Powieść Wiktora Hugo pod oryginalnym tytułem „Katedra Najświętszego Marii Panny w Paryżu” (w Polsce jako „Dzwonnik z Notre Dame”) liczy +- 308 stron, w zależności od wydania. Jak mówił sam autor, książka ta miała być obrazem XV-wiecznego Paryża oraz XV wieku jako okresu historycznego, jednak przedstawionym z perspektywy wspomnianego miasta. Jej komiksowa adaptacja wydana przez Egmont, zmieściła się na nieco ponad 40 stronach. Czy to był udany zabieg?

Na pozór wszystko się zgadza

W komiksie znajdujemy oczywiście wszystkich najważniejszych bohaterów. Jest tu spisany na straty poeta, Piotr Gringoire. Jest przystojny ale zapatrzony w siebie kapitan Phobeus de Châteaupers. Znajdziemy także archidiakona Klaudiusza Frollo, który pod kościelnym habitem skrywa grzeszną tajemnicę… Sporadycznie pojawia się Pustelnica, która z własnej woli, kierowana tęsknotą za utraconą córką, zamyka się w w jednym z wielu paryskich korytarzy. I oczywiście najważniejsi z najważniejszych, czyli przepiękna Esmeralda w towarzystwie swej ukochanej kózki, i nasz tytułowy bohater, Quasimodo, znany powszechnie jako dzwonnik z Notre Dame.

Dzwonnik z Notre Dame

źródło: egmont.pl

Mniej znaczy więcej?

Początkowo akcja komiksu jest bardzo dynamiczna, sprawia wrażenie wręcz chaotycznej. Mamy 6 stycznia 1482 roku. Gringoire przedstawia w mieście swoją najnowszą sztukę, która spotyka się z kompletnym brakiem zainteresowania odbiorców, a nawet z wybuczeniem przez niektórych widzów. Paryżanie błyskawicznie poddają się propozycji królewskich gości i decydują się na wybór papieża głupców. Mieszczanie stają do konkursu na „najbrzydszą minę”. Nikt jednak nie traktuje tej rozgrywki poważnie (czy w ogóle można to tak nazwać?). W końcu wybór pada na Quasimodo, który choć nie wykazywał żadnego zainteresowania wspomnianymi wydarzeniami, to niewątpliwie schlebiało mu, że w końcu znalazł się w centrum uwagi i wszyscy biją przed nim pokłony.
Za chwilę następuje krótka retrospektywa, w której poznajemy historię Quasimoda. Pojawia się wątek o adopcji przez Klaudiusza Frollo oraz dowiadujemy się, jak garbaty chłopiec został tytułowym Dzwonnikiem.
Wtem fabuła powraca do aktualnych wydarzeń. Quasimodo podejmuje próbę porwania Esmeraldy, która kończy się fiaskiem. Kobieta zostaje uratowana przez kapitana na koniu, a Dzwonnik zostaje skazany za napaść. W międzyczasie Piotr Gringoire nieświadomie dociera na Dwór Cudów. A tam zostaje na niego wydany wyrok śmierci. Gringoire już ma zawisnąć na szubienicy, gdy nagle z tłumu wyłania się piękna Cyganka i ratuje go  poprzez deklarację powzięcia poety za męża. Nadążacie?
I tu zaczęłam odnosić wrażenie, jakby wszystkie kolejne wydarzenia obrały dziwnie ślimacze tempo. Nadal dużo się dzieje, wątki mieszają się między sobą i trudno rozpoznać, jakie rządze kierują Phobeusem i do której warstwy społecznej tak naprawdę należy Piotr. A jednak lektura zaczyna… po prostu nudzić. Paradoksalnie wydawało mi się, jakby historia nie miała końca.

Dzwonnik z Notre Dame

źródło: egmont.pl

Hybryda komiksu z klasyką literatury

Co powstanie z połączenia symbolu francuskiej literatury z krótką formą komiksową? Artystyczny potworek. Pod względem językowym mamy tu żywe odzwierciedlenie dzieła W. Hugo. Co niektórym czytelnikom mogłoby nawet przydać się wsparcie słownika. Nie tylko użyte frazy mogą być problematyczne, ale również szyk i forma zdań. Bądźmy szczerzy – tego typu języka raczej nie spotyka się w komiksach. Komiks jest historią obrazkową, a tekst stanowi dodatek, uzupełnienie całości.
Czy w takim razie „Dzwonnik…” broni się chociaż ilustracjami? Też nie do końca… Istotną cechą Quasimoda jest choćby brak jednego oka. Już na okładce da się zauważyć, że rysownikowi najwyraźniej umknął ten szczegół. Twarze bohaterów w poszczególnych kadrach wydają się być kanciaste i nienaturalne. Architektura Paryża? Poprawna. Trafny dobór barw, który dobrze oddaje klimat tamtych czasów. Aczkolwiek Cyganie, których ja znam, z reguły mają nieco ciemniejszą karnację.

Można ale czy trzeba?

Komiksowa adaptacja „Dzwonnika z Notre Dame” może posłużyć jako pewnego rodzaju ciekawostka dla tych, którzy są wiernymi fanami oryginalnej książki lub Disneyowskiej animacji. Radziłabym jednak nie nastawiać się na zbyt wiele. Zeszyt sprawdza się jako krótkie wspomnienie XV-wiecznego Paryża, który był wówczas brudny, zaniedbany i pełen szczurów. Notabene, blisko 600 lat później stolica Francji wygląda łudząco podobnie. Ale czy poleciłabym ten zakup z czystym sumieniem? Nie.

Dziękuję Egmont Polska za udostępnienie darmowego egzemplarza do recenzji. Gdybyście chcieli zmierzyć się z tym komiksem, znajdziecie go tutaj.

Przeczytaj również: „Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat” oczami (i słowami) Krzyśka

 

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Dominika Mucha

Dominika Mucha

Z jednej strony kryminolog, a z drugiej miłośniczka popkultury szeroko rozumianej. Po uszy zakochana w Austrii. Najlepiej dogaduje się z tymi, którzy już nie żyją – Falco, Jimem Morrisonem, Michaelem Hutchencem, Ianem Curtisem, etc. Jej formą ekspresji jest nie tylko słowo pisane, ale również tatuaże, o których może mówić bez końca. Stała bywalczyni rockowych i metalowych koncertów. Prywatnie szczęśliwa mama dwóch psów i maniaczka górskich wędrówek.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy