„Dziki robot” („Wild Robot”) to najnowsza produkcja wyreżyserowana i napisana przez Chrisa Sandersa, reżysera odpowiedzialnego m.in. za stworzone dla Disneya „Lilo & Stitch” oraz dreamworksowe „Jak wytresować smoka” i „Krudów”. Tym razem twórca bierze na warsztat bestsellerową powieść Petera Browna o tym samym tytule, opowiadającą o zaawansowanym technologicznie robocie, który próbuje przetrwać w surowych warunkach bezludnej wyspy. DreamWorks Animation, studio odpowiedzialne za „Dzikiego robota”, ma za sobą bogate, ale nierówne portfolio filmów pełnometrażowych. Gdzie więc plasuje się ich najnowsza produkcja i czy faktycznie, jak donoszą opinie zza oceanu, mamy do czynienia z jedną z najlepszych animacji roku?

Comeback story DreamWorks Animation

Uwielbiam, jak w ostatnich latach animacyjna gałąź DreamWorks wraca do łask. Studio, które kiedyś zafundowało nam klasyki rzędu „Shreka” i „Madagaskaru”, w dekadzie 2010-2020 niemal zniknęło z radaru widowni i krytyki, rozmieniając się na drobne. Jasne, „Trollom” czy licznym serialowym spin-offowom takich marek jak „Kung fu Panda” czy „Jak wytresować smoka” trudno odmówić sukcesu, lecz sama technika animacji studia stanęła w miejscu, a jakość kinowych produkcji tego okresu (no, może poza „Jak wytresować smoka 2”, które niesłusznie przegrało Oscara z „Wielką szóstką”) znacznie odbiegała od flagowych poczynań konkurencji. W ostatnich latach sytuacja jednak wyraźnie ulega zmianie; sequel „Krudów” (2020) był przyjemnie kolorowy i radosny, „Bad Guys” to udana komedia kryminalna z eksperymentalną techniką animacji, a kontynuacja „Kota w butach”, znacznie lepsza od poprzednika, skradła serca widowni. Co prawda mieliśmy po drodze dosyć nijaką „Miss Kraken. Ruby Gillman”, ale powyższe – wraz z całkiem niezłą „Kung fu Pandą 4” – skutecznie zamazały złe wrażenie. „Dziki robot” za to dobitnie pokazuje, że nie można DreamWorks spisywać na straty, a studio skutecznie wróciło, aby uszczknąć tort Disneyowi w półświatku mainstreamowej animacji. I bardzo dobrze!

Mój sąsiad Roz

Fabuła przenosi nas w bliżej nieokreśloną przyszłość i koncentruje się na ROZZUM 7134, jedynym ocalałym egzemplarzem partii dostawczej nowoczesnych robotów, które rozbiły się o brzeg bliżej nieokreślonej wyspy na środku oceanu. Na skutek tych wydarzeń robotka o żeńskim głosie, nieprzystosowana do funkcjonowania w warunkach tropikalnych bez obecności ludzi, usiłuje znaleźć swoje miejsce wśród okolicznej flory i fauny. „Roz”, jak sama zaczyna siebie nazywać, nie zostaje jednak początkowo przyjęta przesadnie ciepło przez zwierzynę z racji na swój ekscentryczny charakter. Na skutek nieszczęśliwego wypadku pod opiekę Roz trafia Jasnodzióbek – osierocone gęsie pisklę, które dopatruje się w robotce rodzicielki. Tym samym Roz będzie musiała nie tylko obejść swoje oprogramowanie, aby przetrwać w dziczy, ale również stanąć na wysokości zadania jako świeżo upieczona matka.

Roz, tytułowy „Dziki robot”, w towarzystwie przyjaciół – Kapusia i Jasnodzióbka

Reżyser Chris Sanders od początku nie krył swoich inspiracji klasycznymi animacjami Disneya i twórczością studia Ghilbi, i jest to w warstwie wizualnej „Dzikiego robota” widoczne praktycznie od początku. Jak określił to sam Sanders, twórcom zależało na uzyskaniu efektu na wzór „Moneta malującego obraz w lesie stworzonym przez Miyazakiego”, co oznacza, że w przypadku nowego filmu DreamWorks bardzo dużą uwagę przyłożono do ręcznie rysowanych scenerii. To oczywiście wciąż animacja 3D, lecz podobnie jak w nowym „Kocie w butach” i „The Bad Guys”, animatorzy z DreamWorks po raz kolejny odważnie eksperymentują z warstwą wizualną, nadając filmowi charakterystyczny i unikatowy artystyczny sznyt. I po raz kolejny to podejście bardzo im się sprawdza. Podczas gdy „W głowie się nie mieści 2i wszystkie współczesne animacje Disneya generalnie trzymają się podobnej estetyki – no, „Życzenie” próbowało nieco się odróżnić, ale był to film zbyt nijaki, by na dłuższą metę ktoś tę próbę docenił – „Dziki robot” jest satysfakcjonująco zróżnicowany wizualnie, ciesząc wzrok od pierwszych scen. Produkcja jest kolorowa, widowiskowa i estetycznie spójna, co tym bardziej robi wrażenie, gdy spojrzymy na budżet. „Wild Robot” kosztował „zaledwie” 78 mln dolarów, czyli taniej, niż każda inna mainstreamowa animacja tego roku (poza sequelem „inside Out” biorę tu pod uwagę również nowe wizualnie statyczne „Minionki” i nie-za-ładnie zanimowany „Transformers: Początek”). Widać więc jak na dłoni, że przekonująca wizja artystyczna zawsze zwycięży z kolosalnym budżetem. Sanders, wykorzystując doświadczenie nabyte z produkcji „Lilo i Stich” oraz „Jak wytresować smoka”, po raz kolejny opiera swój film na ekscentrycznej, wiodącej postaci tytułowej (w tym wypadku będącej robotem), nadając jej jednocześnie unikalny, wizualny charakter, w którym widać echa zarówno „Mojego sąsiada Totoro”, jak i „Stalowego giganta”. A wszystko to za mniejsze pieniądze, niż w tym samym czasie poczyna sobie konkurencja.

Zaprogramuj się na bliskość

Lecz „Dziki robot”, choć wygląda świetnie, jest przede wszystkim historią, którą zamiast oczyma pojmuje się sercem. Nowa propozycja DreamWorks to film wysoce urokliwy i wrażliwy, który – co najważniejsze – nigdy nie rezygnuje ze swojej największej siły, czyli kameralnej, opartej na bohaterach opowieści o zjednaniu i wyrażonej oraz nazwanej, nie tylko obdarzonej miłości. Choć punkt wyjścia fabularny sugeruje nieco bogatsze rozwinięcie świata przedstawionego (skąd wzięło się takie zapotrzebowanie na nowoczesne roboty? Jaka jest sytuacja ludzkości?), „Dziki robot” dosyć po macoszemu traktuje tło całej opowieści, nie odciągając uwagi widza z sedna, czyli rozwoju Roz na drodze do stania się pełnoprawną, odczuwającą jednostką. I to, paradoksalnie, nie jest wadą; wszystko, co dzieje się wokół można z łatwością dopowiedzieć we własnym zakresie (zresztą zrobi to pewnie dopiero co zapowiedziany sequel), a najważniejsze, czyli wielowymiarowa podróż Roz, swoją udaną egzekucją udowadnia, że zasługuje na jak największą część metrażu. Przypomina mi to nieco „WALL-E”, w którym Andrew Stanton również oddał pierwsze skrzypce duetowi głównych bohaterów, z całego serca wierząc, że ich ekranowa magia bez reszty porwie widownię. I tak samo jest w „Dzikim robocie”, z tym, że zamiast zauroczonych robotów mamy tu robotkę adaptującą się do zwyczajów gęsi, lisów i innych, przede wszystkim leśnych zwierząt. Trochę w tym wszystkim „Zwierzogrodu”, przynajmniej jeśli chodzi o aspekt przedstawienia struktur społecznych antropomorficznych mieszkańców, lecz film Sandersa znacznie bardziej stawia na niczym niezmącony obraz funkcjonowania zwierząt w dziczy. Tutaj przeciwnikiem nie jest żaden mastermind, a… nadchodząca i dla wszystkich tak samo niszczycielska zima. I jasne, mamy tu co prawda „obowiązkowe starcie z przeciwnikiem, lecz skupienie reżysera nigdy nie odchodzi od postaci i ich własnej, wszechogarniającej walki z żywiołem. Walki, w której nawet technologia zdaje się być bezradna – chyba, że zrezygnuje z nowoczesnych rozwiązań na rzecz pielęgnacji pierwotnych instynktów. 

Jedna z pierwszych grafik promujących film

I taka, a nie inna formułą skutkuje nie tylko zabawnym i rozczulającym, ale przede wszystkim bardzo wartościowym seansem. Seansem stanowiącym perłę nie tylko na tle innych animacji z tego roku, ale i całego dotychczasowego dorobku studia. „Dziki robot” porusza tematy nie tylko związane z naturą i wyzwaniami rodzicielstwa, ale również międzyrasowej integracji w obliczu zagrożenia, trudności w wyrażaniu jeszcze trudniejszych uczuć czy przekraczania granic własnej natury w imię wyższego i naszego dobra. To film, który można rozpatrywać zarówno jako parabola na temat coraz bardziej podzielonego społeczeństwa, jak i prosta metafora o akceptacji osobników „zaprogramowanych inaczej – i nieważne, czy pod cudzysłów podepniemy np. różnice wychowawcze, czy neuronowe, bo w każdej z tych perspektyw „Dziki robot” działa niesamowicie dobrze jako seans empatyczny i niewykluczający. A przy tym nie można zapomnieć, że to nadal przede wszystkim kolorowa i energiczna animacja pełna humoru i serca. W doniesieniach, że DreamWorks powrócił z animacją roku, nie było przesady – mam głęboką nadzieję, że ten jakościowy comeback story zostanie w przyszłym roku ukoronowany w pełni zasłużonym Oscarem. A nawet, jeśli nie, to jako widownia tak czy siak zwyciężyliśmy, bo takiej przygody, jak ta w „Dzikim robocie”, już nikt naszym wspomnieniom nie odbierze.

A, i byłbym zapomniał – do filmu nagrano również świetną piosenkę „Kiss the Sky” autorstwa Maren Morris. Świetna rzecz, w polskiej wersji językowej nie wyszła tak dobrze, jak w oryginale. Serdecznie polecam ją waszej uwadze.

Ocena: 9/10

Zobacz również: „Beyond Good & Evil: 20th Anniversary Edition”. Walka z systemem [RECENZJA]

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
trackback
1 rok temu

[…] Moja pełna recenzja: „Dziki robot”. Zaprogramuj się na bliskość [RECENZJA] […]

O Autorze

Picture of Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy