Najnowsza historia od Don’t Nod dobiegła końca. „Lost Records: Bloom & Rage”, zupełnie nowe IP studia odpowiedzialnego za marki „Life is Strange” i „Tell Me Why”, (którego pierwszą odsłonę opisywałem w tej recenzji), doczekało się konkluzji wraz z zeszłomiesięczną premierą drugiej, finałowej części. W tekście opisującym pierwszą z taśm wspominałem, że rzetelna ocena wielu z zaproponowanych przez twórców rozwiązań oraz potencjału samej historii rozpoczętej w „Tape 1” możliwa będą dopiero w kontekście całości. I oto dotarliśmy do momentu, gdy obie połówki „Bloom & Rage” są już dostępne w sprzedaży, przez co nowi gracze mogą zapoznać się z nostalgiczną, najntisową opowieścią o Swann i jej przyjaciółkach od początku do końca. Jak więc wypada druga z taśm „Lost Records” i czy tytuł ten powinien wpaść na radar wszystkich miłośników „Life is Strange” i nie tylko?
Uwaga – choć w poniższej recenzji staram się nie zdradzać istotnych szczegółów fabularnych całej gry, z racji niezbędnych porównań z „Tape 1” w tekście pojawiają się wzmianki nawiązujące do historii z pierwszego odcinka. Żaden z nich nie zepsuje wam jednak zabawy, a każdy tego typu fragment ma ma charakter wyłącznie referencyjny. Ostrzegam szczególnie tych z was, którzy są wrażliwi na jakiekolwiek spoilery.
„Sama wkracza pustkę”
Fabuła „Lost Records: Bloom & Rage – Tape 2” bezpośrednio kontynuuje historię rozpoczętą w poprzedniku. Swann, Autumn, Nora i Kat – po sielankowym, wspólnie spędzonym miesiącu wakacji roku 1995 w miejscowości Velvet Cove – napotykają pierwsze przeszkody, które wystawią ich wzajemną relację na poważną próbę. Konsekwencje buntowniczego koncertu, stres przed nieuchronną przeprowadzką Swann, eskalujące napięcia w rodzinie Kat, nieśmiałe zauroczenia oraz wychodząca na jaw tajemnice złożą się na miesiąc pełen refleksji, melancholii i eskapizmu. I choć dziewczyny nadal znajdą oparcie przede wszystkim w sobie nawzajem i założonym przezeń zespole, ciężko oprzeć się wrażeniu, że nad dobiegającym końca latem wisi widmo zbliżającej się katastrofy. Katastrofy, która na zawsze zdefiniuje relacje głównych bohaterek, popchnie ich w stronę tajemniczej pustki i znacząco utrudni dotarcie do prawdy 27 lat później, kiedy to przyjaciółki spotkają się po latach, aby raz na zawsze zamknąć za sobą drzwi trudnej przeszłości.

Taśma taśmie nierówna
To, co w drugim odcinku jest odczuwalne od samego początku, to nierówność tempa. Podczas gdy „Tape 1” to klasyczny slow-burn, w którym nacisk fabularny położony jest przede wszystkim na rozwój relacji między bohaterkami, „Tape 2” w naturalny sposób dąży do konkluzji. Tempo jest przez to wyraźnie szybsze, co zrealizowano kosztem godzin na liczniku. Z perspektywy narracji nie budzi to zastrzeżeń – skoro wszystkie niezbędne elementy znajdują się już na planszy, pozostało stopniowo doprowadzić je do zakończenia, wykorzystując przy tym wszystko to, co udało się już ustanowić w „Tape 1”. Zresztą, nadal mówimy tu o naprawdę przyzwoitym czasie gry – sam spędziłem w drugim odcinku ok. 4,5 godziny. Mimo tego warto podkreślić, że całościowo „Tape 2” oferuje ok. połowę zawartości poprzednika (gdzie, przypominam, czas rozgrywki sięgał średnio 7 godzin). Oczywiście, wspomniane wartości będą się różnić, jeśli ktoś zdecyduje się zrezygnować z eksploracji i skupi na samej fabule – jednak nawet mimo tego, czas trwania całego „Lost Records: Bloom & Rage” z łatwością oscyluje przy górnej granicy 11, 12 godzin, co w proponowanej cenie (w tej chwili 184,99 PLN na Steamie) wydaje się uczciwe.
Problem z tempem jest jednak inny. W teorii nie mam żadnych obiekcji do tego, że drugi z odcinków rezygnuje z przestojów na rzecz rozwoju historii – lecz sama egzekucja tego rozwiązania budzi już pewne wątpliwości. Narracja zaproponowana w „Tape 2” jest jednak wyraźnie niejednorodna z tym, co zaproponowano nam wcześniej. I jasne, znajduje to swoje uzasadnienie fabularne – jakby nie patrzeć, bohaterki po mocnym zakończeniu poprzedniego odcinka znajdują się w zupełnie innym mentalnym położeniu, niż na początku przygody – lecz nie współgra już tak dobrze z podstawowymi mechanikami. Weźmy na ten przykład główny element gameplayu pierwszej odsłony „Lost Records”, czyli nagrywanie przez Swann krótkich filmików. Pozwalało nam to dobrze poznawać otoczenie, zabijać czas na amatorskim montażu i, jako główna bohaterka, naturalnie integrować się z postaciami. W drugim odcinku nie tylko ograniczono tę mechanikę do absolutnego minimum, przez co gra jeszcze bardziej przypomina interaktywny film, ale również nie zaproponowano zbyt wiele nowych lokacji. Sprawia to, że druga z taśm „Bloom & Rage” jest nie tylko krótsza, ale również wyraźnie uboższa w dodatkową zawartość w postaci znajdziek i sekretów, co negatywnie wpływa z kolei na regrywalność. Jasne, twórcy nie pozostawili nas z niczym i postarali się zaproponować nam coś w zamian – mamy tu np. krótką sekwencję skradankową czy zagadkę logiczną w postaci minigierki pakowania kartonu przed wyprowadzką – lecz trudno poczuć w tych generycznych fragmentach większe emocje. Wyraźnie źle rozłożono tu akcenty, a cezura narracyjna, oddzielająca od siebie dwa odcinki, sprawia przez to wrażenie źle przemyślanej. Ciężko powiedzieć, czy wynika to z przymusowych cięć na etapie produkcji, czy może braku pomysłów, lecz efekt końcowy wyraźnie rzuca się w oczy. „Tape 2” – choć ma w sobie sporo dobrego na pozostałych polach – jest pod kątem mechanik (a raczej ich ograniczenia) wyraźnie słabszą grą od premierowego odcinka.

Wizualny storytelling
Lecz choć samej zawartości jest mniej, nie można nie pochwalić dopracowania przez twórców tego, co ostatecznie się w grze znalazło. Mam tu na myśli przede wszystkim samą optymalizację techniczną, styl graficzny oraz scenografię lokacji. W przypadku pierwszego odcinka nieco narzekałem na płynność (podobnie jak i wtedy, „Tape 2” ogrywałem na Xbox Series X) i choć nadal mamy do czynienia z 30 klatkami na sekundę (w grze, w której, umówmy się, zdecydowanie w zasięgu było osiągnięcie więcej), tak sama oprawa i konsekwencja graficzna zdaje się tu znacznie bardziej dopracowana i spójna, niż wcześniej. Twórcy po raz kolejny łączą hiperrealizm modeli postaci z malowniczością nie-aż-tak-bogatego-w-szczegóły-tła, dzięki czemu „Lost Records: Bloom & Rage” jawi się jako nieślubne dziecko „Life is Strange” i „Tell me Why”. To nadal z grubsza to samo, do czego przyzwyczaił nas Don’t Nod, ale bardziej dopieszczone i jeszcze milsze dla oka – nawet, jeśli osiągnięto to nieco kosztem optymalizacji w wersjach konsolowych. To również stary i dobry Don’t Nod pod kątem dopracowania wszelkich zakamarków dostępnych lokacji. Choć miejscówek, jak wspomniałem wcześniej, jest mniej, są one pełne przyjemnie podbijających immersję szczegółów, takich jak ukryte pod łóżkiem dzienniki bohaterów czy naturalnie wkomponowane w tła przedmioty z ich życia codziennego. Łatwo to pominąć, ale zdecydowanie nie warto tego robić – zresztą, jeśli kiedykolwiek zagłębialiście się w bogactwa kampusowego pokoju Max Caulfield, to nie muszę wam tłumaczyć, jak dużą wagę twórcy przykładają do odwzorowania charakterów swoich bohaterów w zajmowanych przez nich przestrzeniach. Pod tym kątem „Tape 2” może pochwalić się sporym kawałem znakomicie wykonanego wizualnego storytellingu, który nie tylko koresponduje z naszą wiedzą na temat głównych bohaterek, ale oferuje również wskazówki interpretacyjne dotyczące wielu wydarzeń fabularnych czy samego zakończenia.

Załamanie sielankowego klimatu i rola wspomnień
Fabularnie „Lost Records: Bloom & Rage” – Tape 2 wypada naprawdę porządnie, choć i tu znalazło się kilka zgrzytów. Gra porusza takie tematy, jak siła i rozpad przyjaźni w obliczu tragedii, rola wspomnień w kształtowaniu naszej osobowości oraz strach przed spojrzeniem w głąb samego siebie – i to, w połączeniu z nostalgicznym, załamującym się tak naprawdę na naszych oczach sielankowym klimatem beztroskiego lata, wypada naprawdę świetnie. Gorzej jest jednak, gdy twórcy usiłują spiąć w jedną całość to, co zaprezentowali już w poprzednim odcinku, gdzie historii obyczajowej zaczęła towarzyszyć dosyć odważna, trudna w satysfakcjonującym wyjaśnieniu warstwa metaforyczna. Bez większych spoilerów wystarczy powiedzieć, że w ostatecznym rozrachunku „Lost Records: Bloom & Rage” stoi w sporym rozkroku między tym, co ostatecznie chce opowiedzieć i z jaką refleksją nas, jako graczy, pozostawić. To bardzo nieoczywista, otwarta na liczne interpretacje historia, co na pewno znajdzie zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników – mimo tego zabrakło mi narracyjnej konsekwencji w samym zakończeniu, którego ostateczny wydźwięk jest przez to nieco wyblakły i, przynajmniej w moim wypadku, niespełniony emocjonalnie. Nie zmienia to jednak faktu, że niezależnie od pojmowania metafor, opowieść do samego końca dobrze funkcjonuje w warstwie obyczajowej i składa się na dobrze poprowadzony do końca obrazek o nieoczywistej przyjaźni w obliczu czyhających tuż za rogiem zmian. Przyjaźni, która odciska na nas niezaprzeczalne piętno – niezależnie od tego, jak ostatecznie zdecydujemy się ją pamiętać.

Również w „Tape 2” lepiej udała się dwutorowa narracja, polegająca na równoległym prezentowaniu wydarzeń z chwili obecnej i wspominanego przez bohaterów roku 1995. Drugi odcinek, w odróżnieniu od pierwszego, nie sili się w tej kwestii na dynamizm wynikający z ciągłego, często niepotrzebnego skakania między tymi dwoma perspektywami. Zamiast tego, w znacznej większości zanurzamy się w przeszłości bohaterek, a do teraźniejszości powracamy wtedy, gdy faktycznie pozwala nam na to nieco inaczej spojrzeć na prezentowane wydarzenia. To odświeżające, choć oczywiście wynika przede wszystkim ze znacznie skróconego względem poprzednika czasu trwania.
Ograniczona interaktywność i niejasny system relacji
Wspomniany czas trwania wpływa jednak negatywnie na jedną, z mojej perspektywy, ważniejszych rzeczy w tego typu tytule, czyli interaktywna gracza. Nie dość, że mechaniki, jak opisywałem wyżej, są uproszczone, to wszelka nasza interaktywność w procesie kształtowania historii nieco blednie przez mglisty system relacji i ograniczone możliwości wyboru. Twórcy co prawda przygotowali tu kilka zakończeń, które różnią się od siebie w zależności od mniejszych czy większych wyborów dialogowych, ale… to w zasadzie tyle. Jasne, na przestrzeni fabuły podejmiemy trochę decyzji, ale ich wpływ na całość jest w zasadzie marginalny i sprowadza się głównie do zmian w samych relacjach. I nie miałbym z tym problemu, gdyby budowanie tychże nie było tak nieintuicyjne – co jest też zresztą pokłosiem ograniczonego czasu samej rozgrywki. Według tablicy końcowej, kierowana przeze mnie Swann nie zbliżyła się bliżej do żadnej z bohaterek – mimo że wyraźnie do tego dążyłem. Paradoksalnie, największą wadą systemu relacji jest jego ambitność. Gdyby „punkty” rozkładały się na jedną czy nawet dwie postaci, z pewnością można by to było zaimplementować lepiej – lecz gdy mowa już o trzech, z czego każda bohaterka ma ograniczoną przez fabułę obecność ekranową, sprawa się komplikuje i może prowadzić do frustracji.

Charakterologiczne drogi na skróty
Do wielkiej frustracji doprowadziła mnie również droga na skróty, jaką obrano przy kreacji niektórych postaci – a konkretnie jednej z nich. Don’t Nod od zawsze znane jest z tego, że występujący w ich historiach bohaterowie są wielowymiarowi, a początkowe, wytworzone wobec nich pozory często okazują się mylące. W całej serii „Life is Strange” trudno o jednoznacznie negatywnego bohatera, bo większość z tych, którzy rozpalali nasze nerwy na samym początku, ostatecznie odsłaniali więcej cech charakteru, pozwalając nam w ten sposób lepiej zrozumieć ich motywacje i sytuację życiową. „Lost Records: Bloom & Rage” w większości również to robi. Główna czwórka, czyli Swann, Autumn, Kat i Nora, mają pogłębione i nieoczywiste tożsamości, a w „Tape 2” pokuszono się również o subtelne, ale znakomite rozbudowanie charakteru siostry Kat, Dylan. Scena, gdy jako Swann nagrywamy fragmenty naszego dokumentu, co pozwala bohaterce odsłonić przed kamerą (i przed graczem) swoje wrażliwe oblicze, to niekwestionowana perełka i jeden z najjaśniejszych punktów całej gry. Tym bardziej jestem więc rozczarowany kierunkiem, jaki obrano w przypadku Corey’ego, awanturniczego chłopaka Dyla. Od samego początku kreowany był on na głównego przeciwnika grupy przyjaciółek i choć jest to zrozumiałe w ramach konwencji (zupełnie nie dziwi, że cztery nastolatki wchodzą w konflikt ze starszym od siebie chłopakiem siostry jednej z nich), zawodzi w warstwie fabularnej. Corey w „Tape 2” jest kreskówkowym, groteskowo wręcz radykalnym złolem bez żadnych cech łagodzących i trudno nie mieć wrażenia, że jest to duże pójście na skróty, aby łatwiej poprowadzić scenariusz linią prostego, a przy tym wymuszonego konfliktu. Decyzja ta może i działała wcześniej jako katalizator formującej się między bohaterkami przyjaźni, lecz w drugim odcinku – zwłaszcza bliżej zakończenia – może wzbudzić już co najwyżej westchnięcie lekkiego zażenowania. Niestety, mocno rozbija to zawieszenie niewiary i odbiera ładunek emocjonalny wielu scenom, osłabiając przy tym fabułę i jej przekaz same w sobie.

Podsumowanie
Summa sumarum „Lost Records: Bloom & Rage” to udany tytuł, który bez wątpienia polecę wszystkim miłośnikom gier narracyjnych. Jeśli cenicie sobie gry, w których główny akcent położony jest na samą historię, w tym kształtowanie jej i budowanie relacji z bohaterami – na wzór poprzednich gier Don’t Nod czy propozycji od Telltale – z pewnością znajdziecie tu sporo dobrego. Estetyka lat 90. została tu odwzorowana fantastycznie, i to zarówno za sprawą zaproponowanego soundtracku, jak i samego projektu świata przedstawionego i przytulnego klimatu (zwłaszcza w odcinku pierwszym). Z bólem muszę jednak przyznać, że „Tape 2” nie spełnił wszystkich obietnic złożonych przez poprzednika; i choć nie przepadam za tym sformułowaniem, całość jest przez to pełna niewykorzystanego potencjału – zarówno w warstwie gameplayowej, jak i fabularnej. To wciąż niezły tytuł, lecz niekonsekwencja tempa, brak obrania konsekwencji narracyjnej w zakończeniu, uproszczenie mechanik rozgrywki czy pójście na skróty w kreacji postaci to zbyt mocne zarzuty, abym mógł „Lost Records: Bloom & Rage” z czystym sumieniem nazwać dobrą grą. Zważywszy jednak na to, że gier narracyjnych ala „Life is Strange” jest już na rynku w ostatnich latach coraz mniej, miłośnicy gatunku mogą zechcieć dać nowej propozycji od Don’t Nod nieco taryfy ulgowej – i jest wtedy spora szansa, że będą wtedy bawić się naprawdę dobrze.
Ocena całości: 6,5/10
„Lost Records: Bloom & Rage″ dostępne jest do zakupu na platformach PC, Xbox Series S/X oraz PlayStation 5. Powyższa recenzja oraz tekst dotyczący pierwszej części powstały na bazie egzemplarza recenzenckiego na platformę Xbox Series X otrzymanego od wydawcy, Don’t Nod.
Przeczytaj również: „Grand Theft Auto VI”. Nie tylko Jason i Lucia – historie nowych postaci