Minęło już trochę czasu, odkąd drugi sezon serialowego „The Last of Us” od HBO zakończył emisję. Produkcja z Pedro Pascelem i Bellą Ramsey, która wzięła serca graczy (i nie tylko) szturmem w 2023 roku – przez wielu będąc okrzykniętą „najlepszą adaptacją gier video w historii” – zdaje się w tym roku generować znacznie mniejszy szum, i to zarówno wśród fanów oryginału, jak i widzów samego serialu. Choć TLOU nadal jest dla HBO sporym sukcesem, każdy kolejny odcinek – poza dwoma pierwszymi – zaliczał stopniowy spadek oglądalności względem premierowego sezonu. Dlaczego? Odpowiedź jest dosyć prosta: w przypadku 2. sezonu „The Last of Us” twórcy dostarczyli nam po prostu kawał dobrej telewizji. I nic poza tym.
Uwaga: niniejszy felieton pisany jest z perspektywy osoby, która zna „The Last of Us: Part II”, stąd gdzieniegdzie znajdą się nawiązania do fabuły gry. Posługuję się nimi jednak wyłącznie w charakterze referencji, więc nie musicie obawiać się o spoilery – fabularnie mam zamiar wspominać jedynie o tym, co znane dotychczas z serialu, bez niepotrzebnego wybiegania w przyszłość. Jeśli jednak 2. sezon „The Last of Us” jeszcze przed wami – nie ma potrzeby, byście czytali dalej; a nuż wasze wrażenia, wbrew moim wypocinom, będą zupełnie inne?
Początek był obiecujący. 2. sezon „The Last of Us”, śladem najgłośniejszych produkcji swojej stacji matki, HBO, już w drugim odcinku nie oszczędził widzów, serwując im szokującą śmierć jednego z głównych bohaterów. Utrata Joela – granego przez będącego w swoim karierowym piku Pedra Pascala – to spory cios, ale niejednokrotnie mieliśmy już do czynienia z historiami, które rozkwitały mimo tej przeszkody. Ba, dla wielu z nich, jak chociażby dla „Gry o Tron” czy „The Walking Dead”, momenty te potrafiły nawet stanowić punkt zapalny dla szerszego zainteresowania publiczności. W końcu każdy chciał zobaczyć TEN serial, w którym doszło do czegoś tak GŁOŚNEGO. „The Last of Us” swój „głośny” moment zdecydowanie dowiozło; po emisji 2. odcinka 2. sezonu internet wył niemożebnie, opłakując Pascala, którego ekranowa śmierć – zdaniem wielu graczy, w tym i mnie – zabolała dokładnie tak, jak powinna była, aby wstawić tę opowieść na właściwe tory. Tory ślepego zatracenia we własnych dążeniach, eksplorowania granic nieoczywistej żałoby i dalszego eksplorowania świata przedstawionego. Oto bowiem razem z Ellie i nową dla widzów bohaterką, Diną, opuszczamy znane nam Jackson na rzecz nieznanego; zdewastowanego i rządzonego przez “post-pandemiczne” bojówki Seattle. I w grze, i w serialu to dla gracza/widza ważny krok, stopniowo poszerzający jego percepcję zniszczonych przez zarażę Stanów Zjednoczonych, jednocześnie dynamizując opowieść przez starą jak świat, ale jak zawsze chwytliwą, narracją o zemście. I 2. sezon TLOU robi to zresztą znakomicie, względem oryginału wzbogacając całą opowieść o dodatkowe, intensywne starcia w znanym nam już Jackson, co pozwala nam wrócić do tego świata po dwóch latach nieobecności z dużym impetem. Problemy zaczynają się później – gdy z „rozpoczęcia” przechodzimy do największej bolączki tego sezonu: „rozwinięcia”.

Gdy historia zaczyna adaptować trzy dni w Seattle z perspektywy Ellie, coś szybko zaczyna się psuć. Uprzedzając hejterów: nie jest to w moim odczuciu na pewno problem z samą obsadą. Bella Ramsey jest fenomenalna, nowy nabytek w postaci Isabeli Merced to strzał w dziesiątkę (ba, uważam, że jej kreacja przebija Dinę z oryginału), Kaitlyn Denver i jej Abby kradną każdą scenę, a pozostałe nowe twarze – w tym m.in. Catherine O’Hara, Young Mazino i Jeffrey Wright – czują się tu jak ryba w wodzie. Nie jest to też kwestia samej warstwy produkcyjnej. Scenografia Seattle czy sceny akcji, bardziej zagęszczone zarażonymi niż w poprzedniku, potrafią zrobić piorunujące wrażenie i widać, że nawet Zaslav nie skąpił tu grosza.
Co zatem poszło nie tak? Przede wszystkim scenariusz, którego autorzy ewidentnie postawili sobie za cel pociągnięcia zbyt wielu srok za ogon. „The Last of Us” w swoim drugim sezonie składa się z dwóch odcinków mniej, niż pierwsza seria, co jest zupełnie niezrozumiałym zabiegiem, jeżeli weźmiemy pod uwagę skalę i rozmach opowiadanej historii. Podczas gdy pierwsze growe TLOU to liniowa opowieść drogi, w której nieprzerwanie śledzimy losy dwóch bohaterów, narracja sequela jest znacznie bardziej złożona, orbitując głównie wokół dwóch punktów widzenia, i to w różnych liniach czasowych. I skoro – jak już z pewnością się domyślacie po zakończeniu i potwierdzeniu samych twórców – 3. sezon pozwoli nam pomedytować nieco nad wydarzeniami widzianymi oczami Abby, to właśnie miniona, druga seria stwarzała idealną okazję, by pozwolić nam jak najlepiej zrozumieć postępowanie i tragizm dotkniętej stratą Ellie. I to, co znakomicie udało się w growym pierwowzorze, nie zostało powtórzone w serialu przez… nieuzasadniony pośpiech i napisany wokół tego właśnie pośpiechu scenariusz. Scenariusz, który chcąc upchać w 7 odcinkach jak najwięcej wydarzeń, pozwala sobie na niefortunne skróty strukturalne.
I tak oto dochodzimy do momentu, że apokalipsa, którą widzimy w najnowszym sezonie, dopuszcza się niewybaczalnego: sprawia wrażenie chłodno wykalkulowanej. Bohaterki raz za razem trafiają na kolejne zagrożenia – czy to w postaci nowych wariantów zarażonych, czy ludzi z dwóch odmiennych, ale podobnie niebezpiecznych frakcji – lecz ich losy przypominają bardziej przejście od punktu A do punktu B, niż faktyczne, emocjonujące przygody. Oczywiście, pewne skróty względem gry są jak najbardziej zrozumiałe. To logiczne, że sekwencje gameplayowe, w których jedna większa potyczka potrafi trwać kilkanaście minut, łatwo wydłużają nam opowieść bez posuwania przy tym fabuły do przodu. Momenty te jednak mają w growym medium swoją rolę: sprawiają, że świat przedstawiony jest żywy, uważny na nasze poczynania i nigdy nie możemy do końca przewidzieć, jak odpłaci nam się za kolejny krok. Wiąże się to zresztą z zasadniczym przesłaniem drugiej gry, która za sam wyjściowy punkt fabularny bierze sobie brutalną konsekwencję kontrowersyjnego wyboru Joela z poprzednika. Wyboru, przy którym towarzyszył mu przecież gracz – niezależnie od tego, czy się z nim zgadzał, czy nie. Na tym polega ta gorzka ironia, dzięki czemu kierunek, jaki studio Naughty Dog obrało przy sequelu jednego ze swoich największych hitów, wziął cały świat z zaskoczenia. Serial, chcąc tak naprawdę jak najszybciej dotrwać do zakończenia pierwszego segmentu fabularnego, rezygnuje z tego atutu. Najbardziej rzuca się to w oczy w przypadku pierwszego dnia w Seatle, w którym zamiast rozwinąć obiecujące wydarzenia z gry – w tym głównie pierwsze, znaczące starcie z WLF – scenariusz Craiga Mazina postanowił ukrócić je do absolutnego minimum. I owszem, na przestrzeni całego sezonu świat przedstawiony również jest rozwijany – m.i.n. dzięki niewidzianym w grze, rewelacyjnym scenom z Issackiem, które rzucają nieco więcej światła na WLF – ale pozostaje statyczny. Mamy do niego wgląd jedynie w krótkich porcjach, które są zaledwie dodatkiem do właściwej ścieżki fabularnej. A ścieżka ta, tak odchudzona z treści, zwyczajnie nie ma nigdy szansy odpowiednio wybrzmieć. I ciężko nie mieć wrażenia, że to zły wybór, skoro oddźwięk emocjonalny jest wizytówką całego „The Last of Us”. Czegoś takiego, jak emocje, zwyczajnie nie da się dobrze wykalkulować.

Czy tyczy się to całego sezonu? Oczywiście, że nie. Wspomniane rozpoczęcie ma odpowiedni przytup, a 6 odcinek, zbierający w całość flashbacki Ellie z Joelem, to prawdopodobnie najlepszy odcinek całego serialu, m.in. przez to, na jakie emocjonalne, aktorskie wyżyny wspiął się tam żegnający się z serialem Pedro. Ciężko też zapomnieć scenę z 3 odcinka, gdy Dina nie może oderwać oczu od Ellie odgrywającej na gitarze „Take on Me”. Jednak zasadnicza droga głównej bohaterki, posuwającej się coraz dalej w pragnieniu zemsty, nie zawiera w serialu tych cennych momentów, w których mielibyśmy okazję przemyśleć i pokontemplować nad wydarzeniami. A to dlatego, że nawet jeśli dochodzi do tragedii, narracja z góry podyktowana jest koniecznością dążenia do kolejnego i kolejnego odcinka. I choć serializacja nadal jest lepszym pomysłem na adaptację tak rozległych gier, niż, dajmy na to, filmy, trudno nie zauważyć, że zwyczajnie ona „The Last of Us” zaszkodziła. Skoro 2. sezon nie porwał widzów, ciężko wyobrazić mi sobie scenariusz, w którym zrobiłby to trzeci – a ogromna szkoda, bo historia Abby skrywa w sobie, w moim mniemaniu, jeszcze większy fabularny potencjał, niż połówka Ellie. Aby jednak został on odpowiednio spożytkowany, twórcy muszą dać historii nieco poodychać i skupić się bardziej na tu i teraz, niż biec na złamanie kierunku do kolejnych cliffhangerów. I tego im życzę, bo jeśli tego nie zrobią, „The Last of Us” prawdopodobnie nadal pozostanie serialem dobrym, ale z pewnością już nie doskonałym.
Przeczytaj również: „Ostatni z nas. Zrozumieć The Last of Us” [RECENZJA]