Nie spodobał mi się film „Avatar: Ogień i popiół”. Choć doceniam niektóre elementy, to uważam go za zbyt powtarzalny względem poprzedniej części. James Cameron stworzył lata temu świat niezwykle oryginalny, ciekawy, zapierający dech w piersiach i po prostu atrakcyjny. Jednak niesamowicie spłycił fabułę i powinien już może dać odpocząć tym bohaterom.

„Ogień i popiół” to trzecia część kasowej serii Jamesa Camerona. Film ponownie zabiera nas na Pandorę i pozwala śledzić losy Jake Sully’ego i jego rodziny. Warto wspomnieć, że Cameron i jego zespół, kiedy pisali kontynuację pierwszej części, w pewnym momencie stwierdzili, że powstający scenariusz rozbiją na dwie części. Czy był to dobry pomysł? W recenzji opowiadam między innymi właśnie o tym.

Avatar: Ogień i popiół
Oficjalny plakat filmu

Duży problem mam z ogranym już w popkulturze motywem żywiołów. Bo wiecie, kolejno w filmach: ziemia, woda, ogień. Jednak mogę jeszcze przymknąć na to oko. Ciężko jednak pogodzić się z tym, że część trzecia nie oferuje ciekawego konfliktu. Jestem zawiedziony bo sam James Cameron, zanim jeszcze zobaczyliśmy zwiastuny, zdradził, że „Ogień i popiół” pokaże to złe oblicze Na’vi. Finalnie dostaliśmy konflikt, który niemalże niczym nie różni się od tego w „Istocie wody”. Ot, chciwi ludzie chcą skolonizować Pandorę za wszelką cenę. Sam pomysł jest w porządku, ale dwa razy? Bo wprowadzony klan popiołu jest tylko narzędziem w rękach Pułkownika Milesa Quaritcha.

Jednak cieszę się, że twórcy byli na tyle świadomi, że muszą w tej trzeciej części zamknąć niektóre wątki i pozwolić bohaterom przejść swoją drogę. Neytiri jest tego najlepszym przykładem. Na końcu filmu dostrzegam jej zmianę. Widzę jej ogromne poświęcenie dla swojej rasy, klanu, rodziny i przekonań. Ona i Jake Sully stali się rodzicami jakimi chcieli być. Świetny jest też ich syn Lo’ak, który bardzo irytował w „Istocie wody”. Tutaj okazał się być kluczowy dla niektórych wydarzeń co było bardzo nieoczywiste. Jest też Pułkownik Miles Quaritch, który znowu był ciekawym antagonistą. Pomysł z jego wskrzeszeniem w części drugiej był nudny jak flaki z olejem. Tutaj, angażuje za każdym razem kiedy jest na ekranie. Ma świetną relację z Pająkiem, Varang i nawet z arcywrogiem – Jakem Sullym. Pułkownik zaczyna funkcjonować w tym świecie w bardzo nieoczywisty sposób i ponownie jest chłonącym uwagę widza antagonistą.

Należy też wspomnieć o metrażu, który jest przesadnie długi. „Avatar: Ogień i popiół” po prostu nudzi. Film ma kilka finałów, bo James Cameron nie wiedział chyba kiedy chce go skończyć. A kiedy mijają już 3 godziny, ostatnie sceny są jakby niepotrzebnie przyśpieszone. Nie było we mnie wielkich emocji kiedy pojawiły się napisy końcowe. Wracając jednak do nudy. Niestety bardzo czułem, że ta historia miała być jednym filmem. Cameron i jego zespół pisząc scenariusz po pierwszej części, w pewnym momencie stwierdzili, że rozbiją go na dwa.

To świetne widowisko. Być może żaden inny reżyser nie byłby w stanie dać nam takiego wizualnego spektaklu jak robi to James Cameron. Dobrze, że ciągle też rozwija ten świat. Wprowadzając nowe klany i frakcje. Naprawdę doceniam. Jednak moje zainteresowanie marką „Avatar” kończy się zaraz po wyjściu z sali kinowej. Chyba pora na jakieś zmiany.

Przeczytaj również: „Fallout” nie przestaje być (najprawdopodobniej) najlepszą adaptacją gry. S02E01 [RECENZJA]

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze