Któregoś lipcowego popołudnia w sieci wyskoczył mi zwiastun „Uciekiniera”. Rozpoczął go wściekły Glen Powell krzyczący do kamery, później nastąpiły wybuchy, eksplozje – jednym słowem: blockbuster pełną gębą. Spodobał mi się sam koncept, który sprzedawała zapowiedź. Facet po prostu biegnie bez końca, a wokół niego dzieją się rzeczy niestworzone. W tle mamy na szybko zarysowany dramat w postaci chorej córki, a jedynym wyjściem z sytuacji okazuje się udział w igrzyskach śmierci transmitowanych na żywo. Brzmiało jak dobry „akcyjniak”, ale czy nim ostatecznie został?
W niedalekiej przyszłości zbiorową wyobraźnią rządzi „Uciekinier” – najchętniej oglądany, a zarazem najbardziej krwawy program telewizyjny w historii. Zasady dyktowane przez wszechwładną korporację The Network są bezlitosne: śmiałek musi przetrwać 30 dni w otwartej strefie walki, będąc nieustannie ściganym przez elitarnych zabójców. Każda doba przeżyta na oczach kamer podbija stawkę, ale szanse na wygraną są iluzoryczne. Właśnie w tryby tej morderczej maszyny wpada Ben Richards (Glen Powell). Ten zdesperowany robotnik z „wilczym biletem”, nie mogąc opłacić leczenia ciężko chorej córeczki, ulega manipulacji bezwzględnego producenta Dana Killiana (Josh Brolin). Killian widzi w tłumionej wściekłości Richardsa idealne paliwo dla show. Bohater nie zamierza jednak grać według scenariusza. Jego instynkt przetrwania i buntownicza natura sprawiają, że nieoczekiwanie staje się ulubieńcem uzależnionej od przemocy widowni, a z czasem – symbolem zagrażającym istnieniu całego programu. W tym miejscu warto zaznaczyć jedną rzecz. Choć starsi widzowie mogą kojarzyć ten tytuł z kultowym filmem science fiction z lat 80., w którym główną rolę grał Arnold Schwarzenegger, „Uciekinier” z 2025 roku nie jest jego remakiem. Dzieło Edgara Wrighta to nowa, znacznie wierniejsza ekranizacja oryginalnej powieści Stephena Kinga (wydanej pod pseudonimem Richard Bachman).

Tak jak wspomniałem na wstępie – zwiastun sprzedał mi ten koncept idealnie. Początek filmu podtrzymywał te pozytywne emocje: sprawne przedstawienie świata, zarysowanie innych morderczych teleturniejów oraz kluczowej motywacji bohatera, czyli rodziny. Glen Powell w tej roli spisał się dobrze – jak na kino akcji przystało, jest charyzmatycznym twardzielem, którego najważniejszym zadaniem jest zapewnienie bytu bliskim. Ben Richards to zdeterminowany gość skrzywdzony przez system, napędzany czystym gniewem. Powell potrafił odegrać tę frustrację i złość tak przekonująco, że w pewnym momencie pomyślałem, iż to wręcz supermoc tej postaci. Na ekranie partneruje mu Josh Brolin. Dzień wcześniej miałem przyjemność oglądać go w „Weapons”, gdzie grał zatroskanego ojca. Ciekawie było zobaczyć go dobę później w roli podstępnego złoczyńcy, który w scenach z głównym bohaterem niczym diabeł namawiał go do zawarcia paktu – a konkretnie do udziału w teleturnieju. Sceny z Brolinem to były moje ulubione momenty filmu. Niestety, w tym momencie aktorskie i fabularne plusy się kończą.

Dalej mamy już tylko scenariuszowy bałagan. Film sam nie wie, czym chce być i co dokładnie opowiedzieć. Z jednej strony miał to być akcyjniak, gdzie tempo przyspiesza z każdą sceną, tak jak rośnie stawka teleturnieju. Z drugiej – film grzęźnie w nieciekawie podanej ekspozycji, siląc się na powagę i komentarz o zepsutym świecie. To połączenie nie sprawdza się dobrze, ponieważ z „Uciekiniera” robi się „Przesiadywacz” w kolejnych kryjówkach. Pomiędzy tymi momentami dostajemy sceny akcji – niektóre całkiem nieźle zrealizowane, pokazujące zmagania innych uczestników. Niestety zaraz potem wracamy do wolniejszych sekwencji i tłumaczenia zasad świata, czego na tym etapie już nie potrzebujemy. To, co angażuje w filmie, to chęć zobaczenia czy Glenowi Powellowi – przepraszam, Benowi Richardsowi – się uda. Niestety twórcy gubią ten wątek. To tak, jakby w „Squid Game” zamiast skupiać się na losach graczy i napięciu na wyspie, serwowano nam przydługie wykłady o historii gier czy statusie społeczeństwa(co przez sprawnie opowiedzenie historii akcją udaje się zrobić między wierszami). Mogłoby to być interesujące, ale najpierw musimy być w pełni zaangażowani w sam teleturniej i jego przebieg.

Gdybym miał krótko opisać nowego „Uciekiniera”, powiedziałbym, że jest to film momentów. Jest widowiskowo, a duet Powell-Brolin sprawia, że tę historię da się oglądać, natomiast dobrych chwil jest tu jak na lekarstwo. Wygląda to trochę tak, jakby Edgar Wright chciał zrobić film akcji – szybki i intensywny – a potem dostrzegł szansę na rozbudowanie świata. Niestety, refleksja ta przyszła chyba dopiero na stole montażowym, bo produkcja sprawia wrażenie mocno pociętej. To dlatego to nierówne tempo jest tak odczuwalne.
Ocena: 5/10