Premiera serialu „You” wywołała niemałe poruszenie w 2018 roku. Zrobienie z głównego bohatera seryjnego mordercy, którego dodatkowo nie spotyka żadna kara, było czymś nowym i sprzecznym z tradycyjnym moralitetem. W ciągu kilku lat produkcja doczekała się kolejnych sezonów, a 24 kwietnia zaprezentowano widzom piąty i ostatni. Jaki był? Czy będę tęsknić za Joe Goldbergiem? UWAGA – będą spoilery.
Diament w zalewie telewizyjnej przeciętności
Pewnie mało osób zdaje sobie sprawę, że po pierwsze „You” zostało oparte na powieści Caroline Kepnes, a po drugie, że pierwszy sezon został wyemitowany w stacji Lifetime. Jest to kanał telewizyjny, który oferuje najczęściej romansidła klasy „b” lub, jak kto woli „telewizyjne filmy”. W gronie wielu mdłych produkcji pojawiło się „You”, które fabularnie pasowało do tamtejszych programów. Ponieważ historia Joe Goldberga była na tyle innowacyjna i dobrze zrealizowana, serialem zainteresował się Netflix. Platforma była odpowiedzialna za wyprodukowanie kolejnych sezonów.
Z góry na dół
Pierwszy sezon „You” był naprawdę interesujący i trzymał w ciągłym napięciu. Również drugą serię oglądało się z wypiekami na twarzy, ale trzecia momentami zaczęła zataczać koło i powielać utarty schemat: Joe jako mściciela i wybawiciela swoich wybranek. Dlatego do czwartego sezonu podchodziłem z lekkim dystansem i może z tego powodu zostałem pozytywnie zaskoczony. Wreszcie udało się nie powielać kalki, a stworzyć coś innego, intrygującego. Mam tu na myśli szczególnie „alter ego” bohatera, które ostatecznie istniało tylko w jego głowie. W mojej opinii najlepszym zakończeniem serialu byłoby, gdyby Joe faktycznie utonął w wodzie po samobójczym skoku, potem czarna plansza, napisy i kończymy. Otrzymałby karę (czytaj śmierć), bez taniego moralizatorstwa. Jednak przebiegły Goldberg został odratowany i doczekaliśmy się jeszcze jednej serii.
Piąty sezon – zaczynają się spoilery
Sezon, którego tak naprawdę mogłoby nie być. Pierwsze trzy odcinki specjalnie mnie nie wciągnęły. Ot, Joe nasłuchał się Malika Montany i „robi wszystko dla rodziny”. Kolejne epizody to tradycyjny schemat, gdzie główny bohater zakochuje się w nowo poznanej kobiecie i próbuje ją „uratować” poprzez unicestwienie każdego złego faceta, który stanie na jej drodze. I tak naprawdę dopiero końcówka piątego odcinka przywołała u mnie efekt lekkiego „wow”, który został spotęgowany poprzez epizod szósty. Ciekawa intryga, w której to nowo poznana Bronte próbuje zemścić się na Joe za śmierć Guinevere Beck i oczyścić imię doktora Nicky z pomocą jego syna Claytona. Trochę to na pierwszy rzut oka wydaje się być pogmatwane, ale w końcu wprowadzono motyw, który wymyka się wcześniejszym konstrukcjom. W dodatku uczucie Bronte do Goldberga albo po prostu jej gra z nim, zdawało się być intrygujące.
Wielki finał
Później jednak moja ekscytacja ponownie spadła. Sam wątek relacji Joe i Kate przez cały sezon zupełnie mnie nie zaciekawił. Powroty Nadii i Marienne, które wspólnie z Kate pragną się zemścić lub po prostu zabić głównego bohatera, przy okazji ostrzec Bronte, nie wniosły za wiele do ostatnich odcinków. Pod koniec dziewiątego epizodu Joe zostaje uratowany przez Bronte z płonącego budynku, oświadcza się jej i możemy przejść do ostatniego, wielkiego finału. 3/4 czwarte last odcinka trzyma naprawdę wysoki poziom, twórcy dobrze budują napięcie. Okazuje się, że Bronte wszystko ukartowała w imię zemsty i zebrania informacji o prawdziwych okolicznościach śmierci Guinervere.
Time to say goodbye
Na marginesie, nie uważacie, że to trochę naciągane? Ta cała intryga Bronte, aby tylko dowiedzieć się, w jaki sposób zginęła Guinervere? W retrospekcjach z szóstego odcinka widzimy, że relacja Bronte z Guinervere nie była specjalnie zażyła. Ot, miła i wyrozumiała wykładowczyni i jej ambitna, trochę niedowartościowana kursantka. Nie do końca to stawia w dobrym stanie psychikę Bronte (przez co zaczynam obawiać się jednej rzeczy, o której w kolejnym akapicie). Rozmowa telefoniczna Joe z synem, który wykrzykuje ojcu, że ten jest potworem, to mocny, poruszający moment, i na tym kończy się moim zdaniem wysoka ocena dla finału.
Czy to był happy end?
W ostatnich fragmentach jesteśmy świadkami walki pomiędzy Joe i Bronte. Mężczyzna błaga kobietę o śmierć z jej rąk, aby nie musiał iść do więzienia. Ostatecznie zostaje pojmany przez funkcjonariuszy prawa i surowo osądzony. W tym wszystkim nie pasowała mi sekwencja uśmiechniętej Bronte, która opowiada o „fajniusim” życiu pozostałych bohaterów. Nawet jeśli popełniali przestępstwa (czasem bardzo poważne) wyszli na prostą i cieszą się swoim udanym i pięknym życiem. Ładne obrazki, gra muzyczka, trochę w stylu młodzieżowych komedii z młodą Lindsay Lohan – dla mnie zero matchingu z klimatem produkcji.
Oby bez spin-offów
Do tego Bronte przejmująca narrację w miejsce Joe i kończąca historię słowami, że sama nie wie, co z nią dalej i kim będzie w przyszłości. Hmm, jakoś dziwnie pachnie mi to próbą robienia spin-offu z nią w roli głównej i dalszego grzebania się w historii Goldberga. Uśmiercenie Joe w czwartym sezonie lub nawet jego spłonięcie w podziemnej „bibliotece” w tej serii, zdecydowanie bardziej wpisywałoby się w ogólny wydźwięk produkcji, aniżeli skazanie go na dożywocie w więzieniu. Przez cały czas główny bohater zabijał bezrefleksyjnie, beznamiętnie, więc i jego koniec powinien być też taki, pozbawiony moralitetu.
Koniec? I dobrze
Paradoksalnie piąty sezon nie wniósł niczego znaczącego do historii Joe Goldberga. Poza jego ostatecznym ukaraniem i psychicznym ciosem, który otrzymał od własnego syna. Dlatego dobrze, że to już koniec i Joe nie napotka na swojej drodze kolejnej, biednej i bezbronnej kobiety, którą musi uratować przed całym światem. W imię bardzo dobrych pierwszych sezonów, mam nadzieję, że nie dostaniemy spin-offu z Bronte albo z synem Joe, który już jako dorosły mężczyzna będzie naśladował czyny swojego ojca. Dajmy głównemu bohaterowi po prostu odejść w spokoju.
Świetna recenzja, w punkt! Fabuła napisana na kolanie, jednak na dopięcie ostatniego guzika może być. Mam nadzieję, że Netflix nie ulegnie zapachowi pieniądza jak przy Domu z papieru i takim akcentem – lepszym czy gorszym, zamknie historię bez zbędnej kombinacji.