Pewien bliżej nieznany, żyjący w starożytności Grek, wysnuł kiedyś myśl, że meandry ludzkiego życia są dosyć zbliżone do tego, co możemy oglądać na teatralnej scenie. Ta pozornie prosta, a w rzeczywistości bardzo głęboka obserwacja stała się z czasem jednym z najważniejszych toposów kulturowych, używanym przede wszystkim – choć nie tylko – w odniesieniu do literatury. Termin „theatrum mundi” z pewnością obił Wam się o uszy jeszcze w szkolnej ławce przez to, jak wdzięcznie eksplorowano i adaptowano na potrzeby nowych historii to zagadnienie na przestrzeni stuleci. I to zarówno przez czołowych twórców europejskich (takich jak William Szekspir), czy polskich (chociażby przez Prusa w końcowej scenie „Lalki”). I choć zdawać by się mogło, że epoka modernizmu nieco wypleniła z literatury popularnej wiele z utartych i wcześniej stosowanych na potęgę schematów, współczesne teksty nadal bardzo często inspirują się antycznymi myślami – choć częściej w ramach konwencji, niż bezpośrednio przekładając je na potrzeby swoich historii. Przykładem takiego tekstu są właśnie „Urodziny”. Autorka, Weronika Murek,  stworzyła interesujący, obyczajowy thriller, raz za razem lawirujący na cienkiej granicy pojmowania rzeczywistości i w interesujący sposób punktujący tej rzeczywistości absurdy.

Główną bohaterką powieści jest Jaga Babażyna, starzejąca się aktorka. Choć, jak próbuje wmówić jej teatralny półświatek stolicy, lata świetności w swojej profesji ma dawno za sobą, kobieta nadal robi, co w swojej mocy, aby pozostać aktywną zawodowo. Ciężko jednak powiedzieć, czy wynika to z zamiłowania do pracy, czy może służy Jadze bardziej jako zagłuszacz żałoby po niedawnej śmierci męża. Nagłą dysrupcję w życiu kobiety wprowadza spotkanie tajemniczego mężczyzny i towarzyszących mu dwoje dzieci, którzy zdają się czyhać na Jagę na każdym kroku – w domu, w pracy, czy w trudnym do zdefiniowania wszystkim pomiędzy. Nie wie, czego chcą, ale ich obecność niepokoi ją do granic – do tego stopnia, że kobieta zaczyna bardzo szybko panicznie bać przebywania we własnym towarzystwie. Zagubiona nieco w swojej jaźni, Jaga rozpoczyna burzliwą próbę przetrwania w pędzącej na złamanie karku Warszawie, starając się przy tym rozróżnić realne zagrożenie od nękających ją, wewnętrznych demonów. I choć, jak to aktorka, bohaterka ma z pewnością spore tendencje do dramatycznej interpretacji rzeczywistości, ciężko zignorować fakt, jak gwałtownie zdają się oplatać ją lalkarskie sznurki zaplątanego teatru życia.

Weronika Murek posługuje się w „Urodzinach” bardzo kwiecistym, hipnotyzującym językiem. Nie obce są jej erudycyjne nawiązania do klasyki, pomysłowe budowanie napięcia przez lakoniczne, sentencyjne ułożenie kolejnych zdań czy zręczne przeskakiwanie między narracją personalną, a auktorialną. Język powieści, utrzymany w czasie teraźniejszym, jest upajający i zręczny do tego stopnia, że bardzo łatwo zanurzyć się w wycinkach z życia Jagi. Codzienność aktorki jest intensywna, wymagająca i często surrealistyczna, co zostaje przez autorkę bardzo dobrze zarejestrowane słownie. W pewnym momencie lektury – na oko gdzieś w ⅓ całości, czyli po ok. 80 stronach – trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że zręczna narracja to w gruncie rzeczy jedna wielka zasłona dymna. Bo choć sporo w „Urodzinach” zawartości, w książce Murek znalazło się dosyć mało faktycznej, zajmującej zawartości. A spora jej część – nawet, jeśli zgrabnie napisana – ostatecznie nie jest niczym więcej, jak mętną, nie składającą się w satysfakcjonującą całość słowną watą. I to raczej gorzką, niż cukrową.

Weronika Murek, autorka powieści „Urodziny” / fot. Anna Rezulak

Dlaczego? Powieść krąży wokół takich zagadnień jak żałoba, zagubienie, przemijanie – w tym zarówno kobiece, zawodowe, społeczne – ale jest jednocześnie zbyt mało wyrazista, by nadać im odpowiedni wydźwięk. Portret literacki Jagi jako kobiety, która próbuje pokonać własne fizyczne i psychiczne ograniczenia, aby utrzymać swoją pozycję aktorki w dynamicznej stolicy, może się podobać. Jest to zresztą, w moim przekonaniu, najlepszy element powieści, stanowiący celny policzek w społeczeństwo, które coraz usilniej stara się wypierać z kulturowej sceny starzejące się kobiety. To spory problem, rozgrywający się zresztą nie tylko na naszym rodzimym podwórku, ale również w reprezentatywnym dla całej branży Hollywood. Bardzo podobały mi się rozdziały opisujące kolejne próby garderobiane czy sceniczne Jagi, gdzie mogliśmy zaobserwować atmosferę wzajemnej niechęci, udawanej sympatii i narastającej niepewności wobec możliwości własnego, zmęczonego biologicznie ciała – a wszystko to, jak na ironię, w teatrze, co tym bardziej potęgowało ironiczność potraktowania przez autorkę motywu „życia jako sceny” . Niemniej, te całkiem udane fragmenty nie zagrały mi w przekonujący sposób z nadrzędnym tematem powieści. Niezależnie bowiem, jak zdecydujemy się interpretować psychologiczną ucieczkę Jagi za tajemniczą rodziną, nie jest ona na tyle czytelna, aby wywołać większe emocje czy zastanowienie.

Choć interesujących tropów jest tu cała masa – tęsknota i żal za niespełnioną wizją życia, ból egzystencji (zarówno w znaczeniu kobiecym, jak i po prostu ludzkim), wybiórcza pamięć dotycząca utraconej miłości – żaden z nich nie zostaje szerzej wyeksplorowany tak, aby jednocześnie nadać powieści konkretną spójność tematyczną. Zamiast tego otrzymujemy wiele okruszków, które smakują całkiem nieźle, ale ostatecznie wyprowadzają nas w pole i nie zaspokajają narastającego w czasie lektury głodu. Dobrym tego przykładem jest też konstrukcja postaci. Świat przedstawiony jest tak mocno podporządkowany tezie (związanej z trudnościami w życiu Jagi jako starszej aktorki), że zabrakło w nim miejsca na przekonujących, zniuansowanych bohaterów. Całkiem nieźle to działa na początku – czuć, że próbowano tu uzyskać efekt „gombrowiczowskiej” satyry – ale na dłuższą metę rozczarowuje, nie pozostawiając czytelnikowi w trakcie lektury żadnego punktu zaczepienia oprócz nieidealnej, nieco męczącej perspektywy Jagi.

„Urodziny” to interesująca powieść, która nieco ugina się pod ciężarem własnej, fabularnej i formalnej ambicji. Autorka, jak na dramatopisarkę przystało, ma niekwestionowany talent do kreowania zajmujących pojedynczych scen. Szczególnie przed szereg wybijają się opisywane wyżej fragmenty dotyczące zmagań teatralnych czy piękne w swojej prostocie, poetyckie zakończenie. Lecz choć sceny te mają szansę zapisać się w mojej pamięci na dłużej, „Urodziny” jako całość raczej szybko się w niej rozmyją – ale może już taka rola krótkich, impresjonistycznych próz?  

Książkę „Urodziny” autorstwa Weroniki Murek zrecenzowaliśmy na podstawie egzemplarza recenzenckiego zapewnionego przez Wydawnictwo Czarne – dzięki!

Przeczytaj również: Storytel publikuje TOP 10 audiobooków na początek lata. Triumf rodzimej literatury

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy