Marzyliście kiedyś o zaprojektowaniu własnych wiszących ogrodów? Cóż, może podróże w czasie do ery Nabuchodonozora II nie są jeszcze możliwe, ale to nie znaczy, że nie macie żadnej okazji na spełnieniu tych budowniczych ambicji. Z pomocą przychodzi Portal Games i ich najnowszy tytuł, „Babilon”. Gra autorstwa Oliviera Grégoirego oferuje spore kreatywne wyzwanie, pozostając cały czas lekkim tytułem, gotowym do gry niemalże od razu po otworzeniu pudełka. Potrzebne Wam będą tylko dwie rzeczy: odpowiedni fundament Tarasu (glina, kamień, a może bazalt?) oraz zgodna z nim dekoracja (fontanna, most, a może posążek?) No, przydałoby się również odpowiednie planowanie z wyprzedzeniem, aby ambitny projekt babilońskiej konstrukcji nie wybuchł nam w twarz (lub, w tym przypadku, nie zawalił się na całej planszy) ale to sprawa drugorzędna – najpierw skupmy się na tym, aby wybudować bardziej widowiskowy ogród, niż nasi przeciwnicy. I aby nikt nie dostrzegł, jak dużą część naszych pięter, zamiast filarów, stanowią fuszerkowe belwedery…

Wiszące ogrody Semiramidy

Instrukcja wita nas wstępem na temat wspomnianego już władcy Nabuchodonozora II, który w latach 604–562 p.n.e. zlecił budowę Wiszących ogrodów Semramidy – jednego z największych dokonań budowniczych starożytnego świata, nie bez przyczyny ochrzczonych mianem jednego z siedmiu cudów świata. Widowiskowa konstrukcja była przeznaczona na podarek dla młodej żony króla, Amytis, jednak jej skala szybko przebiła dobrze przemyślany prezent ślubny. I choć budowla nie przetrwała do naszych czasów, badacze i zainteresowani do dziś zachwycają się wzmiankami na jej temat z licznych źródeł historycznych. Nie dziwi więc, że zagadnienie wiszących ogrodów postanowiono wykorzystać również w grze planszowej. Pomysł, aby pozwolić graczom na samodzielnie zaprojektować namiastkę babilońskiego cudu świata, w teorii brzmi doskonale. Lecz czy podobnie jest z jego realizacją?

Okładka i okazałe pudełko „Babilonu”

„Babilon”, czyli idealny przykład gry typu pick up and play

Przede wszystkim warto pochwalić samo pudełko i jego zawartość. I choć nie jest ona zbyt zróżnicowana – w „Babilon” nie mamy do czynienia z kartami, a jedynie z kafelkami Tarasu, plastikowymi komponentami i żetonami rundy – całość została dobrze przemyślana i przygotowana dla graczy. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to fakt, że samo pudełko stanowi integralną część rozgrywki. Pomiędzy poszczególnymi dekoracjami przygotowano bowiem dobrze spasowany kwadrat 4×4, w którym z łatwością rozmieścimy kafelki surowców (kwadrat stanowi więc nasz Kamieniołom). I… to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o przygotowanie do gry. Po postawieniu przed sobą unikalnych planszetek i przeczytaniu instrukcji (opiewającej na zawrotne 4-5 stron), jesteśmy gotowi do rozgrywki i stawiania pierwszych fundamentów, w parze lub maksymalnie trzema znajomymi. 

Na start warto wspomnieć o jakości samych komponentów. Filary i wszelkie dekoracje są naprawdę porządnie wykonane i pełne szczegółów – to jednokolorowe pionki, ale robią naprawdę pozytywne wrażenie nawet przy sporym zbliżeniu (jak widzicie na zdjęciach). Co prawda szkoda, że nie są wykonane np. z drewna, niż z plastiku, ale wiadomo – realia rynku są, jakie są, więc tym bardziej doceniam dbałość o szczegółu, gdyż elementów w „Babilon” jest naprawdę sporo. Szkoda jednak, że tego samego nie można powiedzieć o planszetkach graczy – czyli naszych osobistych polach budowy, na których piętrzyć się będą ogrody. Niestety, to zwykle, bardzo podatne na zniszczenia zlepki tektury – już samo wyciśnięcie ich z wyprasek może łatwo doprowadzić do małych uszkodzeń z drugiej, „wewnętrznej” strony. Estetycznie nie wpływa to na rozgrywkę – jeśli będziecie mieć tyle szczęścia, co ja, to uszkodzicie jedynie tę część, która wiecznie pozostanie zakryta. Niemniej kiepska jakość wyprasek potrafi dać o sobie znać również w trakcie gry, gdy planszetki będą zapełniane przez filary. Szybko orientujemy się, że nie są one idealne spasowane, przez co pionki potrafią się zaklinować. Lekkie tworzywo samych plansz powoduje również, że łatwo nadmierne je przesunąć podczas stawiania kolejnych konstrukcji.  I choć nie zdarzyło mi się ani razu zburzyć burzyć w ten sposób swojego miniogrodu, potrafi to zirytować przy gorączkowym stawianiu kolejnych filarów. 

Wygląd i konstrukcję wiszących ogrodów ogranicza jedynie nasza wyobraźnia

Głębia prostej rozgrywki

Ostatecznie to jednak mały minus, bo gdy już zaczniemy pierwszą rundę, prostota rozgrywki – w połączeniu z wieloma możliwościami – pochłaniają nas bez reszty. A na czym to wszystko polega? Zaczynamy od wybrania dostępnego z Kamieniołomu kafelka Tarasu, który w zależności od ułożenia (i tego, z jakimi innymi Tarasami sąsiaduje), zaopatrza nas w określoną liczbę filarów. Wybór ten jest kluczowy, bo każdy Tarasa ma ograniczone możliwości późniejszej budowy na nim dekoracji. Im te bardziej jakościowe, bliżej dna bazaltowe, tym możemy zbudować na nich więcej – ale te najbliżej dostępne glinianki dosyć sporo ograniczają nam pole manewru. A że większość dekoracji wymaga połączenia z dwoma niezależnymi Tarasami, szybko musimy zdecydować się, co będzie dla nas kluczowe. Logiczne – tak samo jak nie od razu Rzym (czy w tym przypadku: Babilon) zbudowano, tak samo na Schody, Fontanny czy Mosty trzeba zawczasu przygotować odpowiednią ilość miejsca. Gdy już wybierzemy Taras i pobierzemy odpowiednią ilość Filarów, budujemy nasz kafelek (na jednym lub dwóch piętrach – to już zależy od posiadanych zasobów), po czym runda przechodzi do kolejnego gracza. I to w zasadzie tyle – cała gra. Oczywiście, urozmaicona losowymi efektami odkrywanymi na początku każdej z rund (np. możliwość pobrania dodatkowego Filara lub zamiany między sobą miejsc konkretnych konstrukcji na przestrzeni wybranego Tarasu), ale to w zasadzie tyle, całe sedno rozgrywki. Rozgrywki prostej, ale uzależniająco złożonej, gdyż punktacja końcowa nie będzie zależała tylko od tego, jak dużo pięter zbudujemy, ale i ile Dekoracji uda nam się przy tym doprowadzić do końca – a prawie że niemożliwe będzie zrealizowanie wszystkich założonych planów.

Pudełko „Babilonu” samo w sobie stanowi świetny insert i ustawienie początkowe

„Babilon”, w zależności od ilości graczy, składa się z 14, 12 lub 10 szybkich rund, co zamyka czas trwania pojedynczej sesji w około 45-50 minutach. Sama prostota mechanik sprawia również, że downtime jest praktycznie zerowy. Wspomniane trzy kwadranse z hakiem to wystarczający czas, by zaplanować i zbudować okazałą konstrukcję, ale jednocześnie bardzo łatwo zakląć tu pod nosem i mruknąć „kurcze, przy kolejnym podejściu zrobiłbym to inaczej”. Gra jest bowiem tak precyzyjnie zaprojektowana, że już nasze pierwsze ruchy mają spore znaczenie dla kolejnych, czyli innymi słowy – jeśli nie zastanowimy się nad fundamentami, ciężko w satysfakcjonujący i przychylny nam sposób postawić kolejne piętra. I nie mówię tu o zacięciu się – przyblokowanie się jest niemal niemożliwe, zawsze możemy coś zrobić – a o doprowadzeniu budowli do końca z jak najmniejszą ilością poświęceń. Bo choć punktuje niemalże wszystko, a negatywna interakcja jest niemalże zerowa, trudno postawić kompleksowe Dekoracje na wysokich piętrach – a to będzie często stanowić o sukcesie lub porażce. A nawet, jeśli nam się to uda, prawie na pewno przykryjemy przy tym inne dotychczas zbudowane konstrukcje. Czasem będzie to opłacalne, a czasem może skutecznie obniżyć punktację i zanim się obejrzymy, będziemy pluć sobie w brodę, że przykryliśmy te ciężkimi siłami zbudowane pomniki czy schody na rzecz nieszczęsnej, wysoko zawieszonej fontanny. Ciężko znaleźć tu odpowiedni bilans – odbyłem rozgrywki, w których zwycięstwo przyszło mi dzięki największej liczbie zbudowanych elementów, a również takie, gdzie „nadbudowa” skutecznie utrudniła mi optymalne ułożenie Dekoracji – ale jeśli już go znajdziemy, to gra sprawia naprawdę ogromną satysfakcję i zachęca do kolejnych podejść z modyfikacją obranych wcześniej strategii.

Ważniejsze od wyglądu będą jednak użyte fundamenty. Warto budować jak najwyżej, ale ciężko będzie przy tym momentami nie pójść na pewne ustępstwa…

Odbodźcowanie w czasach online

Mimo jednak tego wszystkiego, „Babilon” nie jest grą przesadnie kompetetywną. Jasne, rywalizujemy tu o zwycięstwo z innymi graczami, ale tytuł Oliviera Grégoirego stawia przede wszystkim na odbodźcowanie i frajdę płynącą ze stawiania kolejnych konstrukcji. Co z tego, że według punktacji końcowej zajmujemy ostatnie miejsce, skoro nasz Ogród wyraźnie króluje estetycznie nad pozostałymi? Rdzeń rozgrywki jest tak przyjemny sam w sobie, że łatwo stawiać tu sobie kolejne miniwyzwania podnoszące nasz poziom satysfakcji z każdej rozgrywki – i tych lepszych, i tych gorszych. Jednocześnie całość nigdy nie staje się przesadnie skomplikowana, przez co „Babilon” to idealny wybór, aby odparować i zagrać w szybką grę, która nie wymaga od nas praktycznie żadnego setupu początkowego. Wystarczy wyjąć ją z półki i postawić na stole, po czym niemal momentalnie stajemy się budowniczymi starożytnej Babilonii. W czasach, gdy Mahjong przeżywa renesans popularności w USA w myśl ruchu ucieczki od wiecznego bycia online, potrzebujemy jak najwięcej takich właśnie gier – prostych, estetycznie satysfakcjonujących, uspokajających umysł i cholernie regrywalnych. Takich, które zaproponujemy rodzicom przy niedzielnym obiedzie, przy których odpoczniemy pomiędzy kolejnymi hardkorowymi euro czy nawet zabierzemy ze sobą na cofffe rave. Propozycja Portal Games idealnie sprawdzi się przy wszystkich tych scenariuszach – niemniej przy zabraniu „Babilon” w podróż uważajcie na komponenty, bo, jak zauważyłem wcześniej, w odróżnieniu od wciągającej pętli gameplayowej, nie są one aż tak nieśmiertelne jak starożytne cuda świata. 

Tekst powstał na bazie egzemplarza recenzenckiego, który otrzymaliśmy od Portal Games. Nie miało to jednak wpływu na jego treść. „Babilon” zakupicie m.in. w oficjalnym sklepie wydawcy.

 

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy