Pierwotnie ten tekst miał być recenzją najnowszego sezonu „Potwory”. Historia Eda Geina otrzymuje mieszane oceny od krytyków, by nie powiedzieć – zbiera cięgi. Osobiście dotrwałem do trzeciego epizodu i poczułem się zmęczony, zniechęcony. Negatywne opinie nie przeszkodziły jednak kolejnej serii od Ryana Murphy’ego stać się światowym hitem. No właśnie, zauważyliście nagły wzrost popularności produkcji o seryjnych mordercach w ostatnich latach? Zastanawialiście się jaka jest geneza takiego trendu? Jesteście fanami powyższej tematyki, czy odrzuca was odruchowo na samą myśl? Kilka moich luźnych przemyśleń, bez zbędnego moralizatorstwa i klarownych odpowiedzi. 

Fascynacja złem, rzeczami zakazanymi nie jest niczym nowym. Już w latach trzydziestych XX wieku amerykańskie władze patrzyły z niepokojem na rosnącą popularność kina gangsterskiego. Takie filmy jak „Człowiek z blizną” albo „Mały Cezar” były wielkimi hitami. Nawet jeśli przestępca zawsze musiał ponieść porażkę, poczynania filmowych gangsterów inspirowały niektórych widzów – przynajmniej tego obawiali się politycy. Wszystkie te produkcje były jednak fikcją, czasami lekko inspirowaną prawdziwym zdarzeniami/osobami, ale dalej dziełem zmyślonym. Historie autentycznych zbrodniarzy zaczęły być ilustrowane w latach dziewięćdziesiątych, ale zazwyczaj były to fabularne filmy przygotowane specjalnie pod telewizje, co oznaczało, że nie miały dużego budżetu i głośnych nazwisk w obsadzie. Kto dziś pamięta takie tytuły jak: „Złapać mordercę” (o John Wayne Gacy) z 1992 roku czy „Sekretne życie Jeffreya Dahmera” z 1993 roku? To wszystko było marginesem przeznaczonym dla największych fanów tej tematyki albo co gorsze tych gości. 

Czy nadużyciem byłoby stwierdzenie, że dwóch nastolatków z Columbine swoim czynem sprawiło, że postacie seryjnych morderców stały się „cool”? Do Erica Harrisa i Dylana Klebolda odwoływało się z czasem wielu twórców. Michael Moore tworząc „Zabawy z bronią” przedstawiał (niejako tłumacząc) Erica i Dylana jako „ofiary” łatwego dostępu do broni na terenie Stanów. O ile Ted Bundy czy Jeffrey Dahmer cieszyli się popularnością u psychopatycznych naśladowców, to Eric i Dylan z czasem stali się symbolem odrzuconych nastolatków, którzy doświadczali przemocy od rówieśników – co nie było do końca prawdą, jak mogliśmy dowiedzieć się z książki Dave’a Cullena. 

No więc, czy modę na „seryjnych” należy przypisać dwóm nastolatkom ze stanu Kolorado? Hmm, a może jednak niejaki Dexter Morgan „oswoił” widzów, że osoba dokonująca morderstw może być ciekawym bohaterem popkulturowym, a bardziej śmiali powiedzieliby, że i ikoną? Ktoś inny dopowie: wińmy Wesa Craven, Johna Carpentera i innych twórców slasherów, którzy powołali „do życia” brutalnych maniaków w stylu: Michaela Myersa czy Freddy’ego Krugera. No i przecież Panie i Panowie, nie można zapomnieć jeszcze o niepozornym bibliotekarzu z serialu „You”. Ileż fanek oddałoby życie (ups, tym razem nie ma to metaforycznego znaczenia), żeby spotkać na swojej drodze takiego Joe Goldberga. Szarmancki, troskliwy i kochający na zabój – znowu metafora uleciała.

„Dexter”, „You” i wszelakie „Piątki 13-tgo” to fikcja, ale przez lata oswoiły widza z popkulturowym profilem seryjnego zabójcy. Osobiście uważam, że drugi sezon „American Crime Story” ilustrujący życiorys Andrew Cunnana (co za rola Darrena Crissa) był świetny, nawet lepszy niż seria o O.J. Simpsonie. Nie wiem, czy ze mną się zgodzicie, ale popularność historii Cunnanana i O.J. były paliwem do powstania chociażby serii „Potwory”. Najpierw sukces biografii Dahmera, potem braci Menendezów, a teraz króluje Gein, kto następny? Już wiemy, że na tapet wzięty zostanie życiorys Lizzie Borden. Czy jej historia także okaże się hitem? Zapewne tak.

Żyjemy w erze kryminalnych podcastów i video-esejów, które przybliżają widzom życiorysy i zbrodnicze czynny najbrutalniejszych morderców pozbawionych skrupułów. Prawdziwi zabójcy stają się ciekawsi, aniżeli postacie wyjęte z głów scenarzystów. Pospolity socjolog mógłby stwierdzić, że żyjemy w nudnych czasach (choć wokół rozgrywają się wojny), a codzienność dla wielu osób jest monotonną wędrówką bez celu, więc poszukują nutki adrenaliny w skrajnych historiach. Mrożące krew w żyłach podcasty, seriale Netflixa to po prostu odpowiedniki kryminalnych powieści i filmów gangsterskich sprzed dekad. Za kilka lat znowu wszyscy zapomną o Dahmerze, Geinie, Menendezach, a ci wszyscy psychopatyczni naśladowcy powyższych morderców i tak byliby w nich „zakochani” nawet bez udziału wielkich platform.

Pecunia non olet – może powiedzieć sam do siebie Ryan Murphy widząc, jakie zyski przynoszą mu aktualne „Potwory” i te, które dopiero nadejdą, ale wiecie co? Ja już wysiadam z tej mrocznej podróży.

„Potwór: Historia Eda Geina”. Sensacjonalizacja wypaczenia i okrutnego zła [FELIETON]

 

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Damian Kaźmierczak

Damian Kaźmierczak

Od dziecka zafascynowany popkulturą, w szczególności kinematografią, muzyką, literaturą i sztuką. Wciąż nie może zdecydować się, czy jego ulubionym filmem jest „Wolny dzień Ferrisa Buellera” czy „Ludzie honoru”. W tekstach stara się łączyć różne elementy popkultury i analizować je pod kątem historycznym, socjologicznym. Montażysta, scenarzysta, człowiek renesansu. Nie wyobraża sobie życia bez aktywności fizycznej, ostatnio szczególnie pochłania go koszykówka i tenis.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy