Lady Gaga powróciła z nowym albumem. Mayhem ukazuje się pięć lat po jej poprzednim krążku, Chromatica.
Progres muzyczny Gagi mogliśmy już usłyszeć w zeszłym roku na jej konceptualnym albumie Harlequin, towarzyszącym filmowi Joker: Folie à Deux. Trzeba przyznać, że wyszła dość suchą stopą po porażce filmowej produkcji. Nie zaabsorbowała złej prasy, która mogłaby nadwyrężyć jej wciąż budującą się aktorską renomę. Miała zresztą wentyl bezpieczeństwa – muzyka jest jej pewnym terytorium, na którym wypracowała sobie pozycję artystki, której twórczość zawsze warto przesłuchać.
Lady Gaga w sesji promującej album Mayhem
Mayhem otwiera utwór Disease, wypuszczony jako singiel w październiku 2024 roku. Był to de facto pierwszy singiel z płyty, mimo że próbuje się nam wmówić, iż to Die With A Smile było planowanym pierwszym wyborem. Dobrze, wierzymy, że niespodziewany sukces piosenki, która nie do końca pasuje do reszty albumu, a mimo to wygenerowała dwa miliardy streamów na Spotify, nie został tam doklejony na ślinę ze względów promocyjnych. Wink, wink.
Disease było mocnym uderzeniem – jego beat oszołomił mnie za pierwszym razem. Opakowany w mroczny wizerunek piosenkarki, zapowiadał jej powrót do dark-popowych ciągotek. Wokaliza w tej piosence, przywodząca na myśl eteryczne zawodzenie, jest hipnotyzująca. Podobna wokaliza, tym razem operowa, pojawia się w Abracadabra, kolejnym singlu, który był strzałem w dziesiątkę. Ma te same elementy sukcesu co kultowe już Bad Romance: świeżość, dziwaczność i rytmiczność słów.
Garden of Eden ma w sobie coś zaklętego – jednocześnie z początku lat 2000 (Muse i Supermassive Black Hole) oraz lat 80. XX wieku. To skojarzenie nie opuszcza mnie przez większość płyty. Refren jest absolutnie wpadający w ucho. Ona naprawdę ma smykałkę do tworzenia refrenów. W Perfect Celebrity pobrzmiewa też grunge – zarówno w buntowniczej warstwie tekstowej, jak i w dźwiękach. Gaga przywołuje także The Cure jako brzmieniową inspirację.
Piosenka Killah wokalnie pachnie mi Bowiem. Moimi ulubieńcami są Shadow of a Man oraz Zombieboy, który brzmi jak taneczny ukłon w stronę Prince’a, Jacksona i… starej Lady Gagi. Czy to oznacza, że Gaga zasiada już w panteonie muzycznych klasyków? The Beast jest dla mnie nieco toporne, a Blade of Grass podobałoby mi się bardziej, gdyby kilka akordów w refrenie rozwinęło się w inną stronę.
Mayhem oznacza chaos. U Lady Gagi jest to jednak chaos kontrolowany – nie ma tu przypadku ani kiepskiej improwizacji. Gaga jest pojętną uczennicą swoich podziwianych rockowych legend, których nauki przekuwa na popowe abecadło. Jest muzykiem z krwi i kości. U niej nawet słabszy utwór jest o klasę wyżej od tych dobrych u innych wokalistek. Słuchając tej płyty, zastanawiałem się, która z wokalistek jej pokolenia mogłaby nagrać podobnie brzmiący album. Odpowiedź jest prosta: nikt poza Lady Gagą.
Ocena: 8/10.
Przeczytaj także: Billy Idol wciąż tańczy! I zapowiada nowy album
Lady Gaga w sesji promującej album Mayhem
[…] Przeczytaj również: Lady Gaga „Mayhem”: Chaos kontrolowany [RECENZJA] […]