„Przypowieść o siewcy” (którą zapowiadałem w tym wpisie) to powieść post apo sprzed dwóch dekad, w której autorka przedstawia dosyć ponurą wizję niedalekiej dla niej przyszłości. W 2024 roku – bo to właśnie wtedy rozgrywa się akcja – teren Stanów Zjednoczonych ulega obyczajowej dezintegracji na skutek licznych kryzysów gospodarczych, klimatycznych i politycznych. Pogłębiają się nierówności klasowe, ośrodki miejskie dzielą się na zamożne aglomeracje i ubogie, fortyfikowane przed łupieżcami miasteczka, a społeczeństwo – coraz bardziej pozbawione kultury i perspektyw – ima się jakiejkolwiek pracy; nawet, jeśli większość z zawodów przybiera znamiona współczesnego niewolnictwa. Czy w takim świecie pozostały jeszcze wartości, które zamiast dzielić, mają potencjał na nowo zjednać rozczarowanych rozwojem cywilizacyjnym ludzi? Autorka, Octavia E. Butler, uważa, że jak najbardziej. Zaproponowana przez nią historia nie bez przyczyny nawiązuje w tytule do biblijnej przypowieści, gdyż to właśnie w religii Butler dopatruje się nadziei na odrodzenie. Nie chodzi jednak o religię skupioną wokół znanych nam wyznań, a wiarę zrodzoną bezpośrednio w samym sercu terytorialnej apokalipsy.
Pewien siewca wyszedł na pole…
Główną bohaterką książki jest Lauren – nastoletnia Afroamerykanka, zamieszkująca razem z ojcem, macochą i rodzeństwem jedną z ubogich mieścin w południowych Stanach Zjednoczonych, która notorycznie staje się celem wrogo nastawionych szabrowników. Choć Lauren i jej rodzina teoretycznie znajdują się w dosyć dobrej sytuacji społecznej – ojciec cieszy się poszanowaniem i stałą pensją jako wykładowca na prestiżowym uniwersytecie, a cała rodzina, mimo wywindowanych cen, nie narzeka na głód – trudno o poczucie stabilności i bezpieczeństwa, gdy zamieszkiwana przez nich okolica coraz częściej oblegana jest przez agresorów „zza muru”. Lauren, zdeterminowana, aby nadać egzystencji swojej i swoich pobratymców głębszego znaczenia, niż tylko walka o przetrwanie, rozpoczyna formułować „Nasiona Ziemi” – autorskie strofy, których tematem nadrzędnym jest zachowanie i ukierunkowanie wartości ludzkich w coraz bardziej nieludzkich warunkach życiowych. Gdy Lauren wyruszy w podróż na skutek niespodziewanej tragedii, jej misja życiowa w charakterze tytułowego „siewcy” zostanie bezpośrednio zderzona z pogrążającym się w anarchii światem zewnętrznym.
„Przypowieść o siewcy” to przykład narracji pierwszoosobowej w formie pamiętnika. Oznacza to, że historia – rozgrywająca się na przestrzeni 3-4 lat – opowiedziana jest w formie fragmentów pisanych bezpośrednio z perspektywy Lauren, przez co poznajemy świat przedstawiony wyłącznie z perspektywy jednostki. Teoretycznie to bardzo dobry wybór, gdyż Butler wyraźnie stawia na biblijną symbolikę, a jej bohaterka nie funkcjonuje jedynie jako główna postać, lecz uosabia w sobie ogół ludzkiego doświadczenia w czasach kryzysu. Z drugiej strony narracja ta dosyć mocno ogranicza skalę świata przedstawionego. O wszystkim, co dzieje się za oknem i jak świat został doprowadzony do takiego, a nie innego stanu, Lauren siłą rzeczy dowiaduje się z doniesień mediowych czy relacji innych bohaterów – przez co z kolei my, czytelnicy, budujemy swoje wyobrażenie o przedstawionej wizji przyszłości na bazie relacji wtórnej. To dosyć osobliwy wybór jak na historię antyutopijną, który od samego początku buduje w nas wyraźny dystans do opisywanych wydarzeń.

Niemniej dobrze sprawdza się to w pierwszej połowie, gdy stawiane są niezbędne podwaliny fabularne – takie jak sytuacja rodzinna Lauren, historia uformowania się jej sąsiedztwa czy treściwe backstory. W dalszej lekturze jednak, gdy Butler podsuwa nam coraz więcej szczegółów dotyczących pogrążającej się w bezprawiu Ameryce, szybko orientujemy się, że autorka kreuje swoją wizję drugiej dekady XXI w. głównie na bazie konceptów i autokomentarza, zamiast faktycznego, przekonującego zobrazowania poruszanych zagadnień.
Apokalipsa nieopowiedziana
I choć z pewnością jest to wybór artystyczny – pamiętnikarska narracja ma to do siebie, że z reguły łatwiej przywiązać nam się do bohaterki, mając wrażenie, jakbyśmy obcowali z zakazanymi zapiskami, aniżeli fikcją – w przypadku „Przypowieści o siewcy” szybko uderzające staje się to, na jak dużo autorka pozwoliła sobie uproszczeń. Klęska żywiołowa? W zasadzie nie wiadomo, co dokładnie się stało, ale rzadkie opady i zaporowe ceny zasobów naturalnych sugerują, że mamy do czynienia z daleko posuniętym kryzysem klimatycznym. Brak tu przekonująco zarysowania przyczyny takiego stanu rzeczy, gdyż autorka oczekuje, że wyraźne odniesienie do wątków ekokrytycznych wystarczy, aby obić się oddźwiękiem w świadomości czytelników. I przed dwudziestu laty być może faktycznie tak było – pamiętajmy, że „zielony” dyskurs to stosunkowo świeży produkt, który dopiero w ostatniej dekadzie śmielej przebija się do masowej świadomości – lecz odnoszę wrażenie, że współcześni odbiorcy (w tym ja) w przypadku poruszania tego typu tematyki oczekują już nieco więcej niż rzucania hasłami. Jak więc można było tego uniknąć, aby tego typu temat w powieści antyutopijnej przetrwał próbę czasu? Wystarczyło pozwolić nam, czytelnikom, być świadkiem bezpośrednich konsekwencji ludzkich zaniedbań, niż tylko nam o nich opowiedzieć. W tym aspekcie autorka zdaje się jedynie grozić nam palcem, niż podejmować dyskusję.
No dobrze, a co w takim razie z polityką, która bezpośrednio łączy się z zaprezentowaną wizją świata? Niestety, zagadnienia z nią związane funkcjonują tu jedynie jako mechanizm opresji, który nie pozostawia żadnej nadziei dla obywateli, przez sytuacja geopolityczna przywodzi na myśl wizje przyszłości rodem z powieści young adult, niż rzeczywistą refleksję nad przyszłością. Odniesienia do współczesnego niewolnictwa? Te już wypadają lepiej. Nie tylko przez to, że Lauren – przez swoją ciemną karnację – na własnej skórze doświadcza jawnego i ukrytego ostracyzmu ale i zarysowana wizja wyzysku społecznego, w którym najubożsi mogą co najwyżej liczyć na wynagrodzenie w postaci zakwaterowania i podstawowego wyżywienia, nie jest znów tak daleka od faktycznego stanu rzeczy w wielu regionach świata – i w czasach powstawania powieści, i teraz. Choć i w tym przypadku można by pokusić się na nieco szersze spojrzenie na tę kwestię, niż przedstawienie nam jej zaledwie w dialogach. Choć Lauren jest ciekawą bohaterką, ciężko nie odnieść wrażenia, że wizja świata byłaby bardziej elektryzująca – nawet mimo uproszczeń – gdybyśmy poznawali ją oczami postaci bardziej dotkniętej apokalipsą; nawet, jeśli apokalipsa ta pozostaje nieco nieopowiedziana. Choć z drugiej strony rozumiem, dlaczego autorka z tego zrezygnowała – pozornie „lepiej sytuowana” Lauren stanowi lepszy punkt odniesienia dla czytelnika i ostatecznie oferuje coś więcej, niż łatwo przyswajalna w czasach Butler narracja uciemiężenia. Losy bohaterki ostatecznie wyraźnie obrazują bowiem, że skutki nieuchronnej, beznadziejnej przyszłości w ujęciu Butler odczujemy wszyscy w podobnym stopniu. I nieważne wtedy będzie, czy pochodzimy z biedoty, czy, jak Lauren, inteligenckiej rodziny. „Przypowieść o siewcy” w ten sposób wyraźnie pokazuje, że podziały klasowe w obliczu tragedii tylko umocnią uprzedzenia rasowe, nawet, jeśli zdaje nam się, że ludzkość już była gotowa je przezwyciężyć.

„… a przeznaczeniem Nasion Ziemi jest zakorzenić się wśród gwiazd”
Lecz to, co Octavia E. Butler z pewnością robi świetnie, to stopniowe budowanie patchworkowej wspólnoty bohaterów w ramach wspomnianej wcześniej metaforyki biblijnej. Religijność w „Przypowieści o siewcy” jest wiarygodna przez to, że wynika bezpośrednio z charakteru i konsekwentnie budowanych od samego początku poglądów Lauren. W ten sposób konstruowana i szerzona przez nią wiara nie jawi się jako powielenie patetycznych haseł, a szczerze zaangażowanie w chęć odbudowania relacji międzyludzkich – relacji, które na skutek wspomnianych wyżej kryzysów klimatycznych i politycznych uległy znaczącej regresji. Nie bez powodu bohaterka kreowana jest jako wyzwolona seksualnie młoda kobieta, co jest dosyć dosyć przewrotne jak na figurę niejako kapłanki, jaką pełni w całej historii. Bohaterka odznacza się ponadto nadnaturalną empatią w stosunku do drugiego człowieka – co stanowi jej największą siłę i słabość jednocześnie, i niejako dyktuje jej relację z pozostałymi postaciami. I choć nie są oni nawet w połowie tak wyraźnie zniuansowani jak protagonistka, autorce i tak udaje się za ich pośrednictwem opowiedzieć sporo mniejszych historii, które w naturalny sposób budują wzajemne więzi pod parasolem wspólnych doświadczeń. Stąd też nie trudno uwierzyć, że poglądy Lauren – stawiające przede wszystkim na odnalezienie jedności i wspólnego celu mimo przeciwności losu – mogą się w nich stopniowo coraz głębiej zakorzeniać.
Muszę przyznać, że dawno nie spotkałem się w żadnej powieści z tak naturalnym uczynieniem z religijności tematu nadrzędnego całej narracji. Autorka doskonale wie, o czym chce opowiedzieć, i, koniec końców, robi to bardzo sprawnie. Choć „Przypowieść o siewcy” to w gruncie rzeczy powieść surwiwalowa, w której bohaterowie w każdej chwili muszą czyhać o swoje życie, Butler nigdy nie pozbawia ich nadziei. Pokazuje, że świat – choć chylący się ku upadkowi i na wskroś niesprawiedliwie traktujący swoich mieszkańców – nadal ma do zaoferowania dużo dobra i piękna wynikającego z czystości wspólnych, bezinteresownych intencji. Bo choć Nasiona Ziemi muszą przebyć długą drogę, koniec końców ich przeznaczeniem jest zakorzenić się wśród gwiazd.
Książkę do recenzji otrzymaliśmy od Wydawnictwa W.A.B.
Zobacz również: Premiery w Biurze Literackim 02/2025. Bohaterowie poszukujący miłości w świecie przemocy