Zapewne narażę się wielu osobom, których fascynuje Formuła 1, ale już na wstępie zaznaczę, że nie ma dla mnie nudniejszego sportu. „F1: Film″ nie sprawił, że mam ochotę śledzić zmagania Verstapena i Hamiltona, jednak dostarczył niesamowitej rozrywki i wytłumaczył, z czym to wszystko się je. Choć bawiłem się świetnie podczas seansu, to obraz nie przekonał mnie do samego sportu. Jednak nie zdziwię się, jeśli znajdą się osoby, które zainteresują się bolidami, nie tylko wtedy kiedy siedzi w nich Brad Pitt. Tak, „F1: Film″ jest dobrą reklamą tego sportu.
Film został wyreżyserowany przez Josepha Kosinskiego, a scenariusz napisał Ehren Kruger czyli duet, który odpowiedzialny jest za film „Top Gun: Maverick″. Rola główna przypadła Bradowi Pittowi, który, jak to Brad Pitt, dowiózł znakomity występ. Obok niego pojawili się chociażby Javier Bardem, Damson Idris i Kerry Condon oraz Kim Bodnia. Sonny (Brad Pitt) to niespełniony kierowca, który w młodym wieku musiał zrezygnować z największych torów na świecie po tym jak uległ groźnemu wypadkowi. Zostaje on zwerbowany przez swojego byłego kolegę Rubena (Javier Bardem), który prowadzi zespół APX GP. Sonny ma zapewnić zespołowi doświadczenie, dołączając do obiecującego, choć wciąż młodego i nieokrzesanego rajdowca Joshue Pearcea (Damson Idirs). Planem APX GP jest co najmniej dobry występ, jednak marzenia są znaczeni większe.

Przed seansem warto zastanowić się czy sala kinowa w Waszej okolicy jest wystarczająca. Doświadczenie audiowizualne jest w przypadku tego filmu najważniejsze. Zapewniam, że nieco wysiłku aby spróbować doświadczyć tego widowiska w możliwie jak najlepszej sali kinowej, zostanie Wam zwrócone z nawiązką. Bo choć nie jest to idealny film, to jest on doświadczeniem, którego na próżno szukać gdzieś indziej. Warkot silników, krzyk tłumów i podniosłość kompozycji Hansa Zimmera w połączeniu z kapitalnymi zdjęciami Claudio Mirandy nie tylko nie pozwoliły mi się nudzić, ale wielokrotnie powodowały opad szczęki. Brzmi jakbym opisywał „Top Gun: Maverick″? Tak! Każde porównanie tych produkcji, które zdążyliście już przeczytać w sieci, jest trafne. Nie bez powodu, w końcu oba filmy stworzyli ci sami ludzie. Jednak „F1: Film″ ma coś, czego nie miał film z Tomem Cruisem.
Oglądając „F1: Film″ to jak usiąść za kierownicą bolida. Zachodzę w głowę w jaki sposób udało się nakręcić wiele scen aby to bolidowe POV nie było tanim kiczem, a efektem zbliżonym do symulatora VR. (Nie)stety scenariusz tej produkcji jest do bólu banalny i przewidywalny nawet jeśli nie postaracie się przewidywać. Jednak przy tym kompletny i satysfakcjonujący. Uważam, że ogromnym sukcesem tej produkcji jest świadome stworzenie kompletnej ale jednak najprostszej historii świata, aby to właśnie sceny na torze grały najważniejszą rolę. Doceniam ten film bo zauważam w jaki sposób zostały rozłożone akcenty na etapie preprodukcji i jak w fazie produkcji plan był egzekwowany.

„F1: Film″ to obraz, który nie nudzi opowiadając o najnudniejszym sporcie na świecie. Ze względu na książkowo napisany scenariusz trudno się czepiać warstwy fabularnej. Można jedynie na tę banalność ponarzekać. Jednak dobrego scenarzystę poznaje się po tym jak rozkłada akcenty opowiadając historię. Więc nawet jeśli ten film ma scenariusz, na podstawie którego można by stworzyć tysiąc filmów, to wciąż jest to fantastyczna produkcja, którą trzeba obejrzeć w kinie. To wciąż produkcja jakich mało i to wciąż Brad Pitt, który przyciąga i daje gwarancję jakości.
Przeczytaj również: „M3GAN 2.0″. Samoświadome fiasko wygenerowane przez AI [RECENZJA]