Lwia część internetu w ostatnich tygodniach bardzo żywo komentuje poczynania karierowe Sydney Sweeney w kontekście porażek finansowych jej tegorocznych filmów. Najpierw mieliśmy „Eden” Rona Howarda, który mimo gwiazdorskiej obsady (Ana de Armas, Jude Law, Vanessa Kirby i właśnie Sweeney) przyciągnął pod ekrany katastrofalnie niską liczbę widzów, zarabiając zaledwie 2,5 mln dolarów (co nawet jak na limitowaną dystrybucję jest wynikiem zdecydowanie poniżej oczekiwań). Niedługo później za ciosem poszła właśnie „Christy” – biograficzny film o życiu Christy Martin z wymagającą rolą Sydney, o którym bliżej początku roku sporo mówiło się w kontekście potencjalnego sezonu nagród. Niestety, obraz w reżyserii Davida Michôda („Król”, „Machina wojenna”) również przegrał bój na box-office’owym ringu, zdobywając niechlubny tytuł nowego rekordzisty, jeśli chodzi o spadek widowni w drugi weekend wyświetlania w amerykańskich kinach (na poziomie -91,7% względem otwarcia). Warto jednak na chwilę oderwać się od internetowej bańki – która to zdecydowanie uwielbia żywić się spektakularnymi historiami o porażce, czy to finansowej, czy artystycznej – i wziąć głęboki oddech, aby zdystansować się nieco od panującej wokół „Christy” narracji klapy. Dlaczego? Ano dlatego, że mimo wielu niedociągnięć mamy tu do czynienia z naprawdę niezłym filmem, który w odróżnieniu od wielu podobnych biopiców faktycznie ma coś do powiedzenia. I nie warto pozwolić, by socialmediowe, zafiksowane na liczbach przepychanki odciągnęły nas od tego faktu.

Fabuła koncentruje się na wspomnianej Christy Martin, amerykańskiej pięściarce aktywnej zawodowo w latach 1989-2012, której kariera stanowiła wyraźny kamień milowy dla rozwoju popularności kobiecego boksu w USA. Chłopczyca z Zachodniej Wirginii, obdarzona przydomkiem „córki górnika” („The Coal Miner’s Daughter”), właśnie w walce na ringu znalazła sposób na życie i przepustkę do wielkiego świata – do którego to droga nie była, oczywiście, usłana różami. Całe życie dyskryminowana za płeć czy preferencje seksualne, Christy odnajduje spokój w regularnych treningach i zwycięstwach u boku trenera, Jamesa (Ben Foster), z którym w okamgnieniu wkracza również w związek małżeński. Niepewna przyszłość dla kobiecego boksu i życie pod okiem zaborczego, manipulacyjnego męża składają się na wyboisty życiorys, w którym młoda kobieta zmuszona będzie zmierzyć się z wieloma przeciwnościami losu, aby zadbać o swoją wartość i poczucie godności. 

Sydney Sweeney jako Christy Martin spisuje się naprawdę dobrze, nawet jeśli sama choreografia walk bokserskich nie jest w „Christy” najwyższych lotów

Jak to filmy biograficzne mają w zwyczaju, obraz Michôda podejmuje ambitną próbę opowiedzenia o kilkunastu latach życia Martin w skondensowanej, 130-minutowej pigułce. Scenariusz, napisany przez reżysera w duecie z Mirrah Foulkes, zabiera nas tym samym w podróż przez cały okres 1989-2012. Obserwujemy więc: jej pierwsze, nieakceptowane przez rodzinę kontakty miłosne z inną dziewczyną, początki fascynacji boksem, rozwój kariery „od zera do bohatera”, założenie rodziny, napiętnowanie przez brutalny ślad showbiznesu oraz pogarszającą się relację z rodziną i partnerem. Gdzieś w tle dudni również kontekst społeczny dotyczący marginalizowanej roli kobiet w sporcie rozrywkowym w USA czy początki współuzależnienia od narkotyków. Brzmi na dosyć sporo? Brzmi i jest – scenariusz wyraźnie chwyta zbyt wiele srok za ogon i w pierwszej połowie brakuje mu konkretnego ukierunkowania, przez co historia, choć opowiedziana dobrze, zdaje się nie prowadzić do wyraźnej puenty.

Film wiele wątków porusza dosyć po macoszemu, jakby scenarzyści nie mogli się zdecydować, na których elementach warto postawić wyraźniejsze akcenty – a konsensusem tego dylematu było pozostawienie w montażu wszystkiego po trochę. Cierpią na tym przede wszystkim takie elementy, jak mroczny epizod z życia Christy, gdy kobieta pod naporem męża została zmuszona do prostytucji (co, umówmy się, nie jest wątkiem, który należy potraktować po łebkach) czy sam walor sportowy. Pojedynki w „Christy” są zaaranżowane poprawnie, ale to już drugi film w tym roku – po „Smashing Machine” – który podchodzi do zobrazowania brutalnych starć na ringu bardzo zachowawczo, co kompletnie rozmija się z energią towarzyszącą tym sportom. Jeśli więc spodziewacie się po „Christy” angażującego filmu sportowego na wzór „Braci ze stali”, obniżcie swoje oczekiwania – filmowi Michôda bliżej do dramatu, dla którego otoczka okołobokserska jest zaledwie dodatkiem.

Lecz w żadnym wypadku nie jest to minus. Druga część filmu, kiedy to „Christy” z generycznego biopicu przeobraża się w pełnokrwisty dramat obyczajowy udowadnia, że producentom przyświecał ambitniejszy cel, niż tylko odhaczanie kolejnych punktów z bogatego życiorysu centralnej bohaterki. Zanim się obejrzymy, „Christy” porzuca chaotyczną narrację, aby niespiesznie i z odpowiednią grozą przedstawić nam mroczniejsze elementy z życia Martin, głównie dotyczące jej toksycznej relacji z mężem.  I choć transformatywny charakter kreacji Sweeney już wcześniej wypada dobrze – prosta, ale skuteczna charakteryzacja naprawdę działa tu cuda – to sama aktorka dostaje również okazję, aby udowodnić, że mimo stania się w ostatnich latach istnym słupem reklamowym, nadal nie straciła swojego aktorskiego talentu. Wielka szkoda, że PR-owe poczynania i wątpliwe wybory współprac komercyjnych zaprzepaściły jej szansę na jakiekolwiek zaistnienie w przyszłorocznych rozdaniach nagród, bo „Christy” to film, który zdecydowanie zasłużył na odbicie się nieco szerszym echem. I to nawet mimo kilku niedociągnięć ciągnących go w dół w pierwszej połowie metrażu. Dobrą rolę zalicza tu również Ben Foster (mąż Christy), grająca apodyktyczną matkę Christy Merritt Wever czy kradnąca sceny, drugoplanowa kreacja znanej z „Love Lies Bleeding” Katy O’Brian.

Warto zwrócić również uwagę na kreację Bena Fostera, który wciela się w zaborczego męża bohaterki Sweeney, Jamesa V. Martina

Czy więc „Christy” to dobry film? Cóż, na pewno nie ucierpiałby, gdyby zdecydowano się na większe skupienie napchanego wątkami scenariusza czy nakręcenie scen sportowych z większą werwą. Mimo tego jednak cieszę się, że w przypadku życiorysu Christy Martin David Michôd podszedł do realizacji filmu nieco ambitniej, niż wiele podobnych biopiców, pozostawiając widza z cenną lekcją i refleksją na temat przemocy domowej, bagatelizowania sygnałów przez rodzinę i walki o własną godność w momencie, gdy całe życie rozpada nam się na kawałki. Nieidealny, ale inspirujący obraz, który może nie rozbił banku, ale zdecydowanie ma serce na właściwym miejscu.

Ocena: 6/10

Film „Christy” obejrzałem w trakcie tegorocznej edycji TAURON American Film Festival. Polskim dystrybutorem obrazu jest Monolith Films, lecz na ten moment data premiery jeszcze nie jest znana.

Przeczytaj również: Odrestaurowana klasyka na Pięciu Smakach – „Pani Dong”, „Pan Wampir”

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy