Zaraz po śmierci Iron Mana w filmie „Avengers: Koniec gry” fani typowali, kto będzie następcą genialnego wynalazcy i przejmie metalową schedę po Tonym Starku. Obstawiano postać Harleya Keenera, chłopca z filmu „Iron Man 3” (granego przez Ty Simpkinsa), który pojawił się na pogrzebie herosa. Wybór finalnie padł na komiksową Riri Williams, działającą pod pseudonimem Ironheart. Zarówno wybór postaci, jak i aktorki Dominique Thorne do tej roli, to najlepszy możliwy wybór MCU.
Ironheart po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć w 2022 roku w filmie „Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu”, gdzie początkująca bohaterka pomogła królestwu obronić się przed atakiem Namora i jego armii. Po bohaterskich czynach w Wakandzie Riri musi teraz sama stawić czoła swojej przyszłości i tożsamości w burzliwym Chicago. Riri Williams jest bardzo utalentowaną inżynierką, podobnie jak Tony Stark, jednak brakuje jej najważniejszego – pieniędzy do spełnienia swoich wizji. Serial w ogóle nie pomija tego tematu – bohaterka musi kombinować, skąd wziąć środki, co stanowi główny motor napędowy fabuły. Stworzenie zaawansowanej technologicznie, metalowej zbroi jest bardzo kosztowne, więc Riri nie może pójść do zwykłej pracy. Moralność bohaterki pozwala jej jednak na wejście do świata przestępczego. Zagłuszając swoje sumienie, robi to, by znaleźć środki na spełnienie swoich marzeń. Ten wątek sprawia, że Ironheart jest znacznie ciekawsza od pozostałych herosów MCU. Riri nie może wykorzystać w pełni swojego potencjału, ponieważ nie ma na to środków, jednocześnie wierząc, że utrzyma w ryzach swoją działalność przestępczą. Jak można się domyślać, nie utrzyma.

Bo im dalej w fabułę, Ironheart się nie zatrzymuje. Bardzo odświeżające jest oglądanie produkcji MCU, nie wiedząc do końca, czy bohaterka postąpi słusznie. Oczywiście do akcji z przestępcami dołącza ze szlachetnych pobudek, ale sama „robota” stawia przed nią wiele decyzji. Riri jest inteligentna i zna konsekwencje swoich działań – nawet gdy popełnia błąd, od razu szuka rozwiązania. Świat udowadnia jej jednak, że nie wszystko da się policzyć, zmierzyć i rozwiązać problem tak jak przy tworzeniu wynalazków. To prowadzi nas płynnie do wątku magii, której jest zaskakująco dużo jak na serial o technologicznej geniuszce. A jednak pasuje on jak ulał do postaci Riri, która musi się czegoś nauczyć. O samej magii niestety ciężko napisać bez spoilerów, ponieważ jest ona mocno związana z finałem.

Do obsługi zbroi potrzebny jest asystent, i tak jak Stark miał swoje AI, tak Riri również pracuje nad swoją sztuczną inteligencją. Niestety, sprawy nie potoczyły się tak, jak powinny – komputer, skanując mózg bohaterki, tworzy cyfrowe uosobienie zmarłej przyjaciółki Riri, Natalie. Przy tym wątku bohaterka również ma wątpliwości: mimo że AI praktycznie jeden do jednego naśladuje przyjaciółkę, Riri rozważa, czy powinna ją usunąć i czy dobrze jest „ożywiać” zmarłą przyjaciółkę. Mimo iż ten wątek wydaje się oklepany, jest on jak najbardziej na czasie i z biegiem odcinków nabiera coraz większego znaczenia.
Jeśli chodzi o inne postacie, uwagę skupia główny antagonista, Parker Robbins znany jako „Hood”, grany przez Anthony’ego Ramosa. Od aktora czuć charyzmę, a on sam idealnie wpasowuje się w rolę lidera grupy przestępców. Parker wydaje się być współczesnym Robin Hoodem, jednak ambicje i żądza władzy zmieniają jego podejście wraz z kolejnymi poczynaniami. Grupa reaguje na dziwne zachowania Parkera, co nadaje jej autentyczności. Gdy Riri dołącza do przestępców, integruje się z grupą, jednak każda rozmowa między nią a Parkerem powoduje napięcie, które w każdej chwili może zamienić się w zdradę z jednej albo z drugiej strony. Kolejną postacią wartą uwagi jest Joe McGillicuddygrany przez Aldena Ehrenreicha, który magazynuje wojskowy sprzęt, sprzedając go na czarnym rynku. Na samym początku nie jest on przekonany do Riri. Z czasem ich relacja się rozwija i ufają sobie coraz bardziej, co w przestępczym świecie zostanie wystawione na próbę.

Od strony technicznej jestem pod wrażeniem, że serial jest pokolorowany, ma żywe kolory, a pomimo ciemnych scen, bardzo dużo w nich widać. Szarość ekranu przez ostatnie lata była cechą MCU. Efekty specjalne zbroi, choć w większości komputerowe, nie raz sprawiły, że przez dźwięk uderzania metalu przypomniałem sobie o ojcu MCU. Są one dobrze wykonane. Jest też dużo scen walki, niekoniecznie w zbroi – czasem Riri ratuje się, czym może, przypominając ponownie Starka, który zimą wysadził bar mikrofalą, gazem i nieśmiertelnikiem. Scenografia nie przypomina greenscreenowych pustyni, ponieważ większość scen to prawdziwe lokacje. Muzyka również odgrywa swoją rolę – nie jest nudnym soundtrackiem, lecz integralną częścią wielu dialogów, w których z każdym uderzeniem basu narasta napięcie.
Jesteśmy już na końcu recenzji, a jeszcze nie wspomniałem o wadach. Oczywiście te się pojawiają. Wiążą się one z typowym dla seriali MCU sześciu odcinkowym formatem. Po prostu dzieje się tutaj dużo, a dodawanie kolejnych wątków zabiera czas ekranowy, który mógłby być wykorzystany do ważniejszych kwestii. Więc należałoby albo skupić się na tym, co ważne, albo wydłużyć serial do, na przykład, ośmiu odcinków. Wiele tutaj niezbadanych lądów: nadopiekuńczość Riri, dlaczego akurat metalowa zbroja, dlaczego chce pomagać. W trakcie oglądania można ulec akcji serialu i nie zauważyć, jak wiele pominięto – tak jak ja, gdy teraz przypominam sobie, że przemiana McGillicuddy’ego mogłaby mieć nieco więcej wyjaśnienia i obudowy.

Podsumowując, Ironheart to powiew świeżości w MCU. To prawdziwa zmiana podejścia do tworzenia seriali o bohaterach. Riri Williams nie jest idealną heroską – jest ludzka. Ma swoje ograniczenia, ale również ogromne ambicje, od których spełnienia uzależnia swój dalszy los. Popełnia wiele błędów, ale nie w kółko te same, jak Spider-Man grany przez Toma Hollanda, tylko błędy wynikające z faktycznych problemów, którym musi stawić czoła.
Mało wspomniałem o Dominique Thorne, aktorce wcielającej się w postać Riri Williams. Jest w tej roli fantastyczna! Bardzo obawiałem się, że jako następczyni Iron Mana szybko wyrobi sobie taką sztuczną pewność siebie, na szczęście to tylko obawy. Dominique dobrze gra z jednej strony pewną siebie geniuszkę, której wydaje się, że jest twarda i nic jej nie zrani, a z drugiej strony w najmniej spodziewanym momencie wybucha emocjami i płaczem.
Godnym pochwały jest również zakończenie serialu. Podobnie jak Riri, czujemy, że wszystko poszło zgodnie z planem, jednak po obejrzeniu w głowie rodzi się masa pytań. A jedno nasuwa się najbardziej: Czy Riri jest dobrą osobą?
Ocena serialu: 7,5/10.
Dziękuję polskiemu oddziałowi Disneya za możliwość przedpremierowego obejrzenia całego serialu. Dziękuję również czytającym za uwagę i do następnego.
[…] PrevPoprzedni„Ironheart” to zły Iron Man? [RECENZJA] PrevPoprzedni […]