Wszystkim polskim kaczkofanom przyszlo żyć w naprawdę obfitych czasach. Nie dość, że kioski tradycyjnie zalewają kolejne tomy „Gigant Poleca”, „Megagiga”, „Mamutów” czy wydania specjalne, takie jak „Gigant Poleca Special” i „Gigant Poleca Extra” (kreatywność tychże nazw, doprawdy, nie zna granic), to regularnie ukazują się również wielkoformatowe, staranne wydania kolekcji dla największych fanów, takie jak „Kaczogród” Barksa (którego 21. tom recenzowałem tutaj) czy właśnie „Włoski skarbiec” – zbiór komiksów ze świata Kaczora Donalda i Myszki Miki stworzonych przez najsłynniejszych włoskich rysowników Disneya. Tom czwarty, będący przedmiotem poniższej recenzji, wchodzi w skład serii poświęconej konkretnie twórczości Giorgio Cavazzano – kultowego twórcy, który nie tylko dołożył sporą cegiełkę do mitologii świata znanych bohaterów, ale również wzbogacił ją o wizerunki własnych. Czy sprawia to, że najnowsza odsłona „Włoskiego skarbca” to pozycja jedynie dla zatwardziałych fanów, czy może stanowi ciekawą odskocznię i dla tych, którzy po „kaczki” sięgają sporadycznie?
Kaczka po włosku
Czwarty tom serii „Włoski skarbiec” koncentruje się na twórczości Cavazanno powstałej na przełomie wieku, w latach 1995-2005. Jak informuje nas wstęp, jest to niezwykle istotna dekada w karierze włoskiego rysownika, gdyż to właśnie wtedy jego plansze i obrazy zaczęły cieszyć się międzynarodową sławą. Zawarte w czwartym tomie historie doskonale pokazują zresztą, dlaczego. Zbiór otwiera „Oscar stulecia”, komiks okolicznościowy z Kaczorem Donaldem powstały z okazji stulecia kinematografii; następnie przechodzimy do „Komisarza mimo woli”, komedii kryminalnej osadzonej w przestępczym świecie Myszki Miki, potem udajemy się wraz ze Sknerusem i siostrzeńcami na poszukiwanie Złotego Nilu w klasycznie przygodowym „Zimna woda złota doda”, a całość domyka utrzymana w podobnym klimacie egzotyczna historia z Mikim i Goofym zatytułowana „Kolos z Rodos”. Urozmaicenie stanowią również typowo humorystyczne, jednostronicowe one-shoty z Donaldem i Dziobasem.

Brzmi jak miszmasz? Brzmi i jest. W przeciwieństwie do zbiorów poświęconych Barksowi i Rosie, którzy zajmowali się nie tylko oprawą graficzną, ale i scenariuszem, opowieści zawarte we „Włoskim skarbcu” łączy jedynie osoba rysownika. I choć Cavazanno dokłada do nich swój charakterystyczny sznyt, w ostatecznym rozrachunku jest on zaledwie „ołówkiem” w rękach zgoła odmiennych od siebie scenarzystów, co jest w tym konkretnym tomie mocno wyczuwalne. Teoretycznie samo w sobie nie jest to koniecznie minusem – w końcu „Włoski skarbiec” stawia sobie za cel przybliżenie twórczości włoskich rysowników, tylko tyle i aż tyle – ale osobiście bardziej przemawiają do mnie kolekcje skupione wokół konkretnych twórców lub tematów, w których możemy eksplorować podobne wątki myślowe lub ewolucje artystyczne, a nie tylko solidny, przyjemny dla oka sposób szkicowania.
Wszystkie smaki pizzy na raz
To właśnie jedyny w swoim rodzaju charakter opowieści Barksa czy Rosy sprawia, że ich kolekcje cieszą się tak dużą popularnością po dziś dzień. Po lekturze czwartego tomu „Włoskiego skarbca” trudno w zasadzie wskazać mi cechy, które świadczyłyby o unikalności komiksów Cavazzano. Jasne, talentu nie można tu odmówić, ale ładnie narysowane postaci mamy też w cudownie chaotycznych „Gigantach”, a seria skupiona wokół włoskich twórców kosztuje jednak zauważalnie więcej. I widać tę różnicę w jakości „książkowego” wydania na śliskim papierze, ale niestety nie widać w jakości najważniejszego, czyli samych komiksach, którym, wydanym w taki sposób, brakuje spójności.
Nie zrozumcie mnie źle – „Zimna woda złota doda” to niekwestionowany klasyk, a „Komisarz mimo woli” przyjemnie różni się od „typowych” historii w świecie Mikiego, ale to w moim odczuciu nieco za mało, by uzasadnić sięgnięcie po ten konkretny tom w gąszczu innych – zwłaszcza, że obie te historie były już przedrukowane w Polsce. W zasadzie jedyną nowość (poza dwoma historyjkami jednostronnymi) stanowi „Oscar stulecia”, który z racji na swój okolicznościowy charakter faktycznie stanowi kolekcjonerską gratkę i może stanowić argument dla zatwardziałych fanów. Lecz to zaledwie poprawna historia, która nie ma w sobie na tyle charakteru, byśmy chcieli sięgać po nią ponownie. Nowy bohater, reporter Kwazek, to nic więcej jak mniejsza kalka Donalda; już przedstawiony w „Komisarzu mimo woli” Franc Mauer jest nieco ciekawszy, ale pojawia się zaledwie na chwilę, a trzecia nowa postać, Eustazja, to w zasadzie nastoletni Indiana Jones w spódnicy. I nie chodzi o to, że doszukuję się głębi w komiksach dla młodszych ode mnie odbiorców, ale każdy kaczkofan wie, że najlepsze historie pozostają z nami na dłużej właśnie dzięki unikatowemu podejściu do pozornie prostych opowieści. I choć niezawodny przekład Jacka Drewnowskiego w całym zbiorze jak zwykle daje radę, to czwarty tom „Włoskiego skarbca” odznacza się raczej nijakim humorem, który co prawda podniesie nam kąciki ust w górę, lecz nigdy nie wzbudzi większych emocji.

I taki właśnie jest czwarty tom „Włoskiego skarbca” – do bólu poprawny i może nie zły, ale też niespecjalnie dobry. Wartości na pewno dodają ustępy poświęcone karierze Cavazanna i przedruki jego szkicownika, ale mięso, czyli same komiksy, nieco zawodzą i niespecjalnie przekonują do sięgnięcia po kolejne tomy. Może gdyby zebrać je bardziej tematycznie, np. w sagę typowo przygodową i typowo kryminalną, to cechy charakterystyczne tego rysownika wybrzmiałyby lepiej. W obecnym wydaniu nieco gubią się w morzu scenariuszowej przeciętności. Niemniej jeśli zależy wam na lekkich, sympatycznych historyjkach w naprawdę dobrej kresce, to raczej nie powinniście być czwartym tomem „Włoskiego skarbca” zawiedzeni, choć wydaje mi się, że kaczkofani w 2024 mogą przebierać w ciekawszych propozycjach na rynku ze świata Donalda czy Mikiego.
Komiks do recenzji otrzymaliśmy w ramach współpracy ze Egmontem i filią Świat Komiksu, za co serdecznie dziękujemy. Recenzowany komiks znajdziecie na stronie wydawnictwa.
Zobacz również: „Joker: Świat”. Multikulturowa maska błazna [RECENZJA]