Pierwsza część „M3GAN” była, w moim przekonaniu, naprawde udaną hybrydą gatunkową (o czym szerzej mówiłem w naszym podcaście – pod linkiem). Film studia Blumhouse z 2023, w którego produkcję zaangażowany był sam James Wan, przypadł mi do gustu za sprawą interesującego połączenia campowej komedii z niezłym slasherem, utrzymując przy tym tym tropy charakterystyczne dla współczesnego horroru. Momentami bywało więc strasznie, zabawnie, a całość okraszono nieco naiwnym, ale dobrze wkomponowanym komentarzem społecznym odnośnie do niebezpiecznego rozwoju sztucznej inteligencji. Nic więc dziwnego, że w przypadku „M3GAN 2.0” twórcy – dysponujący znacznie większymi nakładami finansowymi i zaufaniem studia (pierwsza „M3GAN” zarobiła ponad 180 mln dolarów przy budżecie wynoszącym zaledwie 12) – mogli docisnąć pedał gazu. I choć zapowiedzi wskazywały na szalone rozwinięcie znanej z jedynki konwencji, po seansie sequela ciężko nie odnieść wrażenia, że coś poszło tu zdecydowanie nie tak. Ciężko spodziewać się, by po tak słabym weekendzie otwarcia (film zarobił zaledwie 10 mln dolarów w USA, co jest wynikiem trzykrotnie niższym od poprzednika) film jeszcze zdołał wyjść finansowo na prostą. Gdzie dopatrywać się przyczyny tej klęski i dlaczego „M3GAN 2.0″ to jedno z największych rozczarowań kina blockbusterowego 2025 roku? Cóż, spróbuję odpowiedzieć na to pytanie poniżej.
Należę do tego rodzaju widzów, którzy stronią od bieżącego śledzenia zwiastunów nadchodzących produkcji. Żyjemy w czasach, w których każdego dnia jesteśmy wręcz zasypywani nową zawartością. Co chwile coś nowego zmierza do kin czy streamingu, dlatego wychodzę z założenia, że jeżeli wiem, że chcę coś obejrzeć – a tak właśnie było w przypadku „M3GAN 2.0” – to unikam zwiastunów z własnej woli, aby jak najmniej wiedzieć o fabule do dnia seansu. Oczywiście z racji, że często chodzę do kina, rzadko jest to możliwe, niemniej pierwszą zapowiedź sequela „M3GAN” obejrzałem dopiero tydzień temu przed seansem „Balleriny”. I przyznam się wam, że momentalnie byłem oczarowany. Perspektywa sequela nieco przechylającego gatunek w stronę kina akcji, w którym główna bohaterka – zamiast klasycznie straszyć – będzie miała okazję odkupić swoje winy i zmierzyć się z nowym, krwiożerczym androidem, wydała mi się świetna. Oczywiście w żadnym wypadku świeża – to trop tak stary, jak „Terminator 2” – ale dopatrywałem się tu dużego pola do manewru, jeśli chodzi o kolejną porcję campowej widowiskowości, satyry i po prostu niezłej, angażującej akcji. Nadzieję budował też budżet (na „M3GAN 2.0″ wydano prawdopodobnie ok. 25 mln dolarów, dwukrotnie więcej niż na pierwszą część) oraz zaufanie studia w rozwój marki. Równolegle do sequela „M3GAN” nakręcono bowiem również spin-off „SOULM8TE”, który ma rozbudować „uniwersum” Atomic Monster o kolejnego, ikonicznego androida (premiera w styczniu). Dlaczego więc, mimo tego wszystkiego, opuściłem seans „M3GAN 2.0″ z poczuciem głębokiego zawodu?

W zasadzie odpowiedź jest bardzo prosta. Pierwsza „M3GAN”, choć w pełni samoświadoma i do bólu ironizująca z zasadami własnej konwencji – mówimy w końcu o filmie, gdzie morderczy android w jednej scenie szlachtuje ludzi, a w kolejnej z pełną powagą odśpiewuje „Chandalier” – zgrabnie trzymała się ram własnego gatunku. Film Gerarda Johnstone’a może nie był superstraszny, ale do samego końca pozostał całkiem niezłym thrillerem, w którym z zainteresowaniem mogliśmy śledzić kolejne poczynania tytułowej bohaterki przez jej nieprzewidywalność i równie osobliwą, co magnetyczną charyzmę. „M3GAN 2.0″, chcąc znacznie rozbudować stawkę, rezygnuje z tego podstawowego atutu. Na początku wydaje się, że wszystko idzie tak, jak trzeba – w przesadnie patetycznej scenie otwierającej widzom zostaje przedstawiona Amelia (Ivanna Sakhno), zbuntowana androidka wojskowa, która wymyka się spod kontroli i dokonuje terrorystycznego samosądu. Zanim jednak film przejdzie od tego początku do jakiegokolwiek rozwinięcia, czeka nas niemiłosiernie długi segment poświęcony… no właśnie, ciężko napisać, czemu konkretnie. Wracamy do bohaterek pierwszego filmu, Gemmy (Allison Williams) i jej siostrzenicy Cady (Violet McGraw), które próbują ułożyć sobie życie po morderczym szale M3GAN. Oczywiście film próbuje wykorzystać te „ludzkie” sceny, aby rozwinąć kontekst dotyczący rozwoju AI czy relacji głównych bohaterek, ale idzie mu to bardzo opornie. Dlaczego? „M3GAN 2.0″ to klasyczny przykład filmu, który nie istnieje bez tytułowej postaci. Gdy więc ta w końcu się pojawia, momentalnie nasze zainteresowanie rośnie i jesteśmy skłonni na chwilę przymknąć oko na koszmarny scenariusz czy niedociągnięcia techniczne. Niestety, nawet tego nie udało się tutaj w satysfakcjonujący sposób utrzymać do końca. To całkiem ironiczne, gdy w filmie o sztucznej inteligencji sam scenariusz i montaż jest na tyle nieinspirujący, że równie dobrze mógłby zostać wygenerowane przez bezduszne AI.

Amelia, przeciwniczka M3GAN, bardzo szybko okazuje się papierowym przeciwnikiem, który tak naprawdę nie kieruje się w swoich działaniach żadnymi interesującymi motywacjami. Ma to swoje uzasadnienie fabularne, ale nie zmienia to faktu, że ciężko ogląda się film, gdzie niemal każdy bohater jest jednowymiarowy i statyczny. A jeżeli chodzi o samą fabułę – choć szalona konwencja pozwala na dużą swobodę, twórcom „M3GAN 2.0″ i tak udało się ją w bardzo niezajmujący sposób przekombinować. Gdy więc dotrzemy do głównego „zwrotu akcji”, trudno nie westchnąć ze zrezygnowania. Oto zostajemy bowiem z filmem, który nie tylko zawodzi na polu charakterologicznym i rozrywkowym, ale również przeambitnia swoje własne, w teorii nawet interesującym założeniom. Szczerze mam wrażenie, że gdyby postanowiono zrobić z „M3GAN 2.0″ prostego akcyjniaka o pojedynku dwóch androidek, film mógłby wyjść z tego bałaganu obronną ręką. Niestety, pokuszono się tu na większą intrygę, która nie tylko zapycha metraż, ale zwyczajnie męczy i przeciąga się do granic przyzwoitości. Dodajmy do tego fakt, że głównej bohaterki jest tu mniej i ma w sobie znacznie mniej ikry, niż wcześniej, i już zupełnie na niczym nie możemy oprzeć naszej uwagi. Bo choć nadal jest tu trochę niezgorszego humoru, a film naprawdę daje radę wizualnie – seans tak szybko nam obojętnieje, że wszystko to bardzo szybko przestaje mieć znaczenie.
W ostatecznym rozrachunku „M3GAN 2.0″ to klasyczny przykład sequela, którego twórcy źle zrozumieli oczekiwania widowni. Zamiast więcej napięcia i ikonicznych scen z główną bohaterką, otrzymaliśmy rozwodnioną fabułę, gatunkową bylejakość i nieumiejętnie wpleciony przekaz. Film zawodzi na całej linii i trudno nie mieć wrażenia, że zmarnowano tu potencjał na naprawdę interesującą serię na wzór nowego, kinowego „Chucky’ego”. Samoświadome fiasko to wciąż fiasko, a twórcy dobitnie pokazali, że – choć zdecydowanie chcieliby, żeby było inaczej – cała wizja potencjalnej franczyzy trzyma się na niczym innym, jak wątłych ramionach metalicznej, kapryśnej M3GAN. Może więc w potencjalnej kolejnej części dać jej bardziej zabłyszczeć, zamiast odbierać jej należną chwałę?
Ocena: 4/10
Przeczytaj również: „Ironheart” to zły Iron Man? [RECENZJA]