Ah, paryska la bohème. Szwędanie się bez celu, bujanie w obłokach podczas dziennej pracy, a potem zapijanie smutków w pobliskim barze, które szybko przechodzi w bójkę, agresywną wymianę poglądów czy impulsywne poszukiwanie miłości. A po tym wszystkim lądujemy z guzem w obskurnym zaułku, wykorzystując resztkę upojenia alkoholowego, aby napisać kilka wersów wielkiego poematu (bo na pewno będzie wielki – po prostu ma ten problem, że jeszcze nie powstał). Jeśli tego typu tematy brzmią dla was atrakcyjnie, a na lekcjach polskiego bądź studiach zaczytywaliście się w dziełach modernistów, Portal Games ma coś specjalnie dla was. Najnowsza tytuł wydawnictwa, czyli „Bohema” autorstwa Jaspera de Langego, to kwintesencja życia cyganerii artystycznej w formie nieskomplikowanej, satysfakcjonująco estetycznej karcianki.
Dzień z życia artysty
Mechanika jest bardzo prosta. Każdy z graczy otrzymuje własną Planszę Planu Dnia, Talię Startową (definiującą, czy wcielimy się w Kompozytora, Malarza, Rzeźbiarza lub Poetę) oraz Żeton Pracy, określający nasze źródło utrzymania. Po przydzieleniu losowo tychże elementów, przechodzimy do przygotowania rozgrywki: wykładamy przetasowane Karty Zwyczajów (to głównie dzięki nim będziemy zdobywać kolejne punkty, czyli Inspirację), Karty Udręki (niedogodności, których nabawimy się poprzez niezdrowe balansowanie pracy zarobkowej i artystycznego hobby) oraz Karty Muz – symbolizujące wyjątkowe natchnienia, inspirujące nas do tworzenia jedynych w swoim rodzaju dzieł. Jak to w życiu artysty bywa, Muzy te mogą przybrać formę ponętnej nieznajomej czy nawet majestatycznych zjawisk atmosferycznych, takich jak idealnie ułożony na nocnym niebie księżyc. Wszystko po to, aby przed wszystkimi innymi gryzipiórkami zdobyć Karty Osiągnięć (od naprawdę kluczowych, jak nasza pierwsza autorska wystawa, po absolutne podstawy – np. to, że rodzina zaakceptuje nasz pomysł na życie). Wspierać nas w tym celu będzie również wspólna dla wszystkich graczy pracownia, w której ulokujemy resztki Inspiracji, jaka pozostanie nam po danym dniu pełnym wrażeń (lub udręk). Gra kończy się, gdy któryś z graczy jako pierwszy zdobędzie 5 (w przypadku rozgrywki dwuosobowej) lub 4 (w przypadku gry dla trzech i więcej graczy) wspomnianych Kart Osiągnięć. Oznaczać to będzie, że przewyższył swoich konkurentów w dążeniu do światowej sławy. No, przynajmniej do momentu, aż znowu nie będzie musiał udać się za zmywak.

Jest cyganeria, to musi być i artyzm
No dobrze, ale co w takim razie czyni z „Bohemy” grę tak interesującą? Z pewnością dbałość o detale i akuratność względem epoki, do której nawiązuje. Tytuł, skoncentrowany na czasach przełomu XIX i XX wieku we Francji, to istna gratka dla wszystkich miłośników tytułowej bohemy i wszystkiego, co z nią związane – a już zwłaszcza zagadnień dotyczących ekscentryczności artystów i ich osobliwego podejścia do tworzonej sztuki. „Eviva l’arte!”, krzyczałby nasz rodzimy Przerwa-Tetmajer. Po kilku rozgrywkach nadal łapię się na podziwie dla błyskotliwości twórców projektujących konkretne Karty Zwyczajów. Podzielone na cztery kategorie (skupione na rozwoju artystycznego drygu, poszerzaniu własnych horyzontów, życiu uczuciowym czy towarzyskości, realizowanej głównie przez pijaństwo), to właśnie te Karty będą determinować przebieg naszego dnia. I choć początkowo, korzystając z Tali Startowych, nasze pole manewru jest dosyć ograniczone – ot, możemy pracować, doskonalić technikę czy okazyjnie zalać robaka – z czasem, po zdobyciu większej liczby Inspiracji, szereg kuszących możliwości stanie przed nami otworem. Zamiast szwędać się bez celu, będziemy mogli chodzić od kawiarni do kawiarni, wprosić się na przyjęcie czy nawet… udać do domu publicznego. Dostrzeganie miłości na każdym kroku może z kolei doprowadzić nas do dalszego doskonalenia artystycznego rzemiosła, poddania się swoim obsesjom czy nawet, typowego dla artystów, zniknięcia bez słowa. Nic nie stanie również na przeszkodzie (no, oprócz Udręk – o czym zaraz), by chłopomańsko wędrować po wsi, zakochać się bez reszty w ponętnej Ophelii (coś mi mówi, że nawet Taylor Swift chętnie sięgnęłaby po ten tytuł) czy napisać do naszego idola z drugiego końca świata.
Pomysłowość kolejnych czynności jest doprawdy imponująca i doskonale urozmaica rozgrywkę, w organiczny sposób zachęcając graczy do śmiałego odgrywania ról nad stołem. Pomogą w tym również przepiękne, zróżnicowane estetycznie ilustracje na kartach, zaprojektowane przez Tomasz Jędruszka, Mateusza Kopacza, Romana Kucharskiego i Hannę Kuik (odpowiedzialnej również za przykuwającą wzrok okładkę). Sukcesem do zwycięstwa będzie takie dopasowywanie ze sobą Kart Zwyczajów, aby razem z pozyskanymi Muzami pozwoliły nam w danej rundzie zdobyć jak najwięcej Inspiracji. „Bohema” to pod tym względem dosyć standardowa karcianka oparta o mechanizm budowania talii – Karty Osiągnięć będą coraz droższe, więc do zwycięstwa konieczne będzie optymalizowanie talii poprzez skrupulatny jej rozwój i pozbywanie się zapychaczy ciągnących nas w dół. Niestety, nasz pełny potencjał twórczy – osiągany przez dopasowywanie ze sobą symboli na sąsiadujących kartach – powstrzymywany będzie również przez codzienne obowiązki, czyli wykonywaną przez nas pracę. I jasne, czasem możemy pozwolić sobie na małe wagary. Ale czy warto?
Oszacowanie, czy gra jest warta świeczki, należy wyłącznie do nas. Dość powiedzieć, że każdy dzień nieobecności w pracy skutkować będzie pozyskaniem losowej Udręki, skutecznie utrudniającej nam codzienne, artystyczne zmagania i planowanie dnia. Może to być dosłownie wszystko – jakże typowe dla tych czasów uzależnienie od opium, złamane serce, bezsenność czy nawet syfilis. Każda z Udręk w odmienny sposób uprzykrza nam kolejne rundy, i choć oczywiście istnieją sposoby na ich usunięcie (podstawowym będzie przeznaczenie odpowiedniej liczby punktów Inspiracji zgromadzonych w Pracowni), zbyt swawolna rozgrywka może doprowadzić do tego, że zanim się obejrzymy, a nasza talia naszpikowana będzie kolejnymi przeszkodami. Warto więc pamiętać, by na tym etacie jednak czasem się pojawić, bo konsekwencje, jak w prawdziwym życiu, mogą być nieubłagane.

To gra, przy której prędzej, niż po herbatę, sięgnięcie po kieliszek wina – ku chwale Dionizosa!
No dobrze, ale jak w to się wszystko zwyczajnie gra? Naprawdę nieźle. Oczywiście w pewnym momencie opadnie nam efekt świeżości związany z błyskotliwością samego nazewnictwa kart, ale już oferowane przez nich modyfikatory rozgrywki dają naprawdę fajne, pomysłowe możliwości rozegrania kolejnych rund. Kluczem w tym będzie rzecz jasna odpowiednie łączenie Kart Zwyczajów z odpowiadającymi im Muzami, tak, aby stworzyć potężne silniczki podbijające jak to tylko możliwe nasze starania o zdobycie jak największej liczby Inspiracji. I choć w rozgrywce dwuosobowej mało jest w „Bohemie” negatywnej interakcji – każdy gracz raczej koncentruje się na tym, by jak najszybciej osiągnąć swój cel – tak już przy trzech i czterech graczach łatwiej kopać pod sobą dołki dzięki specjalnie przeznaczonym do tego kartom. Sprawia to, że te 45-60 minut, które średnio przeznaczymy na rundę, ma szansę minąć w naprawdę udanej, nasyconej artystyczną energią atmosferze.
Jak to jednak w prostych karciankach bywa, jest i kilka mankamentów. Po pierwsze – małe zróżnicowanie przydzielanych na początku rozgrywki artystycznych profesji. Karty startowe Poety, Rzeźbiarza, Kompozytora czy Malarza co prawda różnią się małymi szczegółami w nazewnictwie, ale czuć, że można było z tego wycisnąć nieco więcej, niż inne symbole na planszetkach. Zawodzą też nieco Żetony Pracy – są tylko cztery (z czego zaledwie trzy dla dwóch graczy), a oferowane przez nich zmiany w przygotowaniu rozgrywki wydają mi się dosyć nierównomierne względem siebie. Po kilku rundach odnoszę wrażenie, jakby jeden z nich – a konkretnie Uliczny Muzykant/Uliczna Muzykantka – oferował znaczące początkowe ułatwienie względem pozostałych. Bo choć Kelner i Żebrak (tak, Żebrak również funkcjonuje tu jako zarejestrowany w urzędzie pracy zawód) pozwalają nam dobrać po losowej karcie Zwyczaju czy Muzy na start, to wlaśnie Muzyk zyskuje już na samym początku 10 punktów Inspiracji w pracowni, dzięki którym szybciej niż inni może pozbywać się niechcianych kart. Tego typu strategia sprawdziła się w każdej rozgrywce, którą odbyłem, z całą pewnością więc mogę stwierdzić, że „Bohema” mocniej zyskałaby na większej liczbie początkowych modyfikatorów rozgrywki, aby nieco zbalansować umiejętność tego nieszczęsnego, ulicznego grajka za dychę.

Dużo można wybaczyć tu ze względu na cenę – jak na planszówkę z nieco niższej półki budżetowej, to „Bohema” naprawdę imponuje błyskotliwością i włożonym sercem w wierne odwzorowanie epoki z odpowiednim przymrużeniem oka. Co również doceniam, to łatwość w początkowym rozstawieniu – gdy już oddzielimy od siebie poszczególne karty po pierwszym otworzeniu pudełka, do rozgrywki możemy przystąpić w zaledwie kilka minut. To więc doskonały tytuł do zabrania ze sobą do palarni opium czy shisha baru, tym bardziej, że zasady są proste, intuicyjne i łatwe do wyjaśnienia. W ten sposób nie dość, że na pewno spędzimy przy „Bohemie” miło czas, to i mamy jak w banku, że zrobimy odpowiednie wrażenie estetycznymi kartami i artystyczną okładką.
Przeczytaj również: „Babilon”. Horacy wybudował pomnik, a ja – wiszące ogrody [RECENZJA]