Czy po takim początku, jaki dał nam pierwszy tom „Transformers” od Daniela Warrena Johnsona, można było w ogóle podnieść poprzeczkę wyżej? Można. I on to robi w drugim tomie!
Po dramatycznych wydarzeniach z pierwszego tomu, Autoboty i Decepticony wciąż próbują odnaleźć się na nieznanej Ziemi. Optimus Prime, mimo strat i chaosu, stara się utrzymać morale swojej drużyny i chronić ludzi, których mimowolnie wciągnęli w międzygwiezdny konflikt. Jednocześnie Megatron, napędzany żądzą dominacji, przygotowuje kolejny atak, chcąc przejąć pełną kontrolę nad sytuacją i pokonać Autoboty raz na zawsze.
W drugim tomie obserwujemy, jak napięcie pomiędzy frakcjami narasta, a sytuacja staje się coraz bardziej desperacka. Do głosu dochodzą emocje: strach, gniew i rozpacz. Główna oś fabuły skupia się na transporcie tytułowego „ładunku” — misji, która może zaważyć na losach wojny.

Już od pierwszych stron czuć, że Johnsonowi zależy. Nie tylko na efekciarstwie (choć wybuchów i epickich starć tu nie brakuje), ale na bohaterach. Tempo? Mniej szaleńcze niż w pierwszym tomie, ale to akurat zaleta. Jest miejsce na emocje, na ciche momenty pomiędzy kolejnymi eksplozjami i na tę chwilę zawahania.
Kreska w drugim tomie dalej jest dzika, brudna, pełna ekspresji czyli taka, do jakiej przyzwyczaił nas Daniel Warren Johnson!
Czy jest perfekcyjnie? Nie. Dialogi czasami wpadają w patos, a momentami miałam wrażenie, że niektóre postacie drugoplanowe pojawiają się tylko na chwilę, by podkreślić wagę wydarzeń lub doprowadzić do dramatycznych zwrotów akcji.
Podsumowując: Johnson nie tylko zna się na wielkich robotach. On je czuje. I sprawia, że my czujemy razem z nimi. Jeśli szukacie komiksu, który rozgrzewa serce i rozwala głowę — oto on. Coś czuję, że z każdym kolejnym tomem będzie tylko lepiej!
Komiks do recenzji otrzymaliśmy bezpłatnie od Nagle! Comics, za co serdecznie dziękujemy.
Przeczytaj również: „Radiant Black” — tom 2 [RECENZJA]