Anthony Russo i Joe Russo to reżyserzy topowych filmów uniwersum Marvela. Stoją za sukcesem takich produkcji jak „Kapitan Ameryka Zimowy Żołnierz”,  późniejszej „Wojny Bohaterów”, a także dwóch ostatnich części filmów o Avengers. Każdy z wymienionych tytułów ma minimum 85% pozytywnych ocen krytyków w serwisie Rotten Tomatoes. Russo po „Avengers: Koniec Gry” otworzyli się na inne studia, reżyserując filmy o zupełnie innej tematyce niż superbohaterszczyzna. Każda z ich późniejszych produkcji nie podobała się jednak krytykom jak i ogólnej publiczności. Czy „The Electric State” będzie kolejnym potknięciem, czy może twórczą rozgrzewką przed ogromem pracy który czeka w Marvelu? Zapraszam do recenzji.

„The Electric State” to film science fiction osadzony w alternatywnej, retrofuturystycznej wersji lat 90. Główną bohaterką jest Michelle (Millie Bobby Brown), osierocona nastolatka, która wyrusza przez zniszczony wojną robotów amerykański południowy zachód, by odnaleźć swojego brata Christophera, uznanego za zmarłego. Towarzyszy jej tajemniczy robot Cosmo, a po drodze dołącza do nich przemytnik Keats (Chris Pratt) i jego sarkastyczny robot Herman. W świecie, gdzie inteligentne roboty po nieudanym buncie żyją w izolacji, Michelle odkrywa, że za zniknięciem jej brata stoją mroczne siły związane z technologiczną korporacją Sentre. Firma jest odpowiedzialna za technologię, która pozwala ludziom, poprzez hełmy VR, być w dwóch miejscach jednocześnie łącząc np. pracę i rozrywkę.

Michelle(Millie Bobby Brown) i Keats(Chris Pratt) wraz z załogą robotów. / Źródło: Netflix
Michelle (Millie Bobby Brown) i Keats (Chris Pratt) wraz z załogą robotów. / Źródło: Netflix

Niestety muszę to powiedzieć, ale „The Electric State” to ten typ filmu, gdzie zarys fabuły brzmi dużo lepiej niż finalny produkt. Największy zarzut jaki mam do filmu to brak eksplorowania tematu, który jest głównym motywem fabuły. Nie ma tutaj wyjaśnień dlaczego roboty się zbuntowały, jakie były ich motywy, jak działa technologia, która rozdwaja ludzki umysł na dwa zdalnie sterowane roboty. Na wstępie filmu jest à la propagandowy filmik, który ma nam wytłumaczyć historię świata przedstawionego, jednak nikt później tych tematów szerzej nie porusza. Jest opakowanie, ale brakuje w nim zawartości. Ten brak pogłębiania wątków przewija się przez cały seans. Na przykład bohaterowie zostają zaatakowani i nie ma wytłumaczenia dlaczego sobie nie poradzili, mimo, że wcześniej mieli umiejętności do poradzenia sobie z problemem. Scenariusz jest dziurawy i nie pozwala na ciekawszą fabułę, a reżyserzy nic sobie z tego nie robią.

Filmu nie ratują niestety gwiazdy filmu, czyli Millie Bobby Brown i Chris Pratt. Duet aktorów uważam za zdolnych do ciekawy ról, jednak przy słabym scenariuszu nie potrafią wyciągnąć niczego więcej z tych postaci. Chris Pratt jest tutaj jak Starlord z filmów MCU – nieporadny, głupkowaty ale zdolny do poświęceń. Nawet wycinając jego dialogi z filmu można by śmiało przełożyć je do „Strażników Galaktyki”. Dialogi nie są nawet trochę rozbudowane, więc określenia „little buddy” pasowało by do Rocketa czy Groota. Tym bardziej, że ten pierwszy by się o to wkurzył i mamy gotową humorystyczną scenkę. Millie Bobby Brown i jej postać również się niczym nie wyróżnia. Mimo iż na początku filmu jej historia i sama postać wydaje się być tajemnicza to w późniejszych etapach filmu, po prostu staje się pyskatą nastolatką.

Robot Herman(Anthony Mackie) niosący bohaterów. / Źródło: Netflix
Robot Herman (głosowo Anthony Mackie) niosący bohaterów. / Źródło: Netflix

W końcu możemy przejść do zalet. Efekty specjalne oraz styl artystyczny są jak najbardziej na plus. Designy robotów prezentują się uroczo. Tak naprawdę dzięk nim kilka razy zaśmiałem się w scenach humorystycznych. Aż szkoda, że nie rozwinięto ich wątku, gdyż świat robotów mógłby być interesujący, bo warunki na to były. Sceny walki miały dobre efekty specjalne, widać było dokładną metalową fakturę robotów, a nie świecący plastik jak to bywa w innych filmach.

I tak o to prezentuje się „The Electric State”.  Film, który na papierze ma wszystkie zasoby, żeby być dobrym kinem przygodowym. Niestety produkcja wyszła kiepsko. Wygląda jakby kreatywna praca przy filmie, skończyła się tylko i wyłącznie na otocze wokół filmu oraz koncepcie artystycznym. Sama historia nieudolnie przechodzi przez wszystkie etapy kina przygodowego, nie oferując nic poza tym. Film oceniam na 4/10 i boję się o nadchodzących Avengersów.

Przeczytaj również artykuł: Czy Bracia Russo nadają się tylko do kręcenia filmów o superbohaterach?

 

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Krzysztof Grabowski

Krzysztof Grabowski

Fan Marvela i teorii spiskowych na temat tego uniwersum. Uwielbiam gry kompetytywne wieloosobowe, lecz nie pogardzę dobrą fabułą jak Life is Strange lub świetnymi relacjami i akcją jak seria Uncharted.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy