Nadszedł moment, na który wielu fanów komiksów DC (i nie tylko) czekało. Do dwójki najpopularniejszych superbohaterów dołączył trzeci z nich – Superman. Wydawałoby się, że na początku ery kina komiksowego pierwszy film, jaki powinien ruszyć całą machinę, byłby właśnie ten o Supermanie. Oczywiście mieliśmy wersję Henry’ego Cavilla, która znalazła swoje grono fanów, jednak nie była to wierna adaptacja Supermana, którą dopiero tego lata przyszło nam zobaczyć.
Poprzednie ekranizacje
Takie miałem odczucia na początku, gdy zaczynałem swoją przygodę z filmami o superbohaterach. Zawsze obok Spider-Mana i Batmana zastanawiałem się, gdzie jest ten najważniejszy, gdzie jest Superman. Zack Snyder miał swoją wizję tej postaci – boga, który spadł na ziemię, by nie pomagać ludzkości, lecz po to, by ją zbawić, cokolwiek by to oznaczało w kontekście tamtejszych filmów. Szanuję estetykę kadrów, sceny walki, które są efektowne, ale Superman to nie typ „sigmy”, który wszystkie problemy rozwiązuje siłą. Powinien zawsze szukać jakiejś cząstki dobra w drugiej osobie, bo to jego największa siła – wiara w dobro, czym inspiruje innych herosów. Zimnokrwiste podejście pasuje bardziej do Omnimana lub Homelandera, którzy wywyższają się ponad ludzi, traktując ich jako gorszą rasę. Dlatego James Gunn oddziela się grubą kreską od tamtej wersji Clarka Kenta, podkreślając, jak ważna jest to postać, skoro zaczyna od niej swoje kinowe uniwersum.
Scenariusz
Już na samym starcie podoba mi się, że film nie opowiada nam o początkach Supermana, a jest on już bohaterem od trzech lat. Jesteśmy wrzucani w wir akcji, a początkowe tło fabularne uniwersum jest streszczone w napisach, prawie jak w „Gwiezdnych wojnach”. Nie musimy od nowa dowiadywać się, że Clark został wychowany na farmie i że pochodzi ze zniszczonej planety Krypton. To wszystko już wiemy z komiksów czy ogólnej świadomości w popkulturze. Nie znaczy to, że film nie porusza wątku pochodzenia Supermana. Kryptońscy rodzice Clarka zostawili mu pożegnalną wiadomość, która uległa uszkodzeniu, przez co bohater słucha jej fragment w zapętleniu. To główne źródło inspiracji Supermana, a dalsza część tego wątku jeszcze bardziej eksploruje to, kim powinien być na Ziemi.

David Corenswet jako Superman
David Corenswet to urodzony Superman. Miło jest zobaczyć bardziej emocjonalną stronę tej postaci, bo na tym głównie skupia się film. David, jak go nazwał James Gunn, jest „luźnym aktorem”, co widać już w klipie promocyjnym, gdzie udziela wywiadu swej filmowej dziewczynie, Lois Lane. Mimo że zaczyna wywiad spokojnie, pewny siebie, nagle wybucha krzykiem, gdy Lois zaczyna dyplomatycznie podważać działania Supermana, który chciał tylko uratować ludzi. To nadaje postaci realizmu – pomimo że Superman miał dobre intencje, nie rozumie skomplikowanego świata polityki i potencjalnych konsekwencji. Jak się później okazuje, na szczęście nie musi. David nadaje tym scenom dynamiki i nie dziwię się, że w trakcie kręcenia tej sceny przypadkiem rzucił przekleństwem, ponieważ tak dotknęły go słowa Lois.

Louis Lane i Lex Luthor
A skoro już rozmawiamy o najsłynniejszej dziennikarce świata DC, Rachel Brosnahan jako Lois Lane jest bardzo energiczna (szczególnie w scenach z Davidem). Pomimo że jej postać nie ma mocy, a musi dzielić problemy świata z Clarkiem, nie zatrzymuje się i zawsze jest gotowa do działania. Nie ma w filmie sceny, w której siedzi bezczynnie. Gdy pojawia się problem, reszta postaci (poza Supermanem) godzi się ze stanem rzeczy. Lois, jak na prawdziwą dziennikarkę przystało, ponownie rozgrzebuje konflikt i szuka koneksji głównego złoczyńcy filmu – Lexa Luthora – by zrozumieć jego tajemne działania. W tej roli sprawdził się Nicholas Hoult jako chłodny, wykalkulowany, niedziałający zbyt pochopnie złoczyńca. Oczywiście dopóki nie spędza więcej czasu z Supermanem, bo wtedy jego inteligencja jest zaślepiona przez nienawiść do herosa i przestaje on działać racjonalnie. Scenariusz powoduje, że jego działania potrafią być przesadzone, a momentami wręcz głupie. To działania nieprzystojące geniuszowi, który jest przygotowany na każdy scenariusz. Przy drugim seansie zauważyłem, że ta nienawiść do Supermana jest jak najbardziej w filmie uzasadniona, ale przez tempo akcji staje się nieco zapomniana. Brakuje mi jeszcze jednej sceny, w której widzielibyśmy np. oczami Lexa Luthora Supermana jako złowrogiego kosmitę, tym bardziej że jest na to miejsce, gdy panowie stają twarzą w twarz. Pomimo tych braków, Nicholas Hoult wyciska z każdej sceny, ile się da, zarówno w opanowanej wersji Lexa Luthora, jak i tej, w której poświęca wszystko i daje upust swoim emocjom.

Wada filmu
Przy wątku Luthora mogę przejść do widocznej wady filmu. Jest on po prostu za szybki. Akcja nawet na chwilę nie ustaje, co prawda nie jest to tempo ostatniego filmu o „Minecrafcie”, ale uważam, że jest blisko. Cierpi na tym właśnie najbardziej postać Luthora, którego motywacja nie wybrzmiewa w pełni. Na początku filmu nie dowiadujemy się, co stoi za jego nienawiścią do Supermana, potem poznajemy konkretny powód, ale w międzyczasie akcja musi lecieć dalej, a Luthor nie ma czasu na przetrawienie tego, czego dowiedział się o kosmicie, którego tak nienawidzi. Przy drugim seansie ta wada jest mniej odczuwalna, bo znając fabułę, łatwiej wyłapać pewne szczegóły. Jednak wciąż nie wybrzmiewają one należycie, bo brakuje sceny, która zatrzymałaby się i podsumowała to, czego się dowiedzieliśmy.

Postaci poboczne
Gang Sprawiedliwości – cóż za wspaniałe uzupełnienie dla filmu o Supermanie. Hawkgirl (Isabela Merced), Guy Gardner / Green Lantern (Nathan Fillion) i Mr. Terrific (Edi Gathegi) tworzą zgraną paczkę, która pokazuje nam, że bohaterowie w tym uniwersum faktycznie istnieją i pomagają, a nie czekają w ukryciu na swój solowy film. Przy okazji budują postać Supermana, który ma inne podejście do ratowania świata. Przez bycie formalną grupą herosów, niestety nie chcą się angażować w problematyczne konflikty. Wtedy Clark udowadnia im, co to znaczy być naprawdę superbohaterem, czym (ponownie) ich inspiruje. Każdy z nich ma swoją scenę, gdzie może się wykazać, co ładnie domyka cały wątek.

Sceny akcji i technikalia
Porozmawiajmy więc o scenach akcji, bo jest ich tutaj dużo. Większość widzieliśmy w zwiastunach i klipach promocyjnych, a w filmie dostajemy ich pełne wersje. Są to typowe dla Gunna sceny akcji – zamiast klasycznej bijatyki na pięści, dostajemy kreatywną zabawę. Ogromny potwór w środku Metropolis? Superman leci w górę, przebijając barierę dźwięku, i spada na niego jak bomba. Infiltracja bazy wojskowej? To taniec kulami Mr. Terrifica przy akompaniamencie „5 Years Time” od Noah and the Whale, które już znalazło się na mojej playliście. Tej kreatywności widać tutaj mnóstwo, choć sama jakość ujęć może kojarzyć się z najnowszym filmem o „Flashu”, ponieważ w obu filmach operatorem był Henry Braham. Efekty specjalne są na dobrym poziomie, nawet podczas długich ujęć, jednak momentami widać niedociągnięcia. Niemniej, zarówno w IMAX-ie, jak i w Dolby Atmos, nie zepsuło mi to odbioru filmu. Muzyka jest dobrana idealnie – z początku spokojne i wzniosłe brzmienia pasują do Supermana, który się nie poddaje. Tak jak przy „Strażnikach Galaktyki”, Gunn przypomina nam parę kawałków z dawnych lat, takich jak „Punkrocker” czy wymienione wcześniej „5 Years Time”.

Podsumowanie
I oto cały „Superman” – film, którego akcja pędzi niczym on sam podczas lotu w przestworzach, ale znajduje czas na proste dialogi między postaciami, które inspiruje. To cała magia tego filmu. Nie uważam, że jest to przełom dla kina superbohaterskiego. Jest to film potrzebny właśnie teraz, który, wypełniony akcją i sercem do komiksów, może zachęcić widownię do obejrzenia go na wielkim ekranie, bez czekania na VOD lub streamingi. Z kina nie wyszedłem ani zaskoczony, ani zawiedziony. Czułem satysfakcję, że udało się przedstawić prawdziwego Supermana, który nie rozprawia się ze złoczyńcami siłą fizyczną czy niewzruszony nie wytrzymuje wybuchu bomby w sądzie. Dostaliśmy Clarka Kenta wychowanego na Ziemi, któremu zależy na każdym istnieniu. Czasem uratuje całe miasto, a czasem tylko wiewiórkę, a potem idzie prosto w pułapkę Luthora, bo martwi się, że jego pies Krypto pewnie gdzieś tam siedzi samotny, smutny i nie wie, co się dzieje. Na tym polega bycie człowiekiem, a to największa siła Supermana. Siła inspiracji.
Ocena 8,5/10