Eric Kripke, showrunner serialu „GEN V”, postanowił ponownie zabrać nas do realiów szkoły dla supków. Pamiętając huczne zakończenie pierwszego sezonu, szkoła Godolkin nie jest już taka sama jak kiedyś. A nasi bohaterowie muszą udawać grzecznych uczniów, mając na głowie inwigilację Vought oraz rewolucję Starlight. Przekonajmy się, czy drugi sezon „GEN V” faktycznie jest oddzielnym i pełnoprawnym serialem, czy tylko dodatkiem do głównego serialu „The Boys”.

To pytanie w ogóle nie padłoby przy pierwszym sezonie „GEN V”. Bardzo lubię sam pomysł na serial: szkoła dla mutantów niczym z X-Menów, ale przedstawiona w brutalnym realizmie świata „The Boys”. Dostaliśmy zupełnie nowe postaci, które również mają moce, ale w przeciwieństwie do bohaterów Vought, nie są przesiąknięci złem tego świata. Pierwszy sezon świetnie sprzedał nam Marie (Jaz Sinclair), Andre (Chance Perdomo), Emmę (Lizze Broadway), Cate(Maddie Phillips), Jordana (London Thor i Derek Luh) oraz Sama (Asa Germann) jako grupkę przyjaciół, którzy faktycznie chcą zmienić świat jako bohaterowie. Mając własne problemy i doświadczenia, musieli stawić czoła manipulacji Vought. Dlatego cieszę się, że drugi sezon ponownie przywraca postaciom status uczniów, ponieważ dzięki temu serial odcina się od „The Boys” i wciąż młodzi bohaterowie mogą bawić się na swoim podwórku. Gdyby Marie wraz z ekipą po rozróbie w szkole Godolkin miała cały sezon uciekać i ukrywać się przed Vought, to byłoby „The Boys” 4.5, a każda scena w jakichś motelach czy barach wołałaby o pojawienie się Butchera.

Jaz Sinclair jako Marie Moreau / Źródło: Amazon
Jaz Sinclair jako Marie Moreau / Źródło: Amazon

Bycie osobnym serialem uważam za największą moc „GEN V”. Nie mamy tutaj stawki zagrożenia dla całego świata, a szkolną intrygę, którą ponownie nasi bohaterowie muszą rozwikłać. Cipher (Hamish Linklater), nowy dyrektor szkoły Godolkin, chce rozwijać moce uczniów, by wydobyć ich pełny potencjał. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że jego metody są radykalne, a uczniowie po zajęciach mogą wrócić do domu z połamanym kręgosłupem. Hamish Linklater, odgrywający rolę Ciphera, bardzo wzbogaca ten wątek. Wchodząc do pomieszczenia, od razu roztacza wokół siebie aurę tajemniczości i kradnie każdą scenę. Jest pewny swojej pozycji i traktuje uczniów jak marionetki, którym może rozkazywać, jednak jeśli masz odpowiednio potężne moce, to można z nim normalnie porozmawiać. Cały twist z postacią Ciphera jest trochę źle rozegrany. Do końca odcinka 4 jego subtelność wciąż działa, jednak Marie dowiaduje się pewnej informacji, która od razu wskazuje, kim tak naprawdę jest Cipher. Sam, oglądając serial, zastanawiałem się: „No nie, to byłoby zbyt proste”. A jednak twórcy okazali się przewidywalni. W innym serialu potraktowałbym to jako poważną wadę, ale obsada „GEN V” z Hamishem Linklater na czele sprzedała mi ten twist bezproblemowo.

Hamish Linklater jako dyrektor Cipher / Źródło: Amazon
Hamish Linklater jako dyrektor Cipher / Źródło: Amazon

Niestety wątek wybranki, którą jest Marie, nie jest tak bezproblemowy. Tutaj wada polega na samej mocy. Z jednej strony sezon kładzie nacisk na rozwijanie superumiejętności, a z drugiej, gdy Marie znacząco rozwija swoje zdolności, to nie jest to wyjaśniane. Rozumiem, że moc krwi otwiera ogrom możliwości, jednak fajnie byłoby ustalić jakieś zasady. Inaczej moce Marie będzie można w „The Boys” wykorzystać na milion sposobów, które niekoniecznie będą angażujące fabularnie i stworzą bałagan scenariuszowy. To właśnie wada, która sprawia, że „GEN V” przypomina swojego starszego brata pod względem nieskalowalności poziomu mocy. To nie jest tak, że obawiam się o przyszłość – moce Marie już w 2. sezonie „GEN V” powodują sporo niejasności i są niejako wytrychem fabularnym. Bardzo lubię postać Marie, ale bycie wybranką trochę ją przytłoczyło. Wiele razy dostaje nauczkę, by polegać na przyjaciołach, ale i tak potem w pełni przechodzi w tryb: „TYLKO JA MOGĘ NAS URATOWAĆ”. Na tym znacząco cierpi finał, ponieważ ciężko czuć stawkę, gdy wiemy, że Marie jest bardzo potężna i w zasadzie, cokolwiek by się nie stało, twórcy mogliby różnie nagiąć jej moc, by pasowała do scenariusza.

Jordan (London Thor i Derek Luh), Marie (Jaz Sinclair), Annabeth (Keeya King) i Cate (Maddie Phillips) w więzieniu / Źródło: Amazon
Jordan (Derek Luh), Marie (Jaz Sinclair), Annabeth (Keeya King) i Emma (Lizzie Broadway) w więzieniu / Źródło: Amazon

Sam finał ma swoje momenty i całościowo mi się podobał, bo gdy pominiemy zawiły wątek Marie, to dostajemy starcie X-Menów z Magneto, które zostało bardzo dobrze zrealizowane. Dla tych, którzy narzekają na „bekowe” moce w świecie „The Boys”, tutaj twórcy znajdują ich sens i praktyczne użycie, które pozwala bohaterom przechylić szalę zwycięstwa. Nie pomyślałbym, że kiedyś będę chwalił scenę akcji z mocami typu czarna dziura w odbycie czy manipulacja włosami łonowymi niczym pnączami. Choreografia walki finałowej jest dobrze przemyślana i wdzięcznie oddaje współpracę uczniów. A ich zgranie nie bierze się znikąd, dostajemy wiele scen ukazujących relacje bohaterów. Emma bierze pod skrzydła nowych uczniów, którzy przyłączają się do ruchu oporu. Jordan pomimo słabszych mocy trenuje z Marie, a Polarity (Sean Patrick Thomas), który pomimo choroby spowodowanej przez jego moce, odkrywa, że może być użyteczny w finałowym starciu.

Grupa GEN V przeciwko Cipherowi / Źródło: Amazon
Grupa GEN V przeciwko Cipherowi / Źródło: Amazon

I oto całe „GEN V”. Drugi sezon uważam za udany, choć bardzo blisko mu do tendencji spadkowej, która przytrafiła się „The Boys”. Trudno się dziwić, skoro twórcami scenariusza są ponownie Craig Rosenberg, Eric Kripke i Evan Goldberg. Panowie wiedzą, jak bawić się światem supków i go eksplorować, jednak gdy przychodzi do jego zwieńczenia, uwydatnia się ich brak pomysłu w ustaleniu poziomu mocy i ciągłym przekładaniu akcji. Ze względu na bezspoilerową wersję recenzji nie mogę powiedzieć, co dokładnie nie spodobało mi się w wątku Marie, jednak po obejrzeniu serialu będziecie wiedzieć, o co mi chodzi. Niby jeden wątek, jednak twórcy tak mocno oparli na nim zakończenie historii, że ciężko nie przyznać tu pójścia na łatwiznę. Mimo wszystko dobrze bawiłem się przez cały sezon. To głównie zasługa obsady, która potrafi czasem ze sztampowych scen wycisnąć co najlepsze. To po prostu widać, jak dobrze aktorzy czuli się ze sobą na planie, i tym boleśniej, gdy wspominają tragicznie zmarłego członka obsady, czyli Chance’a Perdomo, który wcielał się w postać Andre. Świetny aktor i ogromna strata dla rodziny i bliskich. Mimo że wolę recasty, cieszę się, że twórcy nie poszli tą drogą, ponieważ dobrze upamiętnili Chance’a, poświęcając mu wątek przez cały sezon. W scenach, gdy bohaterowie wspominają postać Andre, widać po aktorach, że nie muszą grać, tylko faktycznie przypominają im się chwile z Chance’em Perdomo.

Ocena 7/10

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Krzysztof Grabowski

Krzysztof Grabowski

Fan Marvela i teorii spiskowych na temat tego uniwersum. Uwielbiam gry kompetytywne wieloosobowe, lecz nie pogardzę dobrą fabułą jak Life is Strange lub świetnymi relacjami i akcją jak seria Uncharted.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy