Eddie Murphy jest niewątpliwie ikoną amerykańskiego kina i światowej komedii. Jego kariera miała wiele wzlotów i upadków, ale przez większość czasu pozostawał ważną figurą w Hollywood. „Jestem Eddie” to najnowszy dokument Netflixa, który dogłębnie ilustruje życiorys komika. Czy warto spędzić prawie dwie godziny w towarzystwie Murphy’ego i jego kolegów po fachu? 

O Murphym wspominałem już przy okazji tekstu o „In Living Color”. Zaledwie dziewiętnastoletni Eddie stał gwiazdą z dnia na dzień, dzięki dostaniu się do obsady kultowego „Saturday Night Live”. Późniejsze przejście z komediowego, telewizyjnego show do wielkich kinowych produkcji filmów przyszło komikowi łatwo i płynnie. Murphy w dokumencie stwierdza, że nigdy nie myślał o zostaniu aktorem, a role w „48 godzinach” i „Nieoczekiwanej zmianie miejsc” były dla niego szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Choć na początku artysta wspomina swój rodzinny dom, w „Jestem Eddie” wątki prywatne zwykle schodzą na drugi plan. Co nie oznacza, że nie dostajemy tu kilku smaczków i odkrycia dotąd skrywanych tajemnic m.in. informacji o nerwicy natręctw, która dręczyła Murphy’ego w dzieciństwie. 

Dokument w wielu momentach jest przede wszystkim hołdem dla komika. Twórcy podkreślają (reżyserem jest Angus Wall) o istotnej roli Eddiego dla afroamerykańskiego społeczeństwa. Na początku lat osiemdziesiątych czarnoskórzy aktorzy w Hollywood stanowili wciąż margines. Sam Murphy wysuwa odważną tezę, że to kasowy sukces „Gliniarza z Beverly Hills” otworzył drzwi dla takich aktorów jak Denzel Washintgon czy Morgan Freeman. „Jestem Eddie” zawiera duże pokłady lukru w stosunku do głównego bohatera filmowej opowieści. 

Wallowi udało się zebrać na planie „konkretną ekipę”, która komentowała i analizowała dotychczasowe poczynania Murphy’ego. W „Jestem Eddie” możemy usłyszeć opinie m.in. Chrisa Rocka, Adama Sandlera, Arsenio Halla czy Jerry’ego Seinfelda. Najbardziej wzruszający wydaje się być fragment, w którym Eddie opowiada o wielkiej tęsknocie za bratem Charliem, który zmarł kilka lat temu. Jest to o tyle poruszające, że w dokumencie możemy usłyszeć wiele archiwalnych opowieści Charliego Murphy’ego, który zawsze ciepło i serdecznie mówił o młodszym bracie. Natomiast rodzinny obiad Eddiego z dzieciakami (Murphy posiada 10-dzieci) i rozmowy w jego trakcie, przypominają trochę lekko tandetne reality show z MTV – co kto lubi. Brakowało mi również odpowiedniej klamry, puenty na sam koniec. Finalna sekwencja z lalkami stylizowanymi na Billa Cosby’ego i Richarda Pryora delikatnie pisząc – wywoływała cringe. 

„Jestem Eddie” to dokument, który powinien przypaść do gustu fanom amerykańskiej popkultury. Angus Wall nie odkrywa tu (nomen-omen) Ameryki, ale dostajemy szereg ciekawostek, wcześniej nieznanych informacji, a przede wszystkim jest to zbiór elementów, które stworzyły intrygującą historię. Jak wspomniałem wcześniej, „Jestem Eddie” to w głównej mierze laurka dla dorobku Murphy’ego, choć kilka trudnych piłek przyszło Eddiemu również odbić. 

„Heweliusz” – mocne zakończenie roku w wykonaniu polskiego Netflixa [RECENZJA]

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Damian Kaźmierczak

Damian Kaźmierczak

Od dziecka zafascynowany popkulturą, w szczególności kinematografią, muzyką, literaturą i sztuką. Wciąż nie może zdecydować się, czy jego ulubionym filmem jest „Wolny dzień Ferrisa Buellera” czy „Ludzie honoru”. W tekstach stara się łączyć różne elementy popkultury i analizować je pod kątem historycznym, socjologicznym. Montażysta, scenarzysta, człowiek renesansu. Nie wyobraża sobie życia bez aktywności fizycznej, ostatnio szczególnie pochłania go koszykówka i tenis.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy