W życiu każdego człowieka zdarzają się momenty, które mają kluczowy wpływ na jego dalsze losy. Czasami jedna błędna decyzja może zmienić wszystko. W 1993 roku Chevy Chase świadomy lecącej w dół kariery postanowił zaryzykować i spróbować swoich sił jako gospodarz talk-show. Na początku września Chase mógł mieć jeszcze nadzieje na odbudowanie swojej pozycji. W połowie października wiedział już, że czekają go chude lata, które ostatecznie przerodzą się w dekady. „The Chevy Chase Show” to przykład totalnej klapy. Znacie powiedzenie: „Właściwy człowiek na właściwy miejscu”?, w przypadku Chevy’ego należałoby powiedzieć: (Nie)właściwy człowiek na (nie)właściwym miejscu. Zapraszam na kolejną podróż po historii amerykańskiej popkultury.
Chevy Chase – droga do sławy
Chevy dorastał w domu, gdzie przemoc fizyczna i psychiczna, której doświadczał ze strony ojca była na porządku dziennym. Wydarzenia z dzieciństwa miały olbrzymi wpływ na dorosłe życie i postępowanie Chase’a. Aktor na szerokie wody wypłynął na początku lat siedemdziesiątych dzięki audycji radiowej „The National Lampoon Radio Hour”, która w satyryczny, sarkastyczny sposób opisywała amerykańską rzeczywistość. Obok Chevy’ego Chase pierwsze poważne szlify pobierał tam m.in. John Belushi. Belushi i Chase w 1975 roku obok Dana Aykroda stali się największymi gwiazdami i głównymi twarzami „Saturday Night Live”. Większość twórców „SNL” wcześniej odpowiadała za „The National Lampoon”, przenosząc do programu NBC dotąd niespotykaną w telewizji dawkę czarnego humoru. Chevy od początku pragnął grać w rozrywkowym show pierwsze skrzypce, na każdym kroku pokazując reszcie, że to on tu rozdaje karty. Przygoda Chase’a z „Saturday Night Live” nie trwała jednak długo, gdyż w połowie drugiego sezonu aktor zdecydował się odejść z programu. Oficjalnie było to spowodowane prośbami jego ówczesnej partnerki, która nie chciała zamieszkać w Nowym Jorku, nieoficjalnie: Chase na planie „SNL” wielokrotnie doprowadzał do poważnych konfliktów z resztą obsady, więc mówiąc kolokwialnie – wszyscy mieli go po dziurki w nosie. Jest również trzecia kwestia, po zyskaniu ogromnej sławy jako gwiazda show NBC, Chevy pragnął przekuć to wszystko w karierę filmową i stać się kluczowym elementem machiny zwanej Hollywood.
Pierwsza liga komedii
Filmowy debiut Chevy’ego Chase’a przypadł na dzieło pt. „Nieczyste zagranie” z 1978 roku, gdzie obok aktora pojawiła się Goldie Hawn. Produkcja okazała się hitem, otrzymała wiele nominacji m.in. do „Złotych Globów” (jednak bez uzyskania żadnej nagrody), sam Chevy był nominowany w kategorii: najlepszy aktor komediowy. Duet Hawn i Chase zaprezentował się ponownie w „Jak za dawnych, dobrych czasów”. Film został chłodniej oceniony zarówno przez krytyków, jak i widzów. W między czasie aktor zagrał m.in. w ciepło przyjętych „Golfiarzach”, w totalnej klapie pt. „Niebiański pies”, a okres po opuszczeniu „Saturday Night Live” (1976-1982 ), można uznać za misz-masz, naprzemienne występowanie w dobrych i fatalnych filmach. Prawdziwy przełom u Chase’a nastąpił w 1983 roku za sprawą roli Clarka Griswolda w „W krzywym zwierciadle: Wakacje”. To było wejście do pierwszej ligi Hollywood. Kolejne dwa-trzy lata to dla Chevyego złoty okres: druga część „W krzywym zwierciadle”, „Fletch” (w mojej opinii najlepsze dzieło z jego udziałem), „Szpiedzy tacy jak my” – hit za hitem. W każdym z tych filmów Chase wcielał się w postać sprytnego, aroganckiego, gburowatego gościa. Złośliwi mówili, że aktor nie musiał grać za dużo, gdyż prywatnie miał łatkę rasisty, homofoba, mizogina, a przede wszystkim bardzo niesympatycznego i konfliktowego człowieka. W tamtym okresie branża musiała liczyć się z Chevym Chasem, dlatego wiele jego występków uchodziło mu na sucho, ale po latach ta sama branża dała boleśnie odczuć Chevy’emu, jak kończą ci, których ego jest większe niż zyski, które mogą przynieść. Uznany reżyser kina familijnego: Chris Columbus „dziękował” Chase’owi, że przez jego butę mógł wyreżyserować „Kevina samego w domu”. Pierwotnie Columbus miał podjąć się reżyserii „W krzywym zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju”. Columbus twierdził, że spotkał się przed zdjęciami z aktorem dwa razy, pragnąć wspólnie z nim ustalić kierunek najnowszej produkcji spod znaku „W krzywym zwierciadle”. Chase nie był jednak zupełnie zainteresowanym tym, co reżyser ma do powiedzenia i ich ponad godzinne spotkanie skwitował słowami: „To ty jesteś niby tym reżyserem, tak? Myślałem, że jesteś perkusistą”. Chris Columbus wiedząc, że nie będzie w stanie współpracować z krnąbrnym gwiazdorem, zrezygnował z tego projektu, miał wakat, dzięki czemu John Hughes zaproponował mu wyreżyserowanie „Kevina samego w domu”. Co ciekawe przez moment Chevy Chase był rozważany do roli ojca Kevina, ale z wiadomych powodów stało się to niemożliwe.
Lata 90 mówią: Sorry Chevy, nie jesteś już nam potrzebny.
Pod koniec lat osiemdziesiątych Chevy Chase zagrał w sequelach „Fletcha” i „Golfiarzy” „Fletch żyje” został szybko zapomniany i słusznie, gdyż w żadnym stopniu nie dorównywał poprzednikowi. Natomiast „Golfiarze II” okazali się finansową klapą, w dodatku zostali zmiażdżeni przez recenzentów. Chase pierwotnie nie chciał zagrać w drugiej części „Golfiarzy”, przekonała go jednak pokaźna gratyfikacja finansowa za malutką rolę. Reżyser dzieła: Allan Arkush wspominał współpracę z aktorem jako koszmar. Chevy na planie był tradycyjnie oschły, arogancki i grający na siebie. Podobno na odchodne Chase miał powiedzieć reżyserowi: „Musisz dorzucić sztuczny śmiech w tle, bo tylko wtedy ludzie będą wiedzieli, kiedy mają się śmiać na tym gównie”. Wsród filmowy klap jedynie wyżej wspomniana trzecia część „W krzywym zwierciadle – Witaj Święty Mikołaju” okazałą się hitem. Rodzaj komedii, którą prezentował Chevy przez prawie dwie dekady, na początku lat dziewięćdziesiątych zaczął się wyczerpywać i tracić odbiorców. Chociaż Chase prywatnie był dupkiem, bardzo dbał o swój ekranowy wizerunek „fajnego gościa”, dlatego odrzucał wszystkie bardziej kontrowersyjne role m.in. w „Fatalnym zauroczeniu”. „Same kłopoty” z 1991 roku, choć po latach zostały docenione, to w czasie premiery zostały „zjechane” od góry do dołu, niewiele mniej niż druga część „Golfiarzy”. W 1976 roku Chevy na pytanie, czy mógłby zostać drugim Johnnym Carsonem (gospodarz bardzo popularnego wieczornego talk show pt. „The Tonight Show Starring Johnny Carson”) stwierdził, że nie ma mowy, aby wszedł w taki typ programu na dłuższą metę. Jednak po kolejnych box office’owych porażkach, Chase zdecydował się przyjąć ofertę Foxa. Zaryzykował i jak się okazało – przegrał.
„The Chevy Chase Show” – totalna klapa
Wieczorne talk-show obiera najczęściej dwa kierunki: miły, sympatyczny prowadzących lub arogant, zadający trudne pytania swoim gościom. Zgadnijcie, którą rolę chciał odegrać Chase? Oczywiście, że tą drugą. Analogicznie jak w przypadku odrzucania ryzykownych ról, Chevy pragnął prezentować w programie wizerunek sympatycznego gościa. Jednak jeśli jesteś bufonem, który na każdym kroku pokazuje innym, że są od ciebie gorsi, to bycie milusim prowadzącym talk-showu staje się trudne do zagrania, nawet dla takiego dobrego aktora.
Choć do pierwszych odcinków swojego show Chase zdecydował się zaprosić jedne z niewielu osób, które go lubiły: Goldie Hawn, Beverly D’Angelo (partnerowała aktorowi we „W krzywym zwierciadle”) to od samego początku widać było, że Chevy nie odnajduje się w powierzonym mu formacie. Aktor próbował być zabawny, ale skecze w programie były często archaiczne i żenujące. Jego ciągłe podteksty i docinki w trakcie prowadzenia wywiadów. również wzbudzały poczucie cringe’u. Sprawdźcie pierwszy odcinek, sami przekonacie się, jak cienikim nićmi był szyty ten scenariusz, jakby robiony na kolanie, według zasady – Jesteś Chevy Chase próbuj być zabawny i jakoś to będzie. Finalnie wyszła dziwna próba połączenia „Saturday Night Live” z „The Tonight Show Starring Johnny Carson”, nie oferując widzowi wystarczającej dozy komedii, a rozmowy Chase’a z zaproszonym gośćmi przypomniały bardziej pogadanki przy piwie w barze. Nie jest tajemnicą, że większość talk-show’ów ma ustalony dokładnie przebieg występujący po sobie zdarzeń. W „The Chevy Chase Show” od pierwszej sekwencji wszystko wygląda sztucznie, dlatego w końcowej fazie emisji producenci musieli płacić większe stawki publiczności, aby żywiej reagowała na wymuszone żarty. Kiedy do Chevy’ego wpadł Jason Priestley – będący wtedy gwiazdą młodzieżowego hitu Foxa pt. „Beverly Hills 90210”, widać było jak ego Chase’a pragnie pokazać, kto jest tu prawdziwym artystą i bon vivantem. W ósmym odcinku pojawiła się inna gwiazda serialu – Jennie Garth, a Chevy momentami swoim zachowaniem przypominał wujka na weselu. Nawet zaproszenie Roberta De Niro, który w tym okresie promował nadchodzące „Prawo Bronxu” nie pomogło zbyt wiele. Chase wydawał się być zestresowany obecnością DeNiro, a ich rozmowa w żadnym stopniu nie była odkrywcza. Jeśli Chevy jako prowadzących postawiłby na swój arogancki, bezczelny ton, to talk-show mogłoby być ciekawsze. Zamiast tego telewidzowie zobaczyli zestresowanego, momentami zażenowanego aktora, którego popularność pikuje w dół.
Pomiędzy „Saturday Night Live” a wieczornym talk show
Chevy Chase jako urodzony komik w swoim show chciał przemycić dawkę humoru, z którego wcześniej zasłynął. Poza wywiadami z gośćmi, w „The Chevy Chase Show” mogliśmy zobaczyć przeróżne skecze (lepsze i gorsze), aktor zdecydował się nawet reaktywować na potrzeby programu format „Weekend Update”, dzięki któremu stał się rozpoznawalny w pierwszym sezonie „Saturday Night Live”. Jednak w 1993 roku telewizyjnych odbiorców śmieszyły bardziej rzeczy w stylu „In Lining Color”, a zbuntowane, nonszalanckie pokolenie X odnajdowało się bardziej w programach typu „The Ben Stiller Show”, aniżeli żartach Chevy’ego, które często było zakorzenione w czasach ich rodziców. Do „legendy” przeszedł powtarzający się skecz ze śpiewającymi mimami, który po dziś dzień jest uważany za definicję cringe’u. Podobnie jak występ pewnego szalonego naukowca w odcinku z Tomem Selleckiem. Jak stwierdzono w recenzji Time’a : Zdenerwowany i całkowicie zagubiony Chase próbował wszystkiego, ale nic mu się nie udawało.
Ucieczka z tonącego okrętu
W połowie października 1993 roku, włodarze Foxa zdecydowali się anulować program. Przedstawicielka stacji Lucie Salhany bez ogródek wyznała, że oglądanie aktora w wieczornym show było niekomfortowe i zawstydzające. Po telewizyjne porażce Chase ponownie nawiązał do dawnych słów, że gatunek talk-show nie jest przeznaczony dla niego, twierdząc, że zgodził się wziąć udział w takim formacie, chcąc wypromować swój najnowszy film pt. „Gliniarze i Robbersonowie” (nie okazał się on jednak hitem), dodając, że nigdy nie chciał ugrzęznąć jako człowiek prowadzący wywiady. Po latach Chevy wyznawał, że jego pierwotny plan na „The Chevy Chase Show” był zupełnie inny, bardziej sarkastyczny, dosadny, improwizowany, aniżeli finalna wersja, którą tworzył pod dyktando włodarzy Foxa. Dla Chevy’ego Chase’a porażka programu była naprawdę bolesna, za to wielu jego przeciwników mogło otwierać szampany. Do końca lat dziewięćdziesiątych aktor grywał w filmach miażdżonych przez krytyków, ale wciąż przynoszący przyzwoite dochody. Wejście w XXI wiek okazało się dla krnąbrnego i aroganckiego Chase’a gorzkie. Komik zgodził się wziąć udział w roascie dla Comedy Central. Forma roastu w Polsce stała się popularna w poprzedniej dekadzie, natomiast w Stanach była czymś normalnym już w latach dziewięćdziesiątych. Ku zaskoczeniu Chevy’ego nikt z jego dawnych kompanów, znajomych nie był zainteresowany przyjściem na wydarzenie, żeby go podissować i dać mu pstryczka w nos. Przez godzinę aktor został „zmuszony” słuchać dziesiątek obelg rzucanych od młodych komików, których w ogóle nie kojarzył. Chase próbował za ciemnym okularami robić dobrą minę do złej gry, ale po skończonej „pieczeni” udał się samotnie do pokoju hotelowego, gdzie podobno przepłakał kilka godzin. Czy owa sytuacja czegokolwiek nauczyła aktora? Nie bardzo, zważywszy na jego wybryki w trakcie kręcenia serialu „Community”, z którego zresztą został w pewnym momencie wyrzucony. „Community” było jedynym projektem aktora, który trafił do szerszej grupy odbiorców w XXI wieku. Po finansowych klapach filmów, w których komik był gwiazdą (najbardziej bolesnym przykładem było „Funny Money” z 2006 roku), Chase stał się Nicolasem Cagem komedii, symbolem tragicznych produkcji przeznaczonych na rynek DVD.
Na peryferiach
Chevy Chase jak wielu gwiazdorów lat osiemdziesiątych utknął w dwudziestym pierwszym wieku na peryferiach Hollywood. Osobiście bardzo czekam aż w Polsce zostanie udostępniony najnowszy dokument o życiu aktora pt. „I’m Chevy Chase and You’re Not”, który powinien odsłonić wiele tajemnic i rzucić nowe światło na lekko przedawnione już sytuacje.
Czy „The Chevy Chase Show” miało naprawdę tak duży wpływ na upadek kariery Chevy’ego? Śmiem powątpiewać. W latach dziewięćdziesiątych popularnością cieszyły się programy, które łączyły elementy serialu ze skeczami, możliwe, że w takim formacie Chase mógłby uratować swoją pozycję? Poprzez talk-show Foxa, Chevy najadł się dużo wstydu, a wielu jego wrogów mogło się szeroko uśmiechnąć, ale w tamtym momencie chyba było mu już wszystko jedno.
„Bajer z Bel Air” – jak milionowe długi zrobiły z Willa Smitha aktora