Moda na odświeżanie filmowych hitów z końcówki dwudziestego wieku trwa w najlepsze. Dwa tygodnie temu recenzowałem najnowszy „Koszmar minionego lata”, tym razem przyszedł czas na „Nagą broń”. Czy Frank Drebin Junior jest równie zabawny jak jego ojciec? Czy dzisiejsza poprawność polityczna „zjadła” krwisty humor oryginału? I wreszcie, czy warto w ogóle poświęcać swój czas na ten film? Przekonajmy się!

„Police Squad” – wszystko zaczęło się od serialu

Rozpocznę tradycyjnie od kilku zdań historycznego zarysu. Pierwotnie „Naga broń” (w oryginale „Police Squad”) była serialem stworzonym dla stacji ABC przez tercet „ZAZ” (David Zucker, Jim Abrahams, Jerry Zucker). Panowie zasłynęli produkcjami „The Kentucky Fried Movie” oraz „Czy leci z nami pilot”, które w głównej mierze bazowały na setkach gagów i parodii szeroko pojętej popkultury. Szczególnie sukces tego drugiego filmu spowodował, że owa trójca postanowiła powołać do życia serial, którego głównym bohaterem będzie fajtłapowaty policjant. „Police Squad” był pastiszem wielu kryminalnych seriali z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Ostatecznie produkcja nie wzięła szturmem amerykańskiej telewizji i została anulowana po sześciu odcinkach. Jednak po czasie zyskała wielu oddanych fanów, którzy docenili kunszt „ZAZ”, co doprowadziło do tego, że po kilku latach od premiery „Police Squad” (rok 1982) na ekranach pojawił się film „Naga Broń” (rok 1988). Z oryginalnej obsady serialu został jedynie Leslie Nielsen jako Frank Drebin, plus kilka drugoplanowych postaci. Jeśli grzecznie siedzieliście do samego końca seansu najnowszej „Nagiej broni” to zapewne zauważyliście motyw zamrożenia akcji, który pojawiał się także przy okazji napisów końcowych każdego epizodu „Police Squad”. 

„Naga broń” – nieudane próby stworzenia kontynuacji 

Ostatnia „Naga broń” z oryginalną obsadą miała premierę w 1994 roku. Na marginesie, w tym miejscu polecam wam tekst odnośnie O.J. Simpsona, który w momencie, gdy na ekranach polskich kin debiutowała „Naga broń 33 1/3”, sam był bohaterem niezłego kina akcji i to w rzeczywistości. Wracając… W kolejnych latach Jim Abrahams i David Zucker stworzyli kilka produkcji, które miały za zadanie parodiować popkulturę (m.in. moim zdaniem nieudane w większości kolejne części „Strasznego filmu”), ale nie spotkały się one z pozytywnym feedbackiem – przypomnijcie sobie chociażby „SuperHero”. W XXI wieku próbowano wskrzesić „Nagą broń” jako film telewizyjny z Leslie Nielsenem, ale ambitne plany nie zaowocowały niczym konkretnym, a niedługo potem aktor zmarł. W 2022 roku wytwórnia Paramount ostatecznie postanowiła powierzyć reżyserię i scenariusz Akivie Schafferowi, którego w tym drugim aspekcie wsparli Dan Gregor i Doug Mand. Natomiast nowym Frankiem Drebinem został Liam Neeson. 

Nowa „Naga broń” – zbiór gagów z fabułą w tle

Oryginalne filmy z Nielsenem w dużej mierze opierały się na absurdalnych gagach, które kpiły ze wszystkich. Jednak każda z trzech produkcji posiadała określoną nić fabularną, która trzymała wszystko w ryzach. „Naga broń” z 2025 roku również oferuje nam setki szybko strzelających z każdej strony żartów, z których niektóre są naprawdę śmieszne, ale sama intryga głównego, czarnego charakteru jest totalnie surrealna. W dodatku Richard Cane (Danny Huston) w przeciwieństwie do poprzednich antagonistów głównego bohatera jest w tym filmie zupełnie nijaki. Wygląda to trochę tak, jakby twórcom chodziło przede wszystkim o nagromadzenie gagów, a „jakiś tam” kryminalny wątek „niech się rozgrywa” w tle. Produkcja trwa niewiele ponad godzinę dwadzieścia, czyli trochę krótko. Nie będę spoilerować, ale idea czarnego charakteru przypomina scenariusz „Black Mirror” dla ubogich.

Liam Neeson jako Frank Drebin Jr.

Lesliego Nielsena nie da się skopiować jeden do jednego, ale Liam Neeson kolokwialnie mówiąc – dowiózł. Jest on naprawdę zabawny, czasami jego postać próbuje być aż nadto „przygłupia” (nawet bardziej niż jego ojciec), ale to był dobry wybór castingowy. W przeciwieństwie do chociażby nowej wersji „Fletcha”, gdzie Jon Hamm pomimo usilnych starań nie był w stanie zastąpić Chevy’ego Chase’a, Neeson nie jest nowym Nielsenem, ale w wielu momentach rozgrywa to równie dobrze. Na aplauz zasługuje również Pamela Anderson, która jako Beth jest zabawna i widać filmową chemię pomiędzy nią a Neesonem. Natomiast reszta bohaterów w mojej opinii jest zupełnie nijaka. Szefowa Drebina bardziej irytuje niż śmieszy, Paul Walter Hauser jako syn kapitana Eda Hockena znika gdzieś w tle. Ma kilka komicznych kwestii i to tyle, a przecież George Kennedy w oryginale był naprawdę ważną postacią. Nie ma zastępcy/następcy Nordberga (choć scenka z „Not Nordberg son” całkiem psotliwa), ani postaci szalonego naukowca. Nowa „Naga broń” to show Liama Neesona, któremu partneruje Pamela Andersona, a reszta jest tylko elementem drugiego planu. 

„Naga broń” – czy warto?

Odpowiadając na pytanie „czy warto iść na nową Nagą broń do kina?”, należy sprecyzować tu kwestię dla kogo został stworzony ten film? Nie prowadziłem socjologicznego badania, ale wydawało mi się, że podczas kinowego seansu byłem najmłodszy (ew. jednym z najmłodszych), a część widowni mogła pamiętać premierę poprzedniej części „Nagiej broni” z autopsji. Jest to przede wszystkim produkcja dla osób, które uwielbiały stare parodie tercetu „ZAZ”, ewentualnie dla tych, którzy mają dość mody na wszechobecną autocenzurę. Czy jednak nowa „Naga broń” mocno depcze aktualne kanony poprawności politycznej? Nie bardzo. Twórcy nie poszli mocno po bandzie i tylko kilka razy odeszli od familijnych żarcików (np. sekwencja w kuchni), chyba nie chcieli się nikomu zbytnio narazić. Produkcja posiada sporo odniesień do amerykańskiej popkultury, które mogą być nie do końca zrozumiałe dla widzów nieobeznanych w tym temacie. Na przykład nie jestem pewien, jak wiele osób na widowni „wyłapało” zabawę z imionami bohaterek „Seksu w wielkim mieście” w jednej ze scen. Na początku filmu Frank Drebin Jr. wspomina głośną aferę z wypadnięcim piersi Janet Jackson podczas Super Bowl z 2004 roku, na co jego szefowa odpowiada „Frank to było dwadzieścia lat temu!”. No właśnie. Twórcy umieścili tu głównie odwołania do sytuacji i osobistości sprzed dwóch dekad. Oprócz wyżej wspomnianej Janet Jackson, „Seksu w wielkim mieście”, mamy również nawiązanie do Black Eyed Peas, „Buffy – postrach wampirów” czy Billa Cosby’ego (choć to może akurat bardziej na czasie temat, a sam żart mimo, że oklepany to całkiem dobry). W dużej mierze są to relikty przeszłości (choć „Buffy” ma się niedługo pojawiać w nowej wersji) i pokazuje, że nowa „Naga broń” w przeciwieństwie do odświeżonego „Koszmaru minionego lata”, nie pragnie trafić do młodego widza. Twórcy skupili się na pierwotnych odbiorcach serii, którzy mogliby nie zrozumieć nowych trendów, czy rzeczy, które były modne kilka lat temu. Choć może jeśli powstanie jeszcze jeden film z Liamem Nessonem, to Frank Drebin Jr. będzie nucił w samochodzie „Gucci Gang” albo coś w tym stylu. 

Przechodząc do meritum. Jeśli lubiliście oryginalną „Nagą broń” – możecie się bawić w kinie całkiem nieźle. Natomiast w przypadku, gdy nie widzieliście żadnego z poprzednich trzech filmów (o serialu nie wspominając) – idziecie na własne ryzyko.

6,5/10

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
5 1 głos
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Damian Kaźmierczak

Damian Kaźmierczak

Od dziecka zafascynowany popkulturą, w szczególności kinematografią, muzyką, literaturą i sztuką. Wciąż nie może zdecydować się, czy jego ulubionym filmem jest „Wolny dzień Ferrisa Buellera” czy „Ludzie honoru”. W tekstach stara się łączyć różne elementy popkultury i analizować je pod kątem historycznym, socjologicznym. Montażysta, scenarzysta, człowiek renesansu. Nie wyobraża sobie życia bez aktywności fizycznej, ostatnio szczególnie pochłania go koszykówka i tenis.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy