Po cichu na ekrany kin wkroczył film w reżyserii Michała Grzybowskiego pt. „Sezony”. To kolejna odważna i wnosząca powiew świeżości produkcja w polskiej kinematografii. Nie bez powodu na tegorocznym festiwalu w Gdyni bardzo dużo mówiło się o tym filmie. Po seansie towarzyszy mi ogromne zdziwienie, że twórcy nie zostali w żaden sposób uhonorowani.
„Sezony” to komediodramat, który opowiada historię rozpadu małżeństwa Marcina i Oli, pracujących w teatrze. Małżeńskie potyczki przeplatają się z zamieszaniem przed spektaklem. Reżyser zamyka nas na niecałe 100 minut wraz z bohaterami i ich sprawami w toruńskim Teatrze. Co prawda każdy z nas słyszał powiedzenia o zostawianiu życia prywatnego poza murami miejsca pracy jednak w przypadku zawodu aktora i pracy związanej z występami na scenie okazuję się, że życie pisze najlepsze scenariusze.
Już od pierwszych sekund nietrudno zauważyć, że Marcin i Ola nie potrafią się ze sobą porozumieć, a w głośnych kłótniach nie przeszkadza im nawet obecność dzieci. Historia rozpadu ich małżeństwa przedstawiona jest w trzech etapach, każdy z nich ściśle powiązany jest ze spektaklem, nad którym w danym czasie pracują. Jest to fantastyczne podejście do tematu i realizacja tego pomysłu od razu przywołuje na myśl nagrodzony czterema Oscarami film „Birdman”. 99% czasu spędzamy w Teatrze, w którym poza skomplikowaną relacją małżeńską są również inni ludzie i inne problemy.
Fantastycznie poprowadzona narracja napędzana jest genialnymi występami aktorskimi. Mam tutaj na myśli nie tylko głównych bohaterów, ale również postacie drugoplanowe. Każdy jest tutaj po coś, każdy ma swoją historię. Pracoholik nie wiedzący, kiedy ze sceny zejść; dyrektor teatru walczący o jak najlepszą opinię, by rozwijać obiekt; niespełnieni aktorzy, którym pozostały marginalne role w teatrze i niekończące się dyskusje o gwiazdach światowego kina. Andrzej Grabowski i Andrzej Seweryn robią dokładnie to, do czego nas przyzwyczaili i znakomicie uzupełniają głównych bohaterów. Jednak „Sezony” to przede wszystkim absolutne show duetu Łukasz Simlat – Agnieszka Dulęba-Kasza. Emocje, emocje i jeszcze raz emocje! Każde słowo i każdy gest rozwija i pogłębia opowiadaną historię.
Scenariusz w trzech aktach opowiada o rozpadzie związku, posługując się spektaklami. Są to kolejno „Piotruś Pan”, „Dom Lalki” oraz „Sen nocy letniej”. Abstrahując od tego jak dobrze owe tytuły wpasowują się w obecną sytuację pomiędzy Marcinem a Olą, nie da się uniknąć problemów z tym związanych. Atmosfera gęstnieje, gdyż nerwy zaczynają udzielać się każdemu, kto chcąc nie chcąc, bierze udział w małżeńskich zawirowaniach swoich znajomych. Doprowadza to zarówno do wielu kuriozalnych jak i zabawnych sytuacji co sprawia, że produkcja jest bardzo elastyczna i nie tylko daje do myślenia, ale dostarcza też rozrywki.
To nie tylko film o rozpadzie małżeństwa. „Sezony” opowiada o pracującym człowieku będącym w potrzasku, próbującym żyć dalej mimo narastających problemów. W akcji widzimy aktora, ale łatwo znaleźć podobieństwa z innymi zawodami. Być może efekt końcowy nie zawsze jest taki jak przedstawiony przez twórców, ale proces, walka z demonami, chęć funkcjonowania tak jak kiedyś, mimo że już dawno tak nie jest – na pewno wygląda podobnie.
Nie można również nie wspomnieć o warstwie technicznej tej produkcji. Fantastyczna praca kamery przy długich ujęciach, gdy bohaterowie zmieniają pomieszczenia, robi wrażenie. Ogląda się to doskonale a czas przyjemnie płynie wraz z wydarzeniami. Spektakle, mimo że widzimy ich tylko decydujące fragmenty, są dopracowane i aż chciałoby się je obejrzeć w całości.
Jest mądrze i zabawnie. Podane w przystępny sposób daje czas na rozrywkę i refleksje. „Sezony” to kolejny w tym roku przykład, że na naszym podwórku dzieje się bardzo wiele dobrego.
Polecamy również: Film na medal – „Kulej. Dwie strony medalu” [RECENZJA]

