Don’t Nod, developer pierwszych dwóch odsłon popularnej serii „Life is Strange”, powraca z nowym tytułem. „Lost Records: Bloom & Rage” bez wątpienia czerpie z duchowego dziedzictwa historii o Max Caulfield i rodzeństwie Diaz, lecz w nowej grze studia – mimo sięgnięcia po kilka starych, zarówno narracyjnych, jak i wizualnych sztuczek – nie zabrakło również interesujących nowości. „Tape 1”, czyli pierwsza z dwóch zaplanowanych części gry, trafiła do sprzedaży na PC, PlayStation 5 i Xbox Series w drugiej połowie lutego, a premiera kolejnej zaplanowana jest na kwiecień. Jeśli jesteście ciekawi opinii na temat pierwszego epizodu „Lost Records: Bloom & Rage” od fana, który na przygodowych grach Don’t Nod swego czasu zjadł swoje nastoletnie zęby, zapraszam do poniższej recenzji.

O Don’t Nod słów kilka

Dontnod (a raczej, od ostatniego rebrandingu: DON’T NOD) to francuskie studio, które od samego początku swojego istnienia oferuje graczom zróżnicowane gry dla pojedynczego gracza nastawione przede wszystkim na fabułę. Spod ich szyldu ukazały się m.in. takie produkcje jak „Remember Me” (cyberpunkowy action adventure wydany we współpracy z Capcomem), „Vampyr” (bardzo ambitny w założeniach RPG, przy którym DN połączyło siły z Focus Home Interactive) czy „Tell Me Why” – epizodyczna przygodówka, opowiadająca burzliwą historię pojednanego po latach rodzeństwa. Najjaśniejszą perłą w koronie wydawniczej DON’T NODu niezmiennie pozostaje jednak seria „Life is Strange”, z czego to właśnie francuscy developerzy odpowiadają za produkcję wydanych przez Square Enix pierwszych dwóch odsłon cyklu. Gracze na całym świecie pokochali przygody Max Caulfield, w której to tajemnica zaginięcia koleżanki z ławki oraz elementy nadnaturalne przeplatały się z nastoletnimi rozterkami i uniwersalną opowieścią o dorastaniu. I choć sama fabuła do dziś wzbudza żywe emocje, w przypadku „Life is Strange” Don’t Nod wypracowało sobie również charakterystyczną estetykę i wrażliwość wizualną, w ramach której opowiadane przez nich historie o nastolatkach wiążą się również z zapadającym w pamięć soundtrackiem (złożonym głównie z indie rocka) oraz dużym przyłożeniem do relacji między bohaterami. Teraz, 6 lat po wydaniu ostatniego odcinka „Life is Strange 2”, Don’t Nod (a konkretniej: filia Don’t Nod Montreal) zdecydowało się nieco powrócić do swoich korzeni, tworząc „Lost Records: Bloom & Rage” – podzieloną na dwie części narracyjną grę przygodową, w której poznajemy historię czterech przyjaciółek w dwóch liniach czasowych. Oznacza to, że z perspektywy Swann – głównej bohaterki – obserwujemy losy paczki zarówno w chwili obecnej oraz przed 27 laty, kiedy to ich losy splotły się w trakcie pamiętnego lata roku 1995.

Pozostaje więc pytanie – czy w przypadku zupełnie nowego tytułu studio udało się odtworzyć niepowtarzalną magię towarzyszącą wokół wydania „Life is Strange”, czy może zaproponowali nam jednak coś nieco odmiennego? Lecz przede wszystkim – czy jest to gra warta uwagi, zarówno dla fanów „LiS”, lecz nie tylko? Przyjrzyjmy się bliżej temu, co Don’t Nod ma do zaoferowania graczom w przypadku pierwszej z dwóch części zupełnie nowej serii.

Kadr z gry „Lost Records: Bloom & Rage"
Jedno z najbardziej charakterystycznych wizualnie momentów gry, który zdobi również menu główne

Tamte dni, tamte noce

Fabuła „Lost Records” przenosi nas do fikcyjnego miasteczka Velvet Cove, w którym poznajemy Swann – 16-letnią, aspirującą reżyserkę, będącą jednocześnie główną bohaterką opowieści. Dziewczyna, szykując się do nieuchronnej przeprowadzki do większego miasta, zabija czas głównie na włóczeniu się po okolicy oraz odwiedzaniu ulubionej wypożyczalni kaset VHS. Nieodłącznym towarzyszem eskapad Swann jest jej kamera, za pomocą której bohaterka nagrywa każdy interesujący element otoczenia, chcąc zarejestrować na taśmie esencję Velvet Cove i zgromadzić w ten sposób wspomnienia z ostatniego spędzonego tam lata. W trakcie jednych z tych upalnych dni, po których nie wydaje się, by miało wydarzyć się cokolwiek interesującego, Swann poznaje Kat, Autumn i Norę – zbuntowane rówieśniczki, skupione przede wszystkim na rozwoju amatorskiej kapeli rockowej. Czworo dziewczyn zaczyna spędzać ze sobą coraz więcej czasu, nie wiedząc jeszcze, że wydarzenia pamiętnego lata zwiążą je ze sobą już na zawsze. Gdy Swann powraca w rodzinne strony 27 lat później, przeszłość wciąż daje o sobie znać, a przyjaciółki zmuszone będą powrócić wspomnieniami do pozornie beztroskich, letnich dni, aby znaleźć odpowiedzi na pytania trapiące je w chwili obecnej już jako dorosłe, ustatkowane kobiety. 

Od pierwszych chwil spędzonych z „Lost Records” czuć, że Don’t Nod nie tylko wyraźnie kontynuuję estetykę znaną z „Life is Strange”, ale czyni z niej również wyraźny trzon tożsamości swojego nowego tytułu. Swann, podobnie jak Max, to nerd i outsiderka (w sumie czy tak się jeszcze mówi w 2025 roku?), której dynamika polega w gruncie rzeczy na tym, że zderzona zostaje z nowo poznanymi, śmielszymi od niej przyjaciółmi. Oczywiście w tle raz za razem przygrywa dream pop (soundtrack oryginalny robi robotę, ale i piosenki na licencji, jak na to studio przystało, dobrane są wyśmienicie, żeby wspomnieć tu tylko chociażby utwory Dø czy Beach House), Swann rzuca na prawo i lewo nawiązaniami do popkultury lat 90., a nad postaciami – mimo letniej sielanki – wyraźnie wisi widmo tajemniczych, niełatwych wydarzeń, z którymi wkrótce przyjdzie im się zmierzyć. Dorzućmy do tego dialogi (pełne gdzieniegdzie rozterek charakterystycznych dla okresu dojrzewania), możliwość kształtowania swoich relacji z pozostałą częścią grupy, okazjonalne zażenowanie i spającą to wszystko główną tajemnicę, i voila, otrzymamy właśnie pierwszą z części „Bloom & Rage” w dużym, poligraficznym skrócie. 

James Cameron przy swoich Na’Vi nie powstydziłby się takiego ujęcia

Lecz czy to źle? Zupełnie nie; studio po prostu wie, w jakich produkcjach czuje się dobrze, i dostarcza swoim fanom więcej tego, za co tak ich pokochali. Nie bez powodu już na samym początku mamy możliwość dogłębnego przeszukania całego pokoju Swann z licznymi mniej lub bardziej ukrytymi ciekawostkami (hello, Blackwell Academy), a znaczna część naszej satysfakcji wynikającej z czasu spędzonego przy grze wynikać będzie z tego, jak dogłębnie zdecydujemy się poznać otaczający Swann świat. I pod tym względem „Bloom & Rage” bardzo wyraźnie błyszczy, ciesząc dopracowaniem i zawartością. Choć twórcy początkowo zapowiadali, że pierwsza z części starczy na ok. 5 godzin zabawy, nieśpieszne ukończenie „Tape 1” zajęło mi 7 godzin – a czas ten z łatwością można wydłużyć, jeśli jeszcze bardziej zagłębimy się w opcjonalne interakcje czy szukanie sekretów. Rzadko zdarza się, by faktyczny czas spędzony z tytułem przewyższał szacunki podawane przez developerów, tym bardziej więc należy to podkreślić – zwłaszcza, że tytuł wyceniony jest w ofercie premierowej na 40 USD (w Polsce 184,99 zł), a w cenie tej zawiera się jeszcze jeszcze drugi, prawdopodobnie tak samo obszerny (jak nie bardziej) odcinek.

Z kamerą w dziewczyński świat

No dobrze, ale na co właściwie przeznaczymy ten czas? Innymi słowy – jak w „Lost Records” wygląda sama rozgrywka? Choć Swann nie posiada supermocy w konwencjonalnym znaczeniu, jej największą siłą i pasją jest kamera. Oznacza to, że między wyborami opcji dialogowych i eksploracją z okazjonalnymi zagadkami logicznymi, naszym głównym zadaniem będzie wnikliwe obserwowanie otoczenia i nagrywanie interesujących scen, które następnie zmontujemy w krótki film. Będą to filmy o dosłownie wszystkim – nagrania z próby zespołu Nory i Autumn, zwiedzanie tajemniczej, opuszczonej chatki w środku lasu czy próba wyreżyserowania teledysku z prawdziwego zdarzenia. Mechanika ta jest bardzo prosta, ale potrafi sprawić sporo satysfakcji – jest coś urokliwego w fakcie, że nasze własne, małe dzieło staje się w pewien sposób integralną częścią rzeczywistości bohaterów. Choć szkoda, że możliwości montażu są tak ograniczone – nagrywane przez nas fragmenty zawsze mają narzuconą, taką samą długość, a sklejenie z nich materiału nie pozwala na ingerencję w indywidualne klipy, a jedynie ułożenie ich w pożądanej kolejności. Mimo tego, wcielanie reżyserskich zapędów Swann w życie jest interesującym sposobem na sprowokowanie gracza do uważnego zapoznania się ze światem przedstawionym, a przede wszystkim – do zacieśniania relacji z otoczeniem i pozostałymi członkami grupy. Bo o to właśnie chodzi w „Lost Records” – o immersyjne doświadczenie nawiązywania dziewczęcej, ale przede wszystkim nastoletniej przyjaźni, z całymi jej dobrodziejstwami.

Swann, główna bohaterka „Lost Records”, wychodzi z założenia, że dobry materiał można nagrać w każdej porze

Powiem więcej – twórcom tak bardzo zależy na tym, byśmy wczuli się w historię młodych dziewcząt spędzających razem wakacje, że to właśnie na prozaicznych, beztroskich czynnościach upływa nam lwia część rozgrywki pierwszego z epizodów „Bloom & Rage”. Razem z przyjaciółkami wybierzemy się m.in. na nocną eskapadę po lesie, zagramy punkowy koncert przed okolicznym pubem czy powłóczymy się po plaży, rozmawiając o przeszłości i przyszłości. Oczywiście, w zależności od prostych wyborów dialogów czy interakcji, będziemy przy tym zdobywać punkty sympatii u poszczególnych członkiń grupy, dowiadując się o nich coraz więcej. W tym przypadku Don’t Nod, które jest jednocześnie twórcą i wydawcą tytułu, w stu procentach korzysta z artystycznej wolności. Tym samym widać, dlaczego zdecydowano się podzielić całość na zaledwie dwa, a nie, jak w przypadku „Life is Strange”, pięć odcinków. I, jak się domyślam, wynika to najprawdopodobniej z tego, że twórcy nie chcieli czuć przymusu szpikowania swojej historii cliffhangerami i rozpisywania scenariusza na podobnej długości segmenty. Zamiast tego mamy do czynienia z grą, która nigdzie się nie śpieszy, co w przypadku  „Lost Records: Bloom & Rage” jest mieczem obosiecznym.

Jedną z głównych bohaterek, Autumn, poznajemy również w jej dorosłej wersji

Bo z jednej strony trudno nie docenić produkcji, w przypadku której studio może w dowolny sposób realizować swoją wizję, z drugiej – tempo rozwijania się narracji jest bardzo powolne, co nie zawsze sprzyja samej historii. Doskonałym tego przykładem jest współczesna linia czasowa, w której bohaterki spotykają się ze sobą po latach, czego bezpośrednim powodem jest otrzymana przez jedną z nich tajemnicza przesyłka z inicjałami ich młodzieńczego zespołu. W pierwszym odruchu oczywiście wzbudza to naszą ciekawość i stanowi bardzo intrygujące wprowadzenie do całości, lecz szybko orientujemy się, że nie mamy do czynienia z tytułem, który zechce szybko odpowiedzieć na postawione pytania. Stąd warto podejść do „Bloom & Rage” z odpowiednim nastawieniem, nie oczekując szybkiego rozwoju akcji – ba, gdybym wiedział wcześniej, w jakim momencie pozostawi mnie historia, prawdopodobnie sam zdecydowałbym się poczekać na premierę drugiego odcinka, by zagrać w obie połówki bez dwumiesięcznej przerwy. Prawdopodobnie będzie to bardziej pełne i satysfakcjonujące doświadczenie, co nie znaczy, że „Tape 1” samo w sobie nie ma wielu ciekawych rzeczy do zaoferowania. 

„Feels like a coming of age”, czyli kompetentna opowieść o dorastaniu

Developerowi, jak to ma w zwyczaju, po raz kolejny udało się bardzo dobrze napisać i wykreować nastoletnich bohaterów. I jest to nie tylko zasługa przekonujących scenarzystów (w składzie Desiree Cifre, Jeana-Luc Cano i Niny Freeman), ale również samych projektów postaci, w przypadku których postawiono na naturalność i realizm. Stąd Swann jest wyraźnie okrąglejsza od koleżanek, Kat – swoim niewielkim wzrostem i baby face’em – przypomina nam, że nie każda 16-latka musi wyglądać, jakby w adaptacji serialowej miała zagrać ją kobieta po trzydziestce, a twarz Nory przyozdobiona jest wyraźnym trądzikiem. Również dialogi czy reżyseria potęgują wrażenie, że mamy do czynienia z naprawdę szczerą i zrealizowaną od serca historią coming of age. I jasne, zawiera ona pewne oczekujące jeszcze odpowiedniego rozwinięcia elementy tajemnicy (bardzo zresztą obiecujące), ale nie zmienia to faktu, że „Lost Records: Bloom & Rage” opiera się niemal w całości na swoich bohaterach i towarzyszących im rozterkach. 

Kat, jedna z głównych bohaterek „Lost Records: Bloom & Rage”

Twórcy śmiało wmiksowują w swój tytuł takie tematy, jak strach przed dorastaniem, tęsknota za nieznanym czy niełatwe relacje rodzinne, niejako mityzując przy tym sam proces zacieśnienia się ludzkich więzi . Nie tylko dobrze wiąże się to z dwutorowością narracji (w końcu bohaterki w toku gry przypominają sobie chwile z nastoletnich lat, nie dziwi więc, że pewne chwile jawią się na bardziej magiczne niż prawdopodobnie były w rzeczywistości), ale dodaje również grze jej własnego, charakterystycznego uroku. Ostatecznie „Lost Records” udaje się na tyle dobrze wypracować własną stylistykę i unikalny charakter, że gra broni się przed potencjalnymi zarzutami podobieństw do „Life is Strange” tym, jak dużo czasu pozwala nam spędzić z bohaterami w sytuacjach, w których niekoniecznie ważą się losy świata. To opowieść o znacznie mniejszej skali, niż początkowo moglibyśmy się spodziewać. Choć wiadomo, że w czasach liceum, gdy niepożądany pryszcz jawi się jako katastrofa na skalę globalną, o takie sytuacje dosyć trudno. I to też twórcy zdają się doskonale rozumieć – nie bez przyczyny w jednym z fragmentów dostajemy misję włamania się na tyły okolicznego pubu, aby przygotować się do wspomnianego wcześniej koncertu. Wymalowani przy tym niczym Tokio Hotel. Bo tak, to właśnie JEST kwestia życia śmierci.

Szykowanie się do występu to nie przelewki

Trudne do ugryzienia relacje i znikome wybory

Całościowo moje wrażenia są pozytywne, choć znalazło się w grze również kilka wyraźnych wad. Przede wszystkim – nie do końca rozumiem system relacji i byłem bardzo zdziwiony, gdy w podsumowaniu moje „punkty sympatii” przedstawiały się nieco inaczej, niż bym chciał w trakcie rozgrywki. Jest to dosyć mało intuicyjne i nie zawsze wiadomo, która z wybranych opcji dialogowych przypadnie do gustu konkretniej z dziewczyn. Złośliwi powiedzą, że to przecież samo życie, ale zabrakło mi jednak większej przejrzystości w tym zakresie, skoro sami twórcy pozwalają nam na budowanie naszych relacji na skali od „między nami OK” do „czegoś więcej”. Również wybory fabularne, które podejmujemy, wydają się wyjątkowo małostkowe, a sama rozgrywka w gruncie rzeczy pozbawiona jest trudnych dylematów moralnych. W żadnym momencie nie zastanawiałem się dłużej, która z opcji będzie bardziej odpowiednia, co w przypadku poprzednich gier DN towarzyszyło mi dosyć często. Trudno było mi odczuć, że faktycznie kształtuję tę historię – bardziej czułem się, jakbym odgrywał małą rolę w realizacji przewidzianego odgórnie scenariusza. Niemniej jesteśmy dopiero w połowie, więc ten aspekt sprawiedliwiej będzie można ocenić dopiero po zakończeniu. Momentami zgrzytał mi też styl graficzny w otwartych przestrzeniach. „Lost Records” to pięknie zrealizowany tytuł, pełen kolorów i niejako baśniowości scenerii, lecz w pewnych momentach grafika tła i otoczenia wydała mi się aż zanadto realistyczna, co potrafiło kontrastować ze szczegółowymi, ale jednak nieco uproszczonymi wnętrzami i samymi modelami postaci. Mam wrażenie, że w tym aspekcie gra stoi nieco w rozkroku między stylem artystycznym rodem z poprzednich gier studia – gdzie od początku stawiano na pewną konwencję niczym z filmu animowanego – a nową wizją, w ramach której zachciano bardziej skorzystać z dobrodziejstw Unreal Engine 5. 

Swann, głównej bohaterce gry, możemy nawet komponować outfity

Podsumowanie po części pierwszej

„Lost Records: Bloom & Rage” – Tape 1 pozwoliło mi ponownie poczuć się jak nastolatek. Nie chodzi jednak o tematykę i historię (choć ona również odgrywa w tym swoją rolę), ale przede wszystkim o urokliwy klimat, który przypomniał mi 2015 rok, kiedy z wypiekami na twarzy wyczekiwałem kolejnych odcinków „Life is Strange”. I choć nowa produkcja Don’t Nod nie ma na ten moment w sobie aż tyle magnetyzmu, co najlepsze tytuły tego studia, stanowi bardzo interesującą i dopracowaną wizualnie propozycję dla wszystkich fanów gier narracyjnych. Gameplay, polegający głównie na tworzeniu przyjacielskich wspomnień w trakcie sobotnich wieczorów, jest bardzo odprężający – i bardzo dobrze, bo z czasem coraz bardziej doceniam gry relaksacyjne stające w opozycji do FOMO naszych czasów. Cały czas czuć jednak, że mamy do czynienia z zaledwie połową historii, dlatego też niecierpliwością wyczekuję kwietnia, aby przekonać się, jak wizja twórców realizuje się w całości.

Plansza tytułowa gry

Do pełnej oceny gry wstrzymam się do premiery całości, i podzielę się nią z wami w tekście poświęconym „Tape 2″. „Lost Records: Bloom & Rage – Tape 1″ dostępne jest do zakupu na platformach PC, Xbox Series S/X oraz PlayStation 5. Druga część będzie miała swoją premierę 15 kwietnia. Powyższa recenzja powstała na bazie egzemplarza recenzenckiego otrzymanego od wydawcy, Don’t Nod.

Przeczytaj również: Koncert Coco & Clair Clair, czyli lo-fi dream pop w warszawskich Hybrydach

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy