Yórgos Lánthimos to reżyser bardzo płodny. Niecałe dwa lata temu jego „Piękne istoty” triumfowały w Wenecji, po czym biły się o najważniejsze Oscary, kilka miesięcy później do kin trafiły „Rodzaje życzliwości” (za które to Jesse Plemons zdobył laury w Cannes), a teraz na ekranach już od dłuższego czasu możemy oglądać „Bugonię”. Grecki reżyser – ponownie łącząc siły z ulubioną ekipą, czyli Plemonsem, Emmą Stone, a także operatorem Robbie’m Ryanem, producentami Edem Guineyem i Andrew Lowem czy kompozytorem Jerskinem Fendrixem – tym razem wziął na warsztat fenomen teorii spiskowych w coraz bardziej napiętym klasowo, współczesnym świecie. Historia, oparta na koreańskim „Save the Greet Planet!”, to, jak to u Lanthimosa bywa, pełna zwrotów akcji czarna komedia. I choć na papierze wszystko wygląda dobrze – mamy tu w końcu rewelacyjną obsadę, świetny punkt wyjścia dla scenariusza i sprawdzoną ekipę producentów – ciężko nie odczuć w przypadku „Bugonii” delikatnego zmęczenia materiału.

Głównymi bohaterami filmu są Teddy (Plemons) i jego autystyczny kuzyn, Don (Aidan Delbis), zagubieni mężczyźni w średnim wieku, których na naszym rodzimym wykopie prawdopodobnie określilibyśmy mianem przegrywów. Doświadczeni przez dotychczasowe koleje życia, Teddy i Don spędzają dnie na przygotowywaniu się do nieuchronnej apokalipsy rodzaju ludzkiego, dla którego to nie dopatrują się niemalże żadnej nadziei. Zmienia się to jednak, gdy Teddy wpada na trop Michelle (Stone), prezeski korporacyjnej będącej według mężczyzny wilkiem – a raczej: obcym – w ludzkiej skórze. Teddy, miłośnik teorii spiskowych, przekonuje kuzyna, że Michelle jest doprawdy kosmitą mającym doprowadzić do globalnej zagłady, po czym razem z Donem porywają kobietę i golą ją na łyso, aby „zakłócić jej z macierzystym statkiem kosmicznym”. Przejaw buntu przez uciemiężonych ekonomicznie mężczyzn, czy może desperacka próba ratowania naszej planety przed szkodliwym wpływem bezdusznych korpo? Załóżcie przysłowiowe, foliowe czapeczki i przekonajcie się sami.

Emma Stone, jak to ma w zwyczaju, jest w „Bugonii” świetna, choć w tym wypadku to Jesse Plemons zdecydowanie kradnie show

Punkt wyjścia jest naprawdę świetny, co w połączeniu z bardzo udanymi zwiastunami sprawiało, że żywiłem z „Bugonią” spore nadzieje. W końcu Lanthimos już nie raz i nie dwa dał się poznać jako reżyser zdolny do tego, aby w nieoczywisty sposób rozłożyć na czynniki pierwsze utarte konwencje, nie tracąc przy tym charakterystycznego dla swojej reżyserii poczucia humoru, trafnego społecznego komentarza czy wizualnego sznytu. I choć w „Bugonii” to wszystko również jak najbardziej występuje, odnoszę wrażenie, że w przypadku tej konkretnej opowieści zawiódł jeden z najważniejszych czynników, czyli scenariusz. Film – składający się z bardzo wyraźnie oddzielonych od siebie fabularną cezurą początku, rozwinięcia i zakończenia – od pierwszych minut bardzo dużo obiecuje i zachwyca pomysłowym, odpowiednio „lanthimosowym” zakończeniem, lecz… bardzo zanika tematycznie w samym środku. Gdy więc dochodzimy do momentu, gdzie fabuła rozwija się ponad założenia zaprezentowane nam w zwiastunach, ciężko nie odczuć rozczarowania, gdyż środkowa część jest w dużej części miałka i nieco sztucznie przedłużona. Ma to teoretycznie swoje narracyjne uzasadnienie – film do samego końca nieco gra z widzem w kotka i myszkę, myląc tropy i każąc mu notorycznie kwestionować status quo – lecz ostatecznie okazuje się zabiegiem zwyczajnie nieudanym. Dlaczego? Główny zwrot akcji można bowiem przewidzieć bardzo szybko, przez co drugi akt nie osiąga założonego efektu mydlenia oczu, a seans staje się sterylny i w niezbyt angażujący sposób zmierzający do konkluzji. I choć samo zakończenie jest naprawdę widowiskowe  – końcowe 20 minut to już czysta przyjemność, wizualny spektakl i aktorski popis umiejętności Stone czy Plemonsa  – nie jest niestety poprzedzone odpowiednio angażującym rozwinięciem. 

Jesse Plemons jako foliarz Teddy zalicza tutaj jedną ze swoich najbardziej ikonicznych ról

Nie oznacza to, że „Bugonia” to zły film – taka a nie inna ekipa gwarantuje jednak pewien poziom całej produkcji. Jest to jednak projekt niejako uginający się pod skalą własnej ambicji. A ambicja ta jest doprawdy imponująca; posługując się historią o współczesnych foliarzach, Lanthimos chce nam opowiedzieć nie tylko o niebezpieczeństwach skutecznej dezinformacji czy sekciarstwa (trochę jak w trzeciej noweli z „Kind of Kindness”, lecz tym razem bardziej na poważnie), ale i o kondycji społeczeństwa ogółem. Społeczeństwa w rozłamie zarówno przez nierówności i szkodliwe skutki kapitalizmu (w tym z wyraźną szpilą wymierzoną w koncerny farmaceutyczne), jak i wynikające z tego cierpienie indywidualnych jednostek, co doskonale uosabia postać grana przez Jessego – zdecydowanie najbardziej interesującego bohatera „Bugonii”. Trudno nie docenić też wrażenia zaszczucia, jakie tworzy umiejętna praca kamery i scenografia głównej lokacji. Mimo wszystko czuć jednak, że Lanthimos mógł z tego konceptu uczynić znacznie bardziej intrygujący i spójny film, gdyby nie skupił się tak mocno na powtarzaniu znanych już przez widzów sztuczek. Fani reżysera mogą być przez to nieco zawiedzeni, lecz mimo wszystko zgrabnie poruszana tematyka i brylująca obsada to wystarczający powód, aby wyrobić sobie na temat „Bugonii” własne zdanie.

Ocena: 6/10

Przeczytaj również: „Christy”. Sparing na życiowym ringu [RECENZJA]

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy