Kierownictwo Marvel Studios, z Kevinem Feige na czele, od dawna zapowiadało koniec z taśmową produkcją. Projektów MCU miało być mniej, za to znacznie bardziej dopracowanych. Gdy półtora roku temu ogłoszono nietuzinkową obsadę, stało się jasne, że to właśnie ten film ma pokazać nową, wyższą jakość i dbałość o szczegóły. Pedro Pascal, Vanessa Kirby, Joseph Quinn i Ebon Moss-Bachrach – oto nasza nowa Fantastyczna Czwórka.
Krótko mówiąc, trzecia już od 2000 roku adaptacja przygód fantastycznej rodziny stała się oczkiem w głowie szefa MCU. Już na etapie promocji dowiedzieliśmy się, że akcja będzie się rozgrywać w alternatywnej rzeczywistości, co w połączeniu ze stylistyką lat 60. i retrofuturystycznym Nowym Jorkiem wyraźnie oddziela film grubą kreską od dotychczasowych, często szarych i monotonnych wizualnie produkcji Marvela. Dzięki tym zabiegom „Fantastyczna Czwórka” zyskała kolejny, kluczowy atut – na seans można wybrać się bez znajomości jakiegokolwiek innego filmu studia. Podobnie jak w ostatnim „Supermanie”, nie otrzymujemy tu klasycznej genezy bohaterów. Zamiast tego, w sprytnej formie telewizyjnego show, przedstawiona zostaje krótka historia ich pierwszego lotu w kosmos. Widzimy, jak cały świat trzymał za nich kciuki, a gdy po powrocie zyskali nadludzkie zdolności, stali się jedynymi obrońcami Ziemi. To wydarzenie jeszcze bardziej zjednoczyło ludzkość i sprawiło, że ten pełen uroku, optymistyczny świat naprawdę przyjemnie się ogląda. W ramach tego samego programu telewizyjnego otrzymujemy też przebitki z brawurowych misji drużyny. Widzimy, jak współpracują w starciu z plejadą klasycznych komiksowych złoczyńców, takich jak władca podziemi Mole Man, supermałpy Red Ghosta czy potwór Giganto. Cieszy obecność tak barwnych postaci, przedstawionych w niezwykle komiksowy sposób. Ogromna szkoda, że większość tych dynamicznych scen została ostatecznie wycięta. Przez te cięcia z zapowiadanej obecności Red Ghosta (granego przez Johna Malkovicha) i jego pomocników na ekranie ostała się w zasadzie tylko jedna z małp.

Coś więcej niż drużyna – portret rodziny
Nie samymi walkami Fantastyczna Czwórka żyje. Sceny domowe, jak na przykład ta, w której rodzina dowiaduje się o ciąży Sue, emanują ciepłem i autentyczną, rodzinną atmosferą. Nie brakuje tu żartów, przekomarzań, ale również wzajemnego wsparcia. Co więcej, niemal każdy członek zespołu pełni w tej strukturze jasno określoną rolę. Reed, jako genialny naukowiec, jest mózgiem operacji – to on tworzy przełomowe technologie i znajduje rozwiązania dla pozornie nierozwiązywalnych problemów. Sue to serce i dyplomatyczna siła drużyny; ma na koncie liczne sukcesy na arenie międzynarodowej, gdzie konflikty rozwiązywała nie siłą, a dialogiem. Johnny to z kolei porywczy, lecz odważny idealista, który zawsze pierwszy rwie się do walki, kierowany szczerą chęcią pomocy. I wreszcie Ben, cóż, można powiedzieć, że jest opoką dla całej rodziny i dobrym duchem Nowego Jorku. Mimo że nie przypomina już człowieka, jako jedyny z grupy swobodnie przechadza się ulicami miasta, rozmawiając z mieszkańcami tak, jakby mieszkał tuż za rogiem, a nie w najbardziej strzeżonym wieżowcu na świecie. Prawdziwy „swój chłop”.

Najlepsza część filmu – Akt II
Fantastyczna rodzina żyje sobie w tym świecie jak pączki w maśle. Ludzie bezgranicznie im ufają, bo przecież zawsze ratują świat, a z globalnymi problemami radzą sobie z niezwykłą łatwością. Aż nagle pewnego wieczoru, w scenie znanej ze zwiastunów, nadchodzi zagrożenie, jakiego drużyna jeszcze nie widziała. Srebrna Serferka, grana przez Julię Garner, momentalnie wprowadza gęstą atmosferę napięcia, jakiej do tej pory w filmie brakowało. Zapowiada mieszkańcom Ziemi nadejście Galactusa, opisując go jako byt wieczny, starszy niż wszechświat i stanowiący naturalną kolej rzeczy. Fantastyczna Czwórka szybko opracowuje plan i wyrusza w kosmos, by stawić czoła Galactusowi, zanim ten dotrze do Ziemi. Tak rozpoczyna się akt II – najlepsza część filmu. To właśnie dla tej kosmicznej przygody warto wybrać się do IMAXa, by w pełni poczuć bezmiar przestrzeni i potęgę Pożeracza Światów. Jego pojawienie się momentalnie odwraca ton filmu. Do ciepłej, rodzinnej atmosfery wpełza niepokój. Gdy drużyna staje przed obliczem Galactusa, w mgnieniu oka rozumie, dlaczego jego Heroldka zapowiadała go w tak złowieszczy sposób. Ogromny, przedwieczny byt, siedząc na tronie, składa propozycję: oszczędzi Ziemię, jeśli Fantastyczna Czwórka odda mu swojego nienarodzonego, piątego członka rodziny. Ten niemalże biblijny konflikt ciąży na bohaterach aż do samego finału. Po ucieczce od Galactusa wracają na Ziemię bezradni. Ludzkość jest zmieszana, a zarazem wściekła, że bohaterowie po raz pierwszy nie wiedzą, co robić, podczas gdy rozwiązanie wydaje się proste i matematycznie opłacalne. Jednak takie kalkulacje są sprzeczne z wartościami Fantastycznej Czwórki, dla której rodzina jest najważniejsza.

Ocena obsady
Pedro Pascal świetnie sprawdził się w roli Reeda Richardsa, idealnie oddając naturę genialnego, ale nieco oderwanego od rzeczywistości naukowca. Choć z łatwością rozwiązywał najtrudniejsze problemy naukowe, był zupełnie bezradny w sferze relacji międzyludzkich. Widać to doskonale w scenie kłótni z jego filmową żoną, Sue Storm, w której właśnie te dwa światy – naukowy geniusz i inteligencja emocjonalna – ścierają się ze sobą. Vanessa Kirby jako Sue Storm to był strzał w dziesiątkę. Od momentu pojawienia się Galactusa jej postać emanuje siłą i determinacją, stając się drugą po Wandzie Maximoff (Elizabeth Olsen) najbardziej wyrazistą i zdeterminowaną matką w MCU. Pozytywnie zaskoczył mnie również Joseph Quinn jako Johnny Storm. Obawiałem się, że będzie to postać wyłącznie komediowa, jednak Johnny pokazał, że gdy na czymś mu zależy, potrafi się w pełni zaangażować i wymyślić błyskotliwe rozwiązanie, by pomóc rodzinie. Niestety, najmniejsze pole do popisu miał Ebon Moss-Bachrach. Jak pisałem wcześniej, niemal każdy członek drużyny ma w filmie jasno określoną rolę – Ben Grimm jest tym wyjątkiem od reguły. Otrzymuje swój niewielki wątek, jednak nie wybrzmiewa on wystarczająco mocno, a potencjał postaci pozostaje niewykorzystany. Na koniec warto wspomnieć o Ralphie Inesonie, który nie tylko użyczył głosu Galactusowi ale również ubrał się w praktyczny kostium (nawet miał ekipę od chłodzenia go w tym ciężkim kostiumie na planie). To właśnie jego głęboki i spokojny głos sprawiał, że groza płynąca od Pożeracza Światów była tak namacalna. Oddał prawdziwość nieuniknionego zagrożenia jakim jest Galactus.

Jakość pod względem technicznym
Pod względem technicznym czuć ogromną staranność, z jaką twórcy podeszli do przygotowania „Fantastycznej Czwórki”. Postawienie na praktyczne efekty, imponujące kostiumy i pieczołowicie zbudowane scenografie zdało egzamin. Po latach nadużywania przez Marvela CGI jest to niezwykle odświeżająca zmiana. Tak jak wspominałem, momenty w kosmosie to najlepsze sceny w całym filmie. Projekty statków, bezkres przestrzeni, sekwencja ucieczki czy wreszcie samo pojawienie się Pożeracza Światów na długo zapadną w pamięć jako czyste doświadczenie kinowe. Stąd też nasuwają się porównania do „Interstellar” – choć tam realizm i skala kosmicznej podróży stoją na wyższym poziomie, to inspiracje są tu wyraźnie odczuwalne. Całość dopełnia niezastąpiony Michael Giacchino, który skomponował wzniosły, choć nieprzesadzony soundtrack, idealnie podbijający stawkę zagrożenia. A główny motyw przewodni gra w głowie jeszcze długo po seansie.

Podsumowanie: Marvel odrobił lekcje
„Fantastyczna Czwórka: Pierwsze kroki” to film, który przede wszystkim zdał egzamin. Miał udowodnić, że Marvel nie zapomniał, jak robi się produkcje wysokiej jakości. Reżyser Matt Shakman po sukcesie serialu „WandaVision” ponownie wziął na warsztat wartości rodzinne, tym razem ukazując je w jeszcze większej, kosmicznej skali. Aż ciężko uwierzyć, że w filmie z 2007 roku zobaczyliśmy Galactusa jako bezkształtną chmurę. Ówcześni twórcy obawiali się, że wierne przedstawienie olbrzyma pożerającego planety będzie dla widza niewiarygodne lub kiczowate. Ten film udowadnia, że byli w błędzie. Zrozumienie materiału źródłowego i adaptowanie go w pełnej okazałości, bez cienia wstydu – to klucz do tak udanej produkcji. Czekam na kolejne występy Fantastycznej Czwórki w MCU i mam nadzieję, że aura tego filmu choć trochę przełoży się na powstające w pośpiechu „Avengers: Doomsday”.
Ocena filmu 8/10