„Grzesznicy”, nowy film Ryana Cooglera („Creed”, „Czarna Pantera”), wziął amerykańskie kina szturmem. Choć początkowo wysoki budżet (szacowany na górną granicę ok. 100 mln dolarów) nie wróżył sukcesu – zwłaszcza, że mówimy o produkcji oryginalnej, niezwiązanej z żadną istniejącą franczyzą – „Sinners” szybko przekroczyło oczekiwania, notując w USA świetne otwarcie, co poszło w parze z entuzjastycznymi ocenami krytyków i widzów. Amerykanie tak bardzo zakochali się w nowym filmie Cooglera, że szybko zrobiło się o nim głośno w social mediach. Polecają go nie tylko ludzie z branży (ostatnio chociażby Spike Lee czy Kevin Bacon), ale również celebryci i influencerzy, przez co zainteresowanie wokół niego tylko rośnie. Ktoś mógłby zapytać – o co tyle hałasu? Cóż, będąc po seansie, chętnie odpowiem: „Grzesznicy” to rewelacyjna i odważnie szalona produkcja, która z pewnością zatriumfuje na wielu listach najlepszych filmów 2025 roku. Jednocześnie jest to spektakularny triumf oryginalnego, zrealizowanego z rozmachem pomysłu, który był kinom desperacko potrzebny.
Jest rok 1932. Głównymi bohaterami filmu są bracia Elijah „Smoke” i Elias „Stack” (podwójna rola Michaela B. Jordana), weterani wojenni i dorobkiewicze, którzy po latach spędzonych w Chicago powracają do rodzinnego regionu Missisipi Delta. Chcąc zacząć życie od nowa i raz na zawsze pozostawić za sobą burzliwą przeszłość, „rodzeństwo Smokestack” szykuje się do wielkiego otwarcia przydrożnego baru dla czarnej społeczności. W przedsięwzięcie angażują m.in. swojego kuzyna Sammiego, zainteresowanego karierą muzyczną syna kaznodziei (pierwsza rola Milesa Catona), utalentowaną piosenkarkę Pearline (Jayme Lawson) czy zaprzyjaźnionego z dawnych lat ulicznego muzyka, Deltę Sim (Delroy Lindo). Przemierzając Missisipi po latach, Smoke i Stack napotykają również swoje dawne miłości, żyjącą na odludziu Annie (Wunmi Mosaku) oraz uwikłaną w nieszczęśliwe małżeństwo Mary (Hailee Steinfeld). Wieczór, który miał służyć jako chwila wytchnienia dla przepracowanych mieszkańców i pracowników rolnych żyjących w strachu przed przedstawicielami Ku Klux Klanu , szybko wymyka się jednak spod kontroli, podczas których bohaterowie zmuszeni będą walczyć o życie w rytmie bluesa.

Jak to z najlepszymi zabawami gatunkowymi bywa – „Grzesznicy” to obraz, w który najlepiej zagłębić się zupełnie w ciemno. Podobnie jak w przypadku tegorocznego „Towarzysza”, już sam zwiastun, chcąc zareklamować produkcję z jak najatrakcyjniejszej marketingowo strony, nie ustrzegł się od zasugerowania pewnego konkretnego tonu, w tym wypadku: nadnaturalnego thrillera. I owszem, „Grzesznicy” jak najbardziej uszyci są z cech rasowego horroru o przeciwnikach nie z tego świata, lecz wizja Cooglera jest znacznie ambitniejsza, aniżeli realizacja porządnego filmu gatunkowego. Reżyser, nabrawszy doświadczenia przy blockbusterach Marvela i energicznym „Creed”, w przypadku „Sinners” zdecydował się przenieść na ekran własny, zupełnie oryginalny scenariusz – scenariusz, w którym poza wyraźnymi odwołaniami do klasyki znalazło się sporo autorskiego głosu i społecznego przekazu. To trochę sytuacja jak z Jordanem Peelem i jego „Uciekaj!”, z tym, że ten pierwszy dysponował znacznie mniejszym budżetem i nie dążył do widowiskowości, którą w „Grzesznikach” Coogler brawurowo osiąga. Dzięki temu historia doskonale działa zarówno w warstwie metaforycznej, i dosłownej, a sam film jest w tak samo dużym stopniu pełnym akcji thrillerem, co refleksyjnym dramatem społecznym o rozliczeniu się z demonami własnej przeszłości. Ten dualizm nie byłby jednak tak skuteczny, gdyby nie dopracowana warstwa techniczna.
„Sinners” robi niesamowite wrażenie wizualne, począwszy od klimatycznych zdjęć Autumn Durald Arkapaw, dynamicznego montażu Michaela Shawvera (oboje pracowali już wcześniej z Cooglerem przy „Wakanda w moim sercu”) czy precyzyjnej reżyserii samego Cooglera. Trwający blisko 140 minut metraż początkowo bardzo nastrojowo wprowadza nas w nieśpiesznie snutą opowieść obyczajową, dzięki czemu zmiana tonalna – gdy film zaczyna zmieniać się w obiecany przez zwiastuny thriller – uderza niemalże ze zdwojoną mocą. Od momentu rozpoczęcia głównego punktu wyjścia fabularnego, czyli przyjęcia na terenie przemianowanego na oberżę tartaku, trudno oderwać wzrok od poszczególnych scen. Coogler doskonale prowadzi całą ekipę produkcyjną, zarówno gdy chodzi o wkomponowanie w narrację wizualną doskonale dopasowanej muzyki, stopniowanie napięcia czy przelanie ze scenariusza na ekran energicznego tonu opowieści, który nie zwolni już do samego zakończenia. Nie można przy tym pominąć pompującej krew w żyłach muzyki Ludwiga Göranssona, zdobywcy Oscara za ścieżkę dźwiękową pierwszej „Czarnej Pantery” i „Oppenheimera”, który udowadnia, że jako kompozytor zdecydowanie nie spoczął na laurach. „Grzesznicy” bez wątpienia będą silnym graczem w sezonie nagród, jeśli chodzi o kategorie techniczne (szczególnie w muzyce i montażu), a kto wie, czy szum wokół filmu nie pociągnie go aż walki o najważniejsze statuetki. Skoro udało się „Get Out” czy „Substancji”, nie widzę przeciwwskazań, aby i „Sinners” nie zdobyło szerszej, artystycznej uwagi.

Swoją drogą – to dosyć znamienne, że „Sinners” to drugi w tym roku film po „Nosferatu” udowadniający, że pomysłowo wykorzystane motywy wampiryczne mogą posłużyć jako uniwersalna paraboliczna baza dla naprawdę zgoła odmiennych od siebie opowieści. Sporo recenzentów porównuje wizję Cooglera do klimatu rodem z „Od zmierzchu do świtu”, i nie jest to bezpodstawne ze względu na nawiązania wizualne. Oprócz tego jednak sam metaforyczny wymiar krwiopijców w „Grzesznikach” jest bardzo wielowymiarowy i pomysłowy, a sam obraz – choć nie brakuje w nim widowiskowej rozwałki – do samego końca pozostaje przyjemnie poważny i, momentami, naprawdę przerażający. Cieszy, że znana raczej ze swojego family friendly wizerunku Hailee Steinfield miała tu okazję… no, dosłownie pokazać pazury i wysunąć kły, stanowiąc przy tym jeden z najjaśniejszych punktów drugiego planu. Krwiożerczy wzrok Jacka O’Connella również ma szansę prześladować was po nocach, a podwójna rola Michaela B. Jordana, wcielającego się w obojga protagonistów, wypada znakomicie zarówno czysto warsztatowo, jak i narracyjnie. Również debiutujący na ekranie Miles Caton notuje bardzo obiecujący występ, łatwo znajdując ekranową chemię z B. Jordanem czy starszą Jayme Lawson. Pozostały drugi plan sprawdza się solidnie i choć poza Delroyem Lindo nikt już specjalnie nie zapada w pamięć, żaden z aktorów nie schodzi poniżej pewnego poziomu.
„Grzesznicy” to ważny triumf autorskiego kina i płomyk nadziei dla dużych studiów, które w obecnych czasach coraz rzadziej skłonne są wesprzeć świeże pomysły dużym budżetem. Film Cooglera udowadnia, że w mainstreamie nadal jest miejsce na pomysłowe eksperymenty z pozornie wyświechtaną formułą, jeżeli tylko stoi za nimi dobrze poprowadzona wizja reżyserska – aż cud bierze, że Warner Bros, nie słynący ostatnio z dobrych decyzji marketingowych, wziął ten właśnie projekt pod swoje skrzydła. Cieszy, że Stany Zjednoczone tak celebrują ten film i mam sporą nadzieję, że i nad Wisłą znajdzie on wierną mu publikę, która pozwoli mu przebić się na ekranach wśród dosyć średniego, wiosennego repertuaru. A jeżeli jakkolwiek interesuje was tematyka wampiryczna, „Sinners” to dla was tym bardziej pozycja obowiązkowa, umieszczająca krwiopijców w nowym, interesującym społecznie i narracyjnie kontekście.
Ocena: 9/10
Przeczytaj również: „You” – ostateczny koniec serialu i bardzo dobrze [RECENZJA]