O „Frankensteinie” Mary Shelley zdaje się, że powiedziano już przez te lata niemal wszystko. Powieść angielskiej pisarki, która na dobrą sprawę zapoczątkowała gatunek nazywany teraz „fantastyką naukową”, od pokoleń skutecznie rozbudza wyobraźnie czytelników i kolejnych twórców. Teraz, gdy o „Frankensteinie” znów zrobiło się głośno za sprawą świetnie ocenianego filmu Guillermo del Toro, tym bardziej warto ponownie pochylić się nad gotyckim oryginałem z 1818 roku. Dlaczego? Gdy obedrzemy bowiem całość z nie do końca słusznej, ale zasadnej wobec wielu reinterpretacji łatki horroru czy powieści grozy, otrzymamy poruszającą historię o wielowymiarowym poszukiwaniu człowieczeństwa. Człowieczeństwa, które pełne jest momentów słabości i pychy, ale także samotności, cierpienia oraz desperackiego dążenia do bliskości i… piękna. Namiętnościom, które z pewną wątpliwością nazywam „ludzkimi”, ulegają niemalże wszyscy bohaterowie powieści Shelley. I, jak wiemy, prawie nigdy nie ma to dla nich dobrych skutków.
Zakładam, że przystępując do lektury poniższego artykułu fabułę „Frankensteina” z grubsza znacie, toteż nie będę jej szczegółowo przybliżał. Skupię się zamiast tego od razu na przedmiocie moich rozważań, czyli wszechogarniających bohaterów namiętności na konkretnych przykładach. Ważne: biorę tu pod uwagę literacki oryginał, którego zasadnicza oś fabularna dosyć różni się od najnowszej wizji Guillermo del Toro. Jeśli jednak podobał Wam się film, gwarantuję, że powieść również ma sporą szansę trafić w Wasze gusta, gdyż cała pełna jest tej charakterystycznej, magicznej w drugiej połowie metrażu wrażliwości, która tak doskonale zagrała również w filmowym medium.
Victor Frankenstein, czyli artysta przeciwko siłom natury
Daleko szukać nie musimy – rozdarcie przez wewnętrzne namiętności doskonale ilustruje oczywiście tytułowy bohater, Victor Frankenstein. Uczony, który dopuszcza się „faustowskiego czynu” (bo, jak wiemy – według bohatera Goethego na początku był właśnie czyn, aniżeli słowo) i, kierowany głównie nadmierną, młodzieńczą ambicją i pragnieniem wiedzy, decyduje się stworzyć od podstaw drugiego człowieka. Analizując Victora i jego postępowanie, posługujemy się zazwyczaj takimi zagadnieniami jak ludzka pycha, trudna miłość ojcowska (czy też jej brak) czy nawet prometeizm (rozumiany tutaj przede wszystkim jako bunt wobec praw natury). Frankenstein sięga jednak nieco dalej – on pragnie te prawa nagiąć, podporządkować samemu sobie i swojemu intelektowi; słowem, udowodnić swoją wartość… ale właściwie komu? I tutaj właśnie zaczyna się interesujący, często pomijany, ludzki aspekt tej historii.
Victor bowiem nie jest tylko zakopanym w książkach naukowcem, ale również synem, przyjacielem i mężem. Mężczyzną wycofanym uczuciowo od momentu śmierci swojej matki, co odciska na nim niewyobrażalne, psychiczne piętno (i co Guillermo del Toro postanowił dodatkowo wizualnie podkreślić w swoim filmie, obsadzając Mię Goth w roli zarówno matki, jak i obiektu westchnień Victora, Elizabeth). Być może to właśnie piętno powoduje tak gorliwe dążenie do stworzenia i podporządkowania sobie drugiego, bezbronnego życia w postaci stwora? Shelley nie udziela na te kwestie prostych odpowiedzi, ale pozostawia czytelnikom sporo tropów do interesujących interpretacji. Szczególnie ciekawe wydały mi się te dotyczące relacji Victora ze wspomnianym wcześniej światem natury. Jak sam mówi, spacerując z najlepszym przyjacielem, Clervalem (którego w filmowej wersji, niestety, zabrakło), „widok tego, co piękne w naturze […] zawsze pobudzały jego serce i spętanego więzami bezwładności ducha”. Tak było jednak w dzieciństwie – teraz, czyli kiedy rozgrywa się zasadnicza akcja powieści, Victor opisuje sam siebie jako „strzaskane drzewo”, mówiąc, że „piorun wtargnął w jego duszę i już wtedy czuł, że przeżył tylko po to, by pokazać innym, czym wkrótce być przestanie – żałosnym okazem człowieczej ruiny, budzącą litość innych, a dla niego nieznośny”.
Przekroczenie granic człowieczeństwa okazało się dla niego zgubne i stworzyło pęto nie do przeskoczenia; kajdany niedające się zdjąć na stałe (oddając się flaneryzmowi, wspomina, że „przez moment odważył się strząsnąć kajdany i rozejrzeć dookoła swobodnie, z wyżyn, żelazo jednak wgryzło się w jego ciało i znów upadł drżący i pozbawiony nadziei w głąb więzienia własnego ciała”). Trudno o bardziej dosadny opis wewnętrznego zniewolenia, jakiemu na przestrzeni lektury uległ nasz bohater, pogrążając się coraz bardziej w strachu i poczuciu winy spowodowanym nieodwracalnym czynem, za sprawą którego rzucił wyzwanie całemu naturalnemu porządkowi świata. Czyn ten zdefiniował całe jego późniejsze życie, co jest dosyć gorzką puentą losu uczonego, który – jakby nie patrzeć – nagiął do swojej woli śmierć.
Stwór, czyli niechciane dziecko dążące do miłości i śmierci
Podobnie jest również w przypadku Stwora – niechcianego dziecka, któremu nigdy nie wpojono podstawowych zasad umowy społecznej. Porzucony od chwili narodzin, „dziecko” Frankensteina – uwięzione w ciele budzącego lęk i obrzydzenie stwora – tak naprawdę nie ma własnej fizyczności, składa się bowiem z kości, organów i tkanek umarłych ludzi czy zwierząt. Jedyne, co do niego należy, to umysł – umysł od zawsze głodny i chłonny wiedzy. I to właśnie ten umysł pozwala mu przetrwać; stwór szybko uczy się zdobywać pożywienie i kryć przed nieprzychylnymi, uciekającymi przed nim w popłochu ludźmi. Mimo tego, nie jest w stanie w pełni zrezygnować z zapisanego mu odgórnie, niechcianego, ludzkiego dziedzictwa. Jako owoc eksperymentów mających na celu stworzenie drugiego człowieka, potwór szybko zaczyna przejawiać typowo ludzkie cechy – pragnienie bliskości, rodzicielskiej uwagi, a w końcu nawet: miłości.
Jest w tych pragnieniach jednak rozsądny; nigdy nie prosi o traktowanie go na równi z innymi, a swojej szansy na zwalczenie samotności wypatruje w potencjalnych ramionach takiej samej jak on, „upiornej małżonki”, o której stworzenie prosi swojego wyrodnego „ojca”. Victor ostatecznie tego nie czyni – i można spierać się, czy tak naprawdę, w ramach odpowiedzialności rodzicielskiej (i po prostu empatii ludzkiej), nie był stworowi winien spełnienia tego jedynego, fatalnego życzenia.

Stwór bowiem szybko orientuje się,, że okoliczności przywołania go na świat stawiają go w niesprawiedliwym wobec innych ludzi położeniu. Czytając „Raj utracony”, bohater oddaje się refleksji, rozmyślając nad swoim istnieniem następująco: „podobnie jak Adama, najwyraźniej nie łączyło mnie nic z żadną żywą istotą; lecz pod wszystkimi innymi względami jego sytuacja znacznie różniła się od mojej. Stworzyły go ręce Boga, był idealny, szczęśliwy, dobrze mu się wiodło, stwórca czuwał nad nim ze szczególną troską, pozwalano mu rozmawiać i zdobywać wiedzę od istot znacznie wyższej natury, ja natomiast byłem nieszczęśliwy; bezradny i samotny. Wiele razy myślałem sobie, że Szatan stanowiłby lepszy symbol mojej kondycji, bo często tak jak on, gdy oglądałem błogie życie moich obrońców, czułem, jak wzbiera mi w gardle gorzka żółć zazdrości”. To właśnie pretensje wobec stwórcy i pragnienie bycia zauważonym zaprowadzą go do późniejszych, często niechlubnych postępowań.
Zadajmy sobie jednak pytanie – czy sytuacja stwora, zmuszonego do funkcjonowania w ramach ludzkich konwenansów, również tych emocjonalnych, nie jest tak naprawdę tragiczna? Tak, jak Victor nie jest w stanie pozbyć się swojej ludzkiej natury, tak samo jego twór nie jest w stanie zwalczyć namiętności, które zostały mu „zaszyte” od podszewki. A wszystko to w celu osiągnięcia ostatecznego celu życia ludzkiego – śmierci, w której dopatruje się ukojenia. Jak mówi w swoim sławetnym monologu końcowym: „Ale wkrótce umrę i to, co teraz czuję, przeminie. Wkrótce nieznośne katusze ustaną. Triumfalnie wstąpię na stos pogrzebowy, rozkoszując się agonią pośród morderczych płomieni. Potem zaś pożoga zgaśnie i wiatr zmiecie do morza moje popioły. Mój duch zaśnie w spokoju, a jeśli czeka mnie tam nowe trwanie, to z pewnością nie takie, jak tutaj [czyli w świecie żywych – przyp. tłm.]”. Dążenie do śmierci było jego ostatnią, ludzką namiętnością – pozostaje mieć nadzieję, że ostatecznie udało mu się ją zaspokoić.

Wszystkie przywoływane cytaty pochodzą z najnowszego wydania „Frankensteina” od Wydawnictwa Nowa Baśń w przekładzie Pauliny Braiter. To również właśnie tom z klimatycznymi ilustracjami Johna Coultharta widać na powyższych zdjęciach.
Przeczytaj również: 25-lecie „Że życie ma sens”. Czarno-biały obraz trudów wchodzenia w XXI wiek
