Radu Jude to nazwisko, którego stałym bywalcom festiwali filmowych nie trzeba dwa razy powtarzać. Rumuński reżyser skradł serca europejskiej publiczności swoją smykałką do unikatowej satyry (jeden z jego najpopularniejszych filmów, „Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata”, obejrzycie w serwisie HBO MAX), w ramach której twórca niezwykle sprawnie przemyca wątki dotyczące naszej jeszcze-nie-zachodnio-ale-i-niezbyt-wschodniej tożsamości narodowej. To dość znamienne, że oprócz prezentowanego na Nowych Horyzontach, przyziemnego, fabularnego i zachowawczego formalnie „Kontinental ‘25” (obecnie wyświetlanego w kinach), Jude wypuścił w tym roku również „Draculę” – blisko trzygodzinny eksperyment, będący równocześnie wiwisekcją mitów dot. tytułowej, rumuńskiej legendy, jak i ważnym, choć momentami irytującym, manifestem w sprawie rozwoju sztucznej inteligencji. 

W tym miejscu zazwyczaj opisuję założenia fabularne recenzowanego tytułu, lecz… cóż, w tym przypadku jest to nieco problematyczne. „Dracula” to metraż prowadzony przez aspirującego reżysera (Adonis Tanța), który dostał za zadanie stworzenie współczesnej adaptacji filmowej legendy o Draculi. W poszukiwaniu inspiracji, jak należycie zmierzyć się z tym tematem i jego kulturowym dziedzictwem, główny bohater sięga po wsparcie AI. Prompt? Ma być przejmująco, angażująco, romantycznie i „sexy”, aby porwać współczesnego widza. Efekt? Sklejka pociętych, krótkich metraży, w których tytułowy wampirzy lord przyjmuje postaci m.in. kapitalisty wyzyskującego swoich pracowników w korporacji, biednego, niestabilnego psychicznie aktora teatralnego, który ledwo wiąże koniec z końcem czy tajemniczej zjawy z rumuńskiej klasyki literatury. Bohater w swoich poszukiwaniach śmiało ingeruje również w kulturowy obraz znany z „Nosferatu” Murnaua czy ekranizację Francisa Forda Coppoli. Etiudy mieszają się więc z memami i wulgarnymi żartami, puenta z urwaną myślą, a gdzieś w tle cały czas migocze nam figura Vlada Palownika. Konkluzja? Cóż… to skomplikowane. 

Adonis Tanța, czyli aspirujący reżyser i narrator „Draculi”

Jakbym miał opisać „Draculę” od Jude jednym słowem, byłoby to z pewnością: doświadczenie. Film, trwający blisko trzech godzin, to istny kocioł przeróżnych, często niekoherentnych ze sobą pomysłów , które wymagają od widza sporej dozy wytrwałości. Nie dlatego, że ich poziom jest niski – produkcja naszpikowana jest błyskotliwymi refleksjami i sporą ilością doskonałej komedii – lecz sposób, w jaki zostają one nam podane, jest zupełnie bezkompromisowy. W przypadku „Draculi” Radu nie interesują bowiem niemal żadne zasady linearnej narracji; gdyby tak było, być może reżyser zamknąłby to, co ma do powiedzenia, w połowie przewidzianego metrażu. Zamiast tego oferuje on nam pewnego rodzaju performance, składający się z kilkunastu dłuższych i krótkich skeczy. Mniej lub bardziej są one oczywiście powiązane z tytułowym bohaterem czy samym wampiryzmem, ale jak to z tego typu eksperymentami bywa: aby jeden pomysł trafił, kilka z nich musi odnieść spektakularną porażkę. „Dracula” jest jednak w tym wybitnie samoświadomy; widać, że reżyser nie dbał o komfort widza, a postawił przede wszystkim na siłę przekazu, której chaotyczność staje w wyraźnej opozycji do chłodno wykalkulowanych, „wygładzonych” metod sztucznej inteligencji. I jedno jest po tym seansie pewne – żadne AI nie byłoby w takie stworzyć tak bezczelnie nieskładnego obrazu, który jednocześnie emanowałby tak wyraźnym, autorskim sznytem. I to, abstrahując od samego poziomu poszczególnych segmentów, wydaje się w tym przypadku – i w erze, gdy AI proponuje już nawet własnych aktorów – kluczowe.

Jak to wszystko sprawdza się na ekranie? Różnie, ale prawie zawsze intrygująca. Historia biednego starca, który po ucieczce ze szpitala psychiatrycznego został zwerbowany do pracy jako odtwórca władcy wampirów w okolicznym barze, to nie tylko najbardziej dopracowany segment, ale i wyraźna klamra całości. W tej przyziemnej, obyczajowej opowieści najbardziej czuć rękę Jude; zresztą, wszyscy miłośnicy kina rumuńskiego reżysera poczują się tu jak w domu. Prowadzący całość Adonis Tanța (znany już ze wspomnianego „Kontinental ‘25”) rozbraja swoją charyzmą i komediowym wyczuciem. Posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że film jest najmocniejszy, gdy koncentruje się na licznych, odgrywanych przez niego bohaterach (w tym m.in. rumuńską wersję Jonathana Harkera, frontmana wspomnianego spektaklu czy przeklętego przez samego Jezusa rolnika). Momentami absurd i seksualny humor jednak nieco przekraczają granicę dobrego smaku, a seans – gdy formuła, mniej więcej w połowie, zaczyna słabnąć –  dosyć mocno się dłuży. Wciąż warto obejrzeć do końca, choć nie wyobrażam sobie, bym w przyszłości chciał do „Drakuli” powrócić – zdecydowanie bardziej do wybranych fragmentów, aniżeli do chaosu całości.

Czy więc poleciłbym wam seans nowego filmu od Jude? Raczej tak. Choć surowość (co niektórzy mogliby rzecz, że wręcz witkacowska „czystość”) formy nie czyni z niego najłatwiejszego seansu, jest to zdecydowanie interesujący głos w słusznej sprawie od twórcy, który już niejednokrotnie udowodnił, że w temacie kondycji współczesnego kina ma sporo do powiedzenia. Zaproponowana przez niego wiwisekcja rumuńskiego wampiryzmu, mimo długiego czasu trwania, wydaje mi się mocno niepełna – interesujące obserwacje często przykrywa tu ego reżysera – lecz to seans nadal warty uwagi i zastanowienia, choć może nie aż tak w takim stopniu, jak chciałby tego sam Radu. Cóż – czasem warto w montażowni powiedzieć „stop”, choć z drugiej strony: może jest w tym szaleństwie skuteczna metoda? Myślę, że wielu z was oceni to indywidualnie, a wnioski mogą być przeróżne. I to samo w sobie dobitnie świadczy o tym, że autorski głos w kinematografii nigdy nie przestanie być istotny.

Film prezentowany jest premierowo na tegorocznej, 41. edycji Warszawskiego Festiwalu Filmowego. „Draculę” na ekrany kinowe wprowadzi Aurora Films.

Przeczytaj również: Dahmer, Gein, Menendez – czy żyjemy w erze kultu seryjnych morderców?

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy