Wstyd jest rzeczą ludzką. Niektórzy za swoje guilty pleasure uważają np. słuchanie disco polo, oglądanie programów randkowych, a wśród wielbicieli „dziesiątej muzy” tematem tabu wydaje się być polskie kino komercyjne z lat dziewięćdziesiątych. Rzadko spotyka się krytyków, którzy wypowiadają się pozytywnie o tym okresie rodzimej kinematografii. Czy słusznie? Myślę, że warto jest spojrzeć na tę dekadę w szerszym kontekście kulturowym, patrząc na poszczególne filmy w okolicznościach zmian ustrojowych, społecznych zachodzących w tamtym czasie

Po latach siermiężnego, szarego komunizmu, Polacy pragnęli zasmakować nowej rzeczywistości, bardziej kolorowej i oferującej nowe możliwości. Początek lat dziewięćdziesiątych to upadek starego systemu, zniesienie cenzury, wolny rynek. Ingerencja państwa w treść i sam etap tworzenia filmu została zniwelowana do minimum. Od tego czasu znaczna część twórców musiała szukać środków finansowych na własną rękę. Wiązało się to z tworzeniem przede wszystkim takich produkcji, które mogą przyciągnąć widzów do kin.  

My są już Amerykany

Nie tylko zespół Piersi kpił (a zarazem czerpał) z przesadnej fascynacji zachodnim, amerykańskim stylem życia. Również polscy filmowcy chętnie ilustrowali zmianę kursu z radzieckiego na amerykański. Ciekawym przypadkiem jest produkcja pt. „Przeklęta Ameryka”. Akcja filmu rozgrywa się w 1989 roku, tuż po przemianach ustrojowych w Polsce. Obraz został nakręcony w 1991 roku, ale swoją premierę miał dopiero dwa lata później. Produkcja w reżyserii Krzysztofa Tchórzewskiego ukazuje różne bolączki i nieprawidłowości pozornie nowego, a tak naprawdę wciąż jeszcze starego systemu. Główny bohater Zbyszek (grany przez Edward Żentarę) wraca po latach emigracji do Polski, która wreszcie wyrwała się spod komunistycznej batuty. Mężczyzna dowiaduje się, że w czasie, gdy przebywał w Stanach, jego żona zginęła w wypadku, a ich dzieci trafiły do domu dziecka. Od tego momentu Zbyszek toczy walkę o dzieci. Jednak nie jest to łatwe, gdyż po powrocie staje się niewygodny zarówno dla starego, jak i nowego systemu. „Przeklęta Ameryka” przypomina amerykańskie filmy z końcówki lat osiemdziesiątych. Nawet jeśli bohater grany przez Emiliana Kamińskiego rzuca w kierunku Zbyszka: „Stary, my nie gramy tu amerykańskiego kryminału, pamiętaj” to trudno nie odnieść wrażenia, że ideą twórców było właśnie stworzenie produkcji na wzór zachodnich kryminałów.  

W przeciwieństwie do poważnej „Przeklętej Ameryki”, zdecydowanie ciekawiej wypadają filmy, które wprost dworują sobie z amerykańskiego kina, bawiąc się jego konwencją. „Smacznego telewizorku” w reżyserii Pawła Trzaski to absurdalna historia rodziny, w której rodzice zostają wciągnięci do telewizora. Film stanowi metaforę życia milionów Polaków, którzy szczególnie w latach dziewięćdziesiątych i na początku nowego tysiąclecia zostali pochłonięci światem rozrywkowych programów i seriali. Pod koniec PRL-u, polski widz miał do wyboru jedynie dwie stacje telewizyjne, a dekadę później było ich już dziesiątki.  

„Smacznego telewizorku” to również naigrywanie się z nowobogackiego stylu życia. Bohaterowie mieszkają w dużym jednorodzinnym domu, jeżdżą dobrym, zachodnim samochodem, piją Pepsi (wtedy wciąż jeszcze stanowiąca symbol zachodu) i posiadają inne artefakty, które miały określać ich status społeczny. 

Film Pawła Trzaski pokazuje również charakterystyczne dla tego okresu podejście do inności. Bohater, w którego wciela się czarnoskóry aktor Omar Sangare nazywa się „pan czekoladka” – nie jest to najfortunniejsze nazewnictwo. 

Jeszcze dalej w czerpaniu z amerykańskich wzorców poszedł Wojciech Wójcik w „Zabić na końcu”. Twórca prowadzi ciągłą grę z widzem, gdzie na ekranie raz widzimy świat rzeczywisty, by po chwili zobaczyć sceny, które rozgrywają się w wyobraźni jednego z dwójki głównych bohaterów. Reżyser bawi się schematami typowymi dla amerykańskiego kina sensacyjnego, co rusz obśmiewając ich przewidywalność, a czasami i nonsensowność. Dodatkowego smaczku dodaje Ryszard Rynkowski w roli muzyka, wyjęty jakby rodem z kina noir z lat czterdziestych.

Narkotyki, hazard, bezrefleksyjna pogoń za pieniądzem – zagrożenia nowego systemu

Lata dziewięćdziesiąte to okres, gdzie pewna część społeczeństwa dorobiła się wielkich fortun. Byli też tacy, którzy szybko się wzbogacili, by zaraz wszystko stracić, a cytując kultową scenę z „Wielkiego Szu”: „Każda gra ma taką właśnie przemienność, różne wartości potrafi zamienić na złotówki, ale odwrotnie… nie da się”. W „Amoku” młody dziennikarz Maciek (w którego wcielił się Rafał Maćkowiak) dostaje od szefa zadanie poznać zasady działania giełdy. Z początku chłopak podchodzi do tego wszystkiego z dystansem, ale z czasem i jego samego pochłania rynek szybkich i na pozór łatwych pieniędzy. Maciek podczas tworzenia reportażu poznaje Maksa (Mirosław Baka), który wprowadza go w świat dużych pieniędzy. Motto Maxa: „Pieniądze to wolność i godność” – dobrze obrazuje ówczesny świat polskich yuppies i biznesmenów. Produkcja w reżyserii Natalii Korynckiej – Gruz jasno pokazuje jak w nowej rzeczywistości nikła jest granica pomiędzy byciem bogatym a biednym. Maciek zatracając się w świecie maklerów zostaje wyrzucony z pracy (w końcu na giełdzie może zarobić w jeden dzień tyle, co jako dziennikarz przez dziesięć lat), opuszcza go dziewczyna, on sam w celu zdobycia pieniędzy pozbywa się wszelakich wartości. Ostatecznie traci to wszystko, na co pracował przez tyle lat. Czy czegoś to wam nie przypomina? Hmm może „Wall Strret” Olivera Stone’a?

Przysłowie „pieniądze szczęścia nie dają” ilustruje również film „Musisz żyć” w reżyserii Konrada Szołajskiego. Główny bohater Adam (Piotr Fronczewski) posiada duży i piękny dom, prężnie prosperującą firmę, rodzinę. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jego „polski sen” spełnił się w stu procentach. Jednak w momencie, gdy mężczyzna dowiaduje się o problemach syna, jego dotychczasowe pozornie udane życie zmienia się raz na zawsze. Film Szołajskiego porusza bardzo ważny temat uzależnienia młodych ludzi od narkotyków, a w szczególności od popularnej wtedy heroiny. Jacek, syn Adama toczy nierówną walkę ze swoim nałogiem, do którego wprowadziły go wygórowane oczekiwania rodziców – ludzi sukcesu. 

Od początkowej euforii, fascynacji zachodem, szeregiem nowych możliwości, po czasie polskie kino lat dziewięćdziesiątych zaczęło stawiać pytanie – Jaka jest tego wszystkiego cena? 

Świat młodych 

W 1993 swój żywot po czterdziestu czterech latach zakończyło polskie czasopismo „Świat młodych” skierowane głównie do młodzieży. W tym czasie rodzime kino coraz chętniej zaczęło spoglądać na losy nastolatków osadzonych w czasach nowej nomenklatury. Władysław Pasikowski tworząc film „Słodko-gorzki” czerpał wzorce z najlepszych amerykańskich coming-of-age movies. Młodzież w tej produkcji (poza głównym bohaterem Mateuszem: w tej roli Rafał Mohr) jest mocno nihilistyczna, skupiona przede wszystkim na sobie, na wiecznej i beztroskiej zabawie. Marlon w którego wcielił się Rafał Olbrychski to istna kalka amerykańskich filmowych buntowników.

„Słodko-gorzki” odchodzi od wcześniejszej problematyki młodych, którzy buntują się przeciwko systemowi, co miało miejsce np. w „Ostatnim dzwonku”, czy „Yesterday”. Nastolatkowie w filmie Pasikowskiego żyją w wolnym kraju i zdają się w żadnym stopniu nie doceniać możliwości, które otrzymali. Śmierć jednego z kolegów nie robi na nich żadnego wrażenia, nikt oprócz Mateusza nie jest zainteresowany wyjaśnieniem z jakiego powodu „Bąbel” popełnił samobójstwo. W wyżej wspomnianym „Ostatnim dzwonku” wszyscy trzymają się razem, w „Słodko-gorzkim” ważne jest własne „ja”. 

Tam, gdzie Pasikowski umieścił nihilistyczną młodzież, Jarosław Żamojda za pomocą popularnego „kina bandyckiego” pokazał grupę szczecińskich młodych wilczków. W Stanach Zjednoczonych w latach osiemdziesiątych zwykło się mówić o filmach i serialach (choćby kultowe „Miami Vice”) jako o produkcjach, których nadrzędnym celem było stworzenie ładnego obrazu, przypominającego teledyski z MTV. Twórca „Młodych wilków” prawdopodobnie poszedł podobnym tropem i stworzył film, który jest dobrze opakowany. Czasami „Młodym wilkom” brakuje logiki, ale chyba nawet najbardziej zatwardziali przeciwnicy przygód „Cichego” i „Prymusa” przyznają, że „Młode wilki” wizualnie dobrze się ogląda.  

Zupełnie inny świat młodzieży prezentuje „Spona” w reżyserii Waldemara Szarka. Film oparty na książce Edmunda Niziurskiego „Sposób na Alcybiadesa” przenosi widzów do końcówki lat sześćdziesiątych. „Spona” przypomina dawne młodzieżowe produkcje jak np. „Szatan z siódmej klasy”, które mogą bawić zarówno najmłodszych, jak i ich rodziców. Film przedstawia historię trójki szkolnych przeciętniaków: Słaby, Ciamciara i Zasępa, którzy wykupują „tajemniczy” klucz jakim posługuje się podczas przepytywania uczniów profesor od historii. W filmie mamy niesympatycznych nauczycieli (ale żaden z nich nie jest tak cyniczny jak profesor Gnat w filmie „Słodko-gorzki”), szkolnych łobuziaków (jednego z nich gra Jarosław Jakimowicz, ale daleko im do młodzieńczej gangsterski z produkcji Żamojdy), ale przede wszystkim „Spona” oferuje widzowi beztroski i nostalgiczny klimat. 

Ciekawy jest również mariaż filmu z dopiero co raczkującym w Polsce hip hopem. Nie tylko na ścieżce filmowej, ale również w środku filmu pojawiają się rapowane fragmenty, które wykonują nie aktorzy, a czołowi jak na tamte czasy hiphopowcy m.in. z grupy Wzgórze Yapa 3. Pewnym paradoksem jest to, że „Spona” swoją premierę miała pod koniec lutego, a prawie miesiąc później wyszła płyta „Skandal” Molesty, po której raperom nie wypadało już być miłymi i grzecznymi. Nie do pomyślenia w erze „post-skandalowskiej” był widok chłopaków, którzy jak w „Sponie” ubrani w amerykańskim stylu, w klimacie funku swobodnie przemieszczali się obok Michała Urbaniaka. 

Każdy z trzech omawianych filmów był na swój sposób oryginalny i odświeżający polskie kino młodzieżowe, któremu z czasem zdecydowanie bliżej było do mrocznych i ciemnych klimatów, jakie mogliśmy zobaczyć chociażby w „Krugerandach” Wojciecha Nowaka czy „Egzekutorze” Filipa Zylbera. Obie produkcje ukazywały do czego mogą być zdolni młodzi ludzie, którzy pragną szybko się wzbogacić i jakie mogą być konsekwencje działań poza prawem. 

Polski Brudny Harry

Rodzime kino lat dziewięćdziesiątych ma trzy twarze: męskiego i zimnego Bogusława Lindy, chłopięcego i zabawnego Cezarego Pazury oraz twardego aczkolwiek wrażliwego Marka Kondrata. Ciekawa była zresztą filmowa podróż Kondrata: od głównej roli w telenoweli „W Labiryncie”, poprzez skorumpowanego „Ola” w „Psach” a kończąc na bezkompromisowym Halskim w serialu „Ekstradycja”. To właśnie ten trzeci wzór postaci najbardziej przyległ do aktora  w tamtym okresie, czego najlepszym przykładem są role: Marka Kossota w „Nocnym graffiti” i Michała Korda w „Prawu ojca”. Marek Kondrat jak Clint Eastwood w swoich najlepszych czasach, walczy w powyższych filmach sam (z małą pomocą przyjaciół) z lokalnymi bandziorami, skorumpowanymi stróżami prawa, ale przede wszystkim ze złym i wadliwym prawem. Czy tylko mi brakuje w dzisiejszym polskim kinie bohaterów, którzy są w stanie poświęcić wszystko, aby ochronić swoich bliskich i wymierzyć sprawiedliwość? Szkoda, że Marek Kondrat po „Prawie ojca” nie zdecydował się kontynuować swojej kariery reżyserskiej. 

Dla wytrawnych kinomanów 

Lata dziewięćdziesiąte w polskim kinie to również czas dość osobliwych i oryginalnych produkcji np. „Łza księcia ciemności” w reżyserii Marka Pietrasiaka, specjalisty od ekscentrycznych horrorów. Jest to w pewnym stopniu film ciekawy, aczkolwiek Tomasz Stockinger nie dorobił się po jego premierze statusu polskiego detektywa Colombo. 

Jeszcze bardziej niekonwencjonalnie z kinem grozy zmierzył się Grzegorz Królikiewicz realizując „Drzewa”. Produkcja, która mogłaby powstać i być emitowana na ekranach publicznej telewizji chyba tylko w dzikich latach dziewięćdziesiątych. „Drzewa” w kwestii estetyki, sposobu kręcenia niektórych scen są dziełem eksperymentalnym i chyba w taki sposób należy je traktować i oceniać. 

Trudniej już jest obronić „Prostytutki” w reżyserii Eugeniusza Priwieziencewa pt. Umieśćmy ten film po prostu, gdzieś pomiędzy kinem zaangażowanym z lat dziewięćdziesiątych, a byciem protoplastą przyszłych „Galerianek”. 

Pisząc o ostatniej dekadzie poprzedniego tysiąclecia warto jeszcze wspomnieć o „In Flagranti” Wojciecha Biedronia. Mocno kontrowersyjna i sensualna produkcja z Bogusławem Lindą w roli głównej. Mój seans z dziełem Biedronia był o tyle fascynujący, że jedyna kopia, która była dostępna posiadała jakość starej kasety video. Dlatego tak na marginesie, młodym kinomanom polecam oglądać niektóre filmy z tamtego okresu, właśnie w takiej estetyce VHS.  Bywa to ciekawe przeżycie, które pozwala inaczej spojrzeć na poszczególne dzieła. 

Gangsterzy, psy i świat pozornego blichtru 

Na koniec, aby nie obracać się tylko w mniej znanych i zapomnianych (w niektórych przypadkach niesłusznie) produkcjach, warto jeszcze dopowiedzieć kilka zdań o kinie bandyckim. Polska odpowiedź na amerykańskie kino gangsterskie była istnym lekiem dla odbiorców, którzy mieli dość solidarnościowego etosu kina moralnego niepokoju. „Psy” Władysława Pasikowskiego po latach stanowią wzór tego typu produkcji, gdzie przeważa przemoc, bohaterowie nadużywają wulgaryzmów a kobiety traktowane są jak przedmiot, zdobycz. Bogusław Linda (jako m.in. Franz Mauer) kojarzony wcześniej z ról wrażliwego inteligenta, zerwał z etosem bohatera szkoły polskiej na rzecz twardego i bezlitosnego mężczyzny z bronią w ręku. Nowe „męskie” kino wzbudziło duże poruszenie i krytykę w środowisku filmowym, Publiczność była jednak głodna tego typu produkcji. Wystarczy wspomnieć, że drugą część „Psów” obejrzało prawie 600 tysięcy widzów, a na film reprezentanta szkoły polskiej Kazimierza Kutza pt. „Śmierć jak kromka chleba” do kin poszło ledwie pięćdziesiąt tysięcy. W końcu nie można zapominać, że lata dziewięćdziesiąte to już nie okres walki z komunistycznym ustrojem, a ciężki bój z rodzącą się mafią. 

Na kanwie sukcesu „Psów” powstało m.in. „Miasto prywatne”. Film Jacka Skalskiego trudno jest jednoznacznie ocenić. „Miasto prywatne” podobnie jak „Balanga” jest produkcją, gdzie można odnieść wrażenie, że sam zamysł był dobry, ale ostateczny efekt nie przyniósł spodziewanego rezultatu. Wydaje się, że na prawdziwe udokumentowanie działań polskiej mafii trzeba było poczekać do czasów premiery „Odwróconych”. 

Pomiędzy środowiskiem bandytów, a światem pięknych reklam występuje bardzo cienka granica, o czym widz mógł się przekonać oglądając „Billboard”, autorski projekt Łukasza Zadrzyńskiego. Kuba (Rafał Maćkowiak) na co dzień pracownik wielkiej agencji reklamowej dostaje za zadanie odszukać jedną z rosyjskich modelek, która niedawno współpracowała z firmą. 

W kontekście lat dziewięćdziesiątych również Rafał Maćkowiak podobnie jak Linda i Kondrat powinien dostać osobny akapit. Aktor zwykle wcielał się w rolę wykształconego, młodego mężczyzny, który nagle trafia do „brudnego” i bezlitosnego środowiska („Amok”, „Billboard”, czy „Nie ma zmiłuj”, wyjątek stanowi film „Gniew”). W „Billboardzie” postać grana przez Maćkowiaka przyjmując propozycję szefa traci dotychczasowe spokojne życie i wikła się w brutalną walkę z bandytami, wchodząc do świata chorych fantazji bogatych ludzi. Mało jest w polskim kinie produkcji, które tak mocno jak „Billboard” zestawiają ze sobą dwa na pozór różne światy, robiąc to w naprawdę szokujący sposób. 

Różnej maści gangsterzy w polskim kinie lat dziewięćdziesiątych nie zawsze budzili jednak tylko strach, ale potrafili również bawić do łez, czego najlepszym przykładem jest „Kiler” Machulskiego. Film, który zarówno odświeżył lekko skostniałą już formę kina bandyckiego  zarazem umiejętnie ją obśmiewając.  

„Kilerem” bezpiecznie kończę swoją podróż po polskim kinie lat dziewięćdziesiątych. W końcu losy Jurka Kilera, jak mało która komedia nakręcona w III RP nie dzieli a łączy Polaków. 

A czytelników zostawiam z pytaniem: Czy lata dziewięćdziesiąte w polskim kinie komercyjnym faktycznie były takie złe i nie warto o nich wspominać?

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
5 1 głos
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Damian Kaźmierczak

Damian Kaźmierczak

Od dziecka zafascynowany popkulturą, w szczególności kinematografią, muzyką, literaturą i sztuką. Wciąż nie może zdecydować się, czy jego ulubionym filmem jest „Wolny dzień Ferrisa Buellera” czy „Ludzie honoru”. W tekstach stara się łączyć różne elementy popkultury i analizować je pod kątem historycznym, socjologicznym. Montażysta, scenarzysta, człowiek renesansu. Nie wyobraża sobie życia bez aktywności fizycznej, ostatnio szczególnie pochłania go koszykówka i tenis.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy