaleta „The Brutalist” – film spełnia przed widzem z nawiązką obietnicę obcowania z kinem, nazwijmy to, „monumentalnym”, nie popadając w fałszywe nuty jak megalomańskie podrygi rzędu „Megalopolis”. I choć Francis Ford Coppola bezsprzecznie pozostaje legendą i nawet w wątpliwej jakości projekcie widać jego przebłyski smykałki do tworzenia wielkich narracji, reżyser ewidentnie mógłby od młodszego kolegi podpatrzeć, w jaki sposób oddać sprawiedliwość opowiadanej historii poprzez dopieszczenie wszystkich jej elementów. Warto wspomnieć też o samym zakończeniu, które – w moim odczuciu – w bardzo dwuznaczny sposób podchodzi do odczytywania sztuki pod kluczem historii. Ale czy zdecydujemy się je rozumieć w sposób dosłowny, czy jako ostateczne obśmianie egzotyzacji ofiar wojennych przez elity z wyższych sfer – to już reżyser pozostawia nam samym.

Ocena: 9/10

Zobacz również: „Nosferatu”. Symfonia wampiryzmu [RECENZJA]

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy