Choć od finału trzeciego sezonu „Białego Lotosu” minęła już chwila, Internet wciąż kipi od memów, przemyśleń i gorących wrażeń po zakończeniu kolejnej historii Mike’a White’a. Nic zresztą dziwnego – „White Lotus”, będąc początkowo „jedynie” niezwykle trafną satyrą w gwiazdorskiej obsadzie, szybko stał się jedną z najgłośniejszych produkcji współczesnej telewizji i streamingowym gigantem. Losami bohaterów przebywających w tajskim kurorcie z tygodnia na tydzień żył cały serialowy świat, stąd też nic dziwnego, że zakończenie kolejnej odsłony tego fenomenu wzbudza tak żywe emocje. Tym bardziej, że najdłuższy dotychczas, bo aż ośmioodcinkowy sezon domknął się doprawdy widowiskowo i na stałe ugruntował „Biały Lotos” jako nie tylko inteligentną komedię i studium postaci, ale przede wszystkim pełnokrwisty dramat. I może faktycznie śmiechu już tu mniej, ale refleksji, symboliki i katharsis zdecydowanie więcej, niż w poprzednich odsłonach.

Witamy w Białym Lotosie w Tajlandii!
Po Hawajach i Sycylii przyszedł czas na nową, egzotyczną lokalizację – Tajlandię, a konkretniej brzegi wyspy Ko Samui (z małą domieszką Bangkoku). Po raz kolejny jesteśmy przedstawieni zupełnie nowej grupie bohaterów z małym, ale istotnym powiązaniem z poprzednikami – tym razem w postaci przede wszystkim powracającej do swojej roli Natashy Rothwell. Belinda, opuściwszy Hawaje po wydarzeniach z pierwszego sezonu, kontynuuje swoją karierę w sektorze wellness z czystą kartą. Niestety, przeszłość szybko da o sobie znać. Wśród nowych gości tytułowego kurortu spotkamy m.in. rodzinę Rafliffów – zamożnych Tima (Jason Issacs) i Victorię (Parker Posey) oraz ich trójkę dzieci, niezdecydowanego co do swojej przyszłości Lochlana (Sam Nivola), zainteresowaną buddyzmem Piper (Sarah Catherine Hook) oraz pewnego siebie Saxona (Patrick Schwarzenegger). Podczas gdy Tim, głowa rodziny, w trakcie tygodniowego pobytu zmagać się będzie z nieustępliwymi echami zewnętrznego świata, Lochlan, Piper i Saxon coraz śmielej zagłębią się w uroki egzotycznego życia na wyspie, eksplorując przy tym własne, nieoczywiste natury. Do tajskiego „Białego Lotosu” zameldują się również trzy wieloletnie przyjaciółki, Jaclyn (Michelle Monaghan), Kate (Leslie Bibb) oraz Laurie (Carrie Coon). Wycieczka stanie się dla nich nie tylko testem charakterów, ale i dotychczasowej relacji. Wreszcie, na wyjazd we dwoje wybiorą się również Rick (Walton Goggins) oraz Chelsea (Aimee Lou Wood). On – tajemniczy, zblazowany i przybywający do Białego Lotosu z ukrytymi intencjami, ona – optymistyczna, ufna i pokładająca dużą wiarę w symbolizm oraz znaki zodiaku. Jak to w „Lotosie” bywa, i w trzeciej odsłonie dużą rolę odegra lokalna społeczność, tym razem na przykładzie wątków Gaitoka (Tayme Thapthimthong) – ochroniarza padającego ofiarą okolicznych przestępców, oraz Mook (Lalisa Manobal, szerzej znana jako Lisa, członkini grupy „Blackpink”) – wspierającej go koleżanki z pracy i obiektu westchnień jednocześnie. Oczywiście nad gośćmi pieczę sprawować będzie również tegoroczny menadżer, Fabian (Christian Friedel), choć jego rola będzie wyraźnie ograniczona względem poprzednich odsłon. Pierwszy odcinek, tradycyjnie, rozpoczyna się futurospekcją z niewyjaśnionym zgonem, po czym narracja cofa się o tydzień, aby stopniowo wyłożyć przed widzem, jak w trzecim już z rzędu „Białym Lotosie” doszło do tragedii z udziałem broni palnej. Na dopasowanie wszystkich puzzli przyjdzie nam co prawda chwilę poczekać, lecz podróż na drodze do poznania prawdy po raz kolejny dostarczy nam wiele śmiechu, scenariuszowych przetasowań oraz tonę charakterologicznej satysfakcji.
Zachodnia pustka egzystencji w Krainie Wolności
Mike White to perfekcjonista – nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ciężko w obecnym morzu seriali streamingowych znaleźć drugą tak dopracowaną produkcję, jak właśnie trzeci sezon „Białego Lotosu”. Wszystko jest tu dopięte na ostatni guzik – cierpliwe, majestatyczne zdjęcia, hipnotyzująca muzyka (następca Cristóbala Tapia de Veer będzie musiał sprostać wysoko postawionej poprzeczce), niespieszny, precyzyjny montaż czy dopracowana scenografia po raz kolejny robią piorunujące wrażenie, dając nam uczucie obcowania z absolutnym majstersztykiem produkcyjnym. I choć nadal nie mieści mi się w głowie, że zdjęcia na lokacji trwały aż siedem miesięcy, efekt tej pracy jest tu widoczny jak na dłoni. Tak, to nadal przede wszystkim serial obyczajowy, gdzie ludzie głównie rozmawiają i jedzą, ale widać, że HBO nie szczędziło tu grosza, dając przy tym pomysłodawcy, reżyserowi i scenarzyście kompletną dowolność twórczą. I Mike White skrupulatnie z tego przywileju korzysta, rozwijając historię zupełnie po swojemu. Nie znaczy to jednak, że nie mamy do czynienia z pewnym narracyjnym kluczem. Jak jakiś czas temu zapowiadał White, podczas gdy pierwsza seria skupiała się na wieloaspektowym przedstawieniu zagadnienia pieniędzy (będąc przy tym, jako jedyna, po prostu pełnoprawną satyrą na bogaczy), a druga na seksie i cielesności, trzeci „Biały Lotos” koncentruje się przede wszystkim na duchowieństwie (lub jego braku) i pojęciu religijności. Nie bez znaczenia pozostaje również wybór lokalizacji, czyli Tajlandia, często określana mianem Krainy Wolności. Leczy czy reprezentanci zachodniej pustki egzystencjalnej odnajdą się w świecie wolnym od tego, co stanowi ich codzienność, czyli presja, pogoń za sukcesem oraz szeroko rozumiana wygoda? Szybko się o tym przekonamy, a że każda fabuła „Białego Lotosu” jest tak mocna, jak bohaterowie i odgrywająca ich obsada, i tutaj nie mogło zabraknąć aktorskich fajerwerków.

Aktorskie fajerwerki. Amerykańska rodzina jak z obrazka – ale czy na pewno?
Trzeci sezon „White Lotus” miał od samego początku pod górkę, jeśli chodzi o casting. Choć obie poprzednie serie przyzwyczaiły nas już do formuły antologii (i, co za tym idzie, rotującej obsady), ciężko zastąpić tak wyraźną wizytówkę serialu, jak ikoniczna rola Jennifer Coolidge. Na szczęście White doskonale zdaje sobie z tego sprawę, i choć w tegorocznej obsadzie powielił oczywiście kilka najbardziej oczywistych tropów z poprzedników (mamy i, pozornie, douche-guya, i stającego w obliczu kryzysu ojca), znaczną część nowej ekipy stanowią świeże spojrzenia na znane archetypy postaci. I ma to sens – skoro cała trzecia odsłona serialu jest zupełnie odmienna w tonie od poprzednich (zwłaszcza im bliżej końca i w samym zakończeniu), to i bohaterowie uszyci zostali z innego niż dotychczas materiału.
Mamy tu więc bardzo przewrotne spojrzenie na nowobogacką rodzinę jak z obrazka, w którym to bohater Jasona Issacsa z odcinka na odcinek popada w coraz większy obłęd, a partnerująca mu na ekranie Parker Posey w znakomity sposób daje wyraz charakterystycznemu dla wyższych sfer oderwaniu od rzeczywistości (i nie bez powodu, dzięki znakomitej roli, króluje na TikToku). Wątek najstarszych członków rodziny Ratlif, ze wskazaniem na ojca, doskonale obrazuje, jak wakacje w tropikach mogą oddzielić nas od znanego dotychczas świata i towarzyszących mu wartościom. I gdy u niektórych, jak u Tima, może doprowadzić to do wyraźnego załamania dotychczasowej kondycji życiowej, u innych – jak Victorii – stanowić będzie jedynie pogłębienie dotychczasowej „odklejki”. Mamy też znakomity wątek trójki rodzeństwa, czyli postaci Patricka Schwarzeneggera (Saxon), Sama Nivoli (Lochlana) oraz Sarah Catherine Hook (Piper). Każdy z nich znajduje się w odmiennym punkcie życia – Lochlan szykuje się do podjęcia studiów, Saxon rozwija swoją karierę jako naturalny sukcesor ojcowskiego biznesu, zabijając wolny czas na niezobowiązującym podrywie, a Piper marzy o zmianie scenerii i opuszczeniu domu rodzinnego w celu zgłębienia nauk buddyjskich. Jednocześnie każdy z młodych Ratfliffów w trakcie trwania trzeciego sezonu odkryje nowe, niezgłębione jeszcze wcześniej cechy własnego charakteru. Sprowokuje to u nich nie tylko egzystencjalne pytania o dotychczasowe wybory życiowe, ale również zrewiduje postawę bohaterów wobec nadrzędnych wartości.
Bardzo podoba mi się, jak w swoim scenariuszu White podszedł do zagadnienia uduchowienia lub jego braku. Choć „Biały Lotos” to nadal przede wszystkim trafna satyra, bohaterowie – pozornie bardzo prości – mają tu naprawdę interesujące i nieoczywiste drogi do przebycia. Pod tym względem na plus wybija się bohater Patricka Schwarzeneggera, przechodzący od pierwszego do ostatniego odcinka chyba największą przemianę jako bezpośrednia ofiara własnej, pustej egzystencji. I choć w wątku rodziny Rafliff również nie brakuje humoru (Parker Posey za swoją karykaturę prawdopodobnie wygra szereg nagród), ostatni odcinek pozostawia widzów ze słodko-gorzką refleksją na temat kondycji rodzin uzależnionych od wartości materialnych.

Trzy przyjaciółki i samotny wilk
Drugi z najważniejszych wątków, czyli studium relacji przyjaciółek Jaclyn, Kate i Laurie, to już z kolei klasyczny „Biały Lotos”. White, operując w krzywym zwierciadle, bierze pod lupę wszelkie niuanse dotyczące relacji kobiet w średnim wieku, tworząc zabójczą mieszankę ukrytych zawiści, zazdrości i trudnej do zdefiniowania sympatii. Całość, podsumowana widowiskowym, klamrowym monologiem bohaterki Carrie Coon (będącej jednej z najjaśniejszych punktów aktorskich trzeciej serii) również prowokuje do ciekawych przemyśleń i jest przede wszystkim znakomicie napisaną obyczajową historią w uwielbianym przez widzów stylu. I choć nie łączy się w moim odczuciu tak satysfakcjonująco z głównym tematem sezonu, jak pozostałe, trudno nie docenić tak udanego castingu i komediodramatów wynikających z licznych interakcji między kobietami o tak różnych, ale w równie interesujący sposób eksplorowanych charakterach.
Nie można tu nie wspomnieć również o historii Ricka (znakomity Walton Goggins), za sprawą której scenariusz eksploruje nowe dla serii terytoria, takie jak sensacyjna historia o zemście i wewnętrzna pustka wynikająca z braku pogodzenia się z bolesną przeszłością. Bardzo podobało mi się, jak bohater Gogginsa od samego początku wyraźnie kontrastował z resztą wczasowiczów – gdy oni zajmowali się sprawami bieżącymi, Rick, cały czas zamknięty mocno w sobie samotny wilk, pielęgnował w sobie frustrację i cierpienie wynikające z wydarzeń, na które nie miał wpływu, planując przy tym tajemniczą wandetę. Jego ekranowa partnerka, Chelsea w wykonaniu Aimee Lou Wood (świetnie, że wróciła na języki po „Sex Education”!), tworzyła z Gogginsem charyzmatyczny i fascynujący w śledzeniu duet, który po całości został bez wątpienia jednym z najjaśniejszych punktów sezonu. No, i gdyby nie wątek Ricka, to nigdy nie spotkalibyśmy jego przyjaciela z dawnych lat, Franka (Sam Rockwell), który absolutnie skradł show swoim viralowym monologiem na półmetku sezonu.

Co na minus?
No dobrze, ale co w takim razie udało się nieco gorzej? Niestety, wątek lokalnej społeczności, reprezentowany głównie przez Gaitoka, nie wydaje mi się tak przemyślany i konsekwentny, jak pozostałe. Oczywiście, zmierza on do bardzo wyraźnej i satysfakcjonującej puenty, w której religijny pacyfizm zostaje boleśnie skonfrontowany z zachodnimi mechanizmami rozwoju kariery stawiające na rolę siły. Również sam Gaitok, doskonale zagrany przez Taymego Thapthimthonga, ma świetne wyczucie komediowe i niejednokrotnie był źródłem udanego humoru sytuacyjnego. Szkoda tylko, że partnerująca mu na ekranie Mook (Lisa) to postać po prostu niewykorzystana i nie mająca praktycznie żadnej fabularnej roli. Jasne, zagrała to, co miała, całkiem okej, ale nie było to wiele więcej poza uśmiechaniem się i wyglądaniem ładnie w kadrze. Czuć, jakby w przypadku tego wątku doszło do wyraźnych cięć scenariuszowych, co pozostawia nas z gorzkim przeświadczeniem, jakby localsi byli w tym sezonie znacznie mniej istotni, niż turyści. Stanowi to wyraźny krok wstecz względem drugiej serii, gdzie ostatecznie było zupełnie odwrotnie. Nie jestem też największym fanem usilnego trzymania „Białego Lotosu’ w jednym świecie, toteż wątek Belindy – choć również mający swoje momenty i zmierzający do trafnej konkluzji – interesował mnie znacznie mniej niż pozostałe. Nie dlatego, że odstawał poziomem, ale właśnie przez to powtórzenie znanych już nam motywów. W tym przypadku scenariusz, bardziej niż na osobiste dylematy, stawiał akcenty na nieco tanią, kryminalną sensację, która nie do końca trafiła do mnie tonalnie. Lecz, jak podkreślę po raz kolejny – można to wybaczyć, bo ostatecznie i to powiązanie z pierwszym i drugim sezonem wyraźnie do czegoś zmierzało i nie było wrzucone tylko po to, by zadowolić dawnych fanów. Wolałbym jednak, by na przyszłość pozwolono indywidualnym, sezonowym historiom żyć samym sobie, a jeśli na przyszłość któryś z bohaterów już musi wrócić, to niech będzie to ktoś inny, niż z otoczenia Tanyi; ten wątek został już, mam nadzieję, definitywnie domknięty.
Podsumowanie
Wszystkie te wątki, w mniejszy lub większy sposób, wspólnie zderzają się w najbardziej spektakularnym dla tej serii dotychczas zakończeniu. I choć doceniam nieprzewidywalność oraz prostotę finałów serii pierwszej i drugiej, tak dopiero w finale trzeciego sezonu „Białego Lotosu” naprawdę poczułem, że mam do czynienia z historią kompletną i kompetentnie złożoną nie tylko pod kątem humoru, ale również samej fabuły. Cieszy mnie, że Mike White nie spoczął na laurach i w najnowszej odsłonie swojego hitu postawił nieco poeksperymentować z dotychczasową formułą, wznosząc tym samym całość na zupełnie nowe, dramaturgiczne tony. Nadal króluje tu symbolika i charakterologiczne subtelności, ale trzecia seria „White Lotus” nie jest już tylko satyrą, a pełnokrwistym, mrocznym dramatem, w którym niemal wszystkie elementy układanki zdają się być idealnie spasowane. To aktorski masterclass i choć pierwszy sezon na zawsze pozostanie w mojej pamięci jako najbardziej zabawny z dotychczasowych, widać, że serial ten już nigdy nie będzie tylko błyskotliwą, ciętą komedią, a zamiast tego ewoluował w produkcję równie dopieszczoną wizualnie, co ambitną scenariuszowo. I bardzo mnie to cieszy, gdyż ciągła zmiana i eksplorowanie innych kierunków to cechy, które powinny wyprowadzić tę serialową antologie jeszcze na wiele, niezbadanych dotychczas terytoriów.
Ocena: 8,5/10
Przeczytaj również recenzję finału drugiego sezonu: „Biały Lotos” – sezon 2, odcinek 7. Uwikłani w płeć [RECENZJA]