To był kolejny naprawdę mroźny wieczór, termometr pokazywał wartość osiemnastu stopni na minusie. Zima nie odpuszczała, życie stawało się monotonne, więc szukałem ucieczki poprzez wspólny seans z Martym Mauserem. Czy film z Timothée Chalamet urozmaicił mi choć trochę panującą obecnie epokę lodowcową? 

Zanim na ekranie ukazała się po raz pierwszy twarz Timothée, zebranym w kinie widzom czas „umilały” reklamy przeróżnych produktów, kilka trailerów i autopromocji. Kiedy pojawił się zwiastun „Króla dopalaczy”, jakiś gość z tyłu rzucił do swojej dziewczyny – Musimy na to iść – w między czasie przegryzając Nachosy z sosem meksykańskim. Zrobiłem się głodny.

Po chwili inny typ powiedział do dziewczyny – No mówiłem ci, że ten uznany recenzent stwierdził, że „Marty Supreme” to jeden z najlepszych filmów, jakie widział w ostatnim czasie. Uznany recenzent? Hmm, przecież ja jeszcze nic nie napisałem o „Marty Supreme”. Czyli w tym kraju jest nas dwóch.  

W końcu po dwudziestu minutach od wejścia na salę, pojawił się Chalamet ze śmiesznym wąsem, dopasowujący buta do nóg jakieś pani. Później w kolejnej sekwencji rozbrzmiało „Forever Young” w odrestaurowanej, całkiem przyjemnie brzmiącej wersji. Motyw muzyki z lat osiemdziesiątych w „Marty Supreme” będzie powtarzać się regularnie. W tej samej scenie poznajemy Rachel Mizler (Odessa A’izion), która na zapleczu sklepu nie może oprzeć się urokowi głównego bohatera.

– O to Tyler! – zakrzyknął jakiś gość na widok Tylera The Creatora, który wcielił się w rolę Wally’ego, kumpla Marty’ego. Wally wprowadza do filmu dozę humoru, absurdu, wystarczy wspomnieć historię z szaloną podróżą jego taksówką.

Nasz protagonista Marty ukazany jest jako pewny siebie, arogancki, bezczelny młodzieniec, który bierze to co chce – nawet żonę jednego ze swoich przyszłych mocodawców. Kiedy w pierwszej części filmu Mauser ogrywa z łatwością kolejnych przeciwników zmierzając w kierunku ostatecznej victorii, przypominam sobie, że kiedyś też przebiłem piłeczkę na drugą stronę stołu, może zaprzepaściłem wielką karierę? Jednak w głównym finale Marty przegrywa (szczerze, to jest po prostu zmiażdżony) do zera z niejakim Koto Endo (Koto Kawaguchi), przez co zostaje bez grosza przy duszy, a moja myśl o byciu zawodowym graczem ping ponga odlatuje jak Endo do Japonii. Tutaj pojawia się też dziwny fragment rodem z propagandowych kronik filmowych powstałych w okresie PRL-u. Koto pokazany jest jako skromny rzemieślnik, który sam pokonał zachodni imperializm, a tłumy Japończyków wiwatują na jego cześć. Może nie znam zbyt dobrze historii Japonii, ale wydaje mi się, że w latach pięćdziesiątych (w tym okresie rozgrywa się akcja filmu) nie przypominała ona krajów będących pod komunistyczną batutą. Taki obrót sprawy miałby sens w przypadku ZSRR, Chin, ale Japonia? No nie wiem. Również końcowa scena, gdy Marty bierze rewanż na Endo przypomina klimatem, którąś z części „Rocky’ego”, gdzie Balboa na swoich barkach niósł demokratyczne Stany w kontrze do sowieckiego reżimu. Jeszcze ci żółnierze, wyjęci jakby z „Czasu Apokalipsy” lub innego filmu o Wietnamie. Coś mi tu nie grało…  

– Chciałabym być na miejscu Kylie – powiedziała jakaś dziewczyna, gdy Timothée zaprezentował publiczności swoje ciało, a ja zacząłem zastanawiać się, czy Kendall Jenner dalej jest wolna?

Od momentu, gdy Marty przegrywa ze swoim japońskim nemezis, jego i tak niezbyt szczęśliwe życie zaczyna pikować w dół. Bohater przez pozostałą część filmu ucieka, oszukuje ludzi, próbuje zdobyć pieniądze na mistrzostwa rozgrywane w Japonii, w między czasie wikłając się w różne, przelotne relacje. 

– No nie, znowu – powiedziała po kolejnej scenie miłosnych uniesień pomiędzy Martym a Kay Stone (Gwyneth Paltrow) matka, która przyszła na film z nastoletnią córką. 

Pojawienie się Kay i jej męża Miltona Rockwella (Kevin O’Leary) wprowadza odrobinę kolorytu do produkcji Joshuy Safdie. Milton jest sarkastyczny, cyniczny i przy tym bardzo zabawny. Intrygujące jest to, że O’Leary nigdy wcześniej nie wystąpił w żadnym filmie, a na co dzień jest biznesmenem znanym jako „Mr. Wonderful”. No nie wiem, może „Pan Wspaniały” był po prostu sobą i nie musiał zbytnio grać, dlatego tak dobrze wypadł? Gwyneth Paltrow w roli Kay ilustruje kobietę w średnim wieku, która żyje pod batutą męża, jej dawna aktorska sława przeminęła, a aktualnie próbuje przypomnieć o sobie na deskach teatru. Marty imponuje jej swoją bezpośredniością, młodzieńczością, byciem największą sigmą w całym Nowym Jorku, dlatego pomimo chwilowych oporów Kay wielokrotnie zdradza z nim swojego męża.

– Ojej, biedny piesek – powiedziała nastolatka, która przyszła z mamą, w momencie, gdy Marty i Wally zostawili psa na pastwę losu podczas ucieczki przed tłumem zdenerwowanych facetów. Hmm, jeśli ta dziewczyna, kiedyś obejrzy pierwszą sekwencję z „Suburbii” Penelope Spheeris, to już nigdy nie użyje sformułowania „biedny piesek”. Jednak owy pies o imieniu „Mojżesz” ma duży wpływ na fabułę, szczególnie jej końcowe elementy. Mojżesz należy do niejakiego Ezry (Abel Ferrara), którego poznajemy jako biedaka, żula w śmierdzących ciuchach. Marty wpada (i to dosłownie) na Ezrę podczas brania kąpieli, gdy zlatuje razem z wanną przez podłogę do pomieszczenia, gdzie nocuje mężczyzna z psem – tak naprawdę, jest tu taka scena. Niepozorny włóczęga prosi Marty’ego, żeby zaopiekował się Mojżeszem i zabrał go do weterynarza. Za taką usługę oferuje chłopakowi pięćdziesiąt dolarów. Główny bohater otwiera jego torbę, gdzie niespodziewanie znajduje się bardzo dużo zielonych banknotów. Kiedy Marty i Wally zostawiają Mojżesza na środku drogi, dowiedziawszy się o tym Ezra bardzo się denerwuję (lekko mówiąc), a my widzimy, że tak naprawdę z niego to kawał ch…uligana i bandziora jest. Mężczyzna nosi pod płaszczem pistolet, a gdy ktoś go mocno zirytuje to i nożem ugodzi. Ahh, te pozory.

W momencie, gdy po sali niósł się utwór „The Order Of Death” Public Image Ltd. moja noga zaczęła chodzić szybciej, wystukując rytm. Świetny numer, który kojarzy mi się zawsze z końcową sceną z „Miami Vice”. Jak wspomniałem na początku: muzyka w „Marty Supreme” zasługuje na dużego plusa, choć do końca nie rozumiem, dlaczego jeśli akcja rozgrywa się w latach pięćdziesiątych słyszymy wyłącznie kawałki z lat osiemdziesiątych, ale czy mi to przeszkadzało? Oczywiście, że nie.

– Co za szajbus – powiedział ktoś zza moich pleców, gdy Ira (Emory Cohen) rozwalał swoje mieszkanie w drobny mak. Na pewno nie jest to postać, którą można polubić. W mojej opinii mamy tu zastosowany ciekawy zabieg – brak pozytywnych bohaterów. Zapewne jakaś część widowni kibicuje Marty’emu, ale trudno w gruncie rzeczy z nim sympatyzować. Mauser przez cały film oszukuje innych, kręci, mataczy, jest arogancki, pozbawiony większej moralności – Bret Easton Ellis lubi to. Rachel zachowuje się podobnie, również Kay pokazana jest jako egocentryczna damulka z dużym ego, która w każdej chwili, bez wahania może zdradzić męża, który sponsoruje jej życie. Miltona polubiłem, ale też nie jest to szlachetna postać. Nawet milusi Dion (Luke Manley) w końcu wybucha, a wraz z nim setki specjalnych piłeczek ping-pongowych. Przez ponad dwie godziny obserwujemy nieszczęśliwych bohaterów, którzy kosztem innych próbują zbudować swoją fortunę i powodzenie. Ot, taka to historia.

Po dwóch godzinach od rozpoczęcia seansu w kinie dało się zauważyć coraz częstsze znaki palących się świateł z ekranów telefonów. Odbierałem to jako hasło – Cholera, ile ten film jeszcze będzie trwał! W mojej opinii „Marty Supreme” mógłby zostać skrócony o przynajmniej trzydzieści minut. Safdie usunąłby wątek Ezry i nic wielkiego by się nie stało.

– O znam ten numer – powiedział mężczyzna w bardziej zaawansowanym wieku, gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, a w tle poleciało „Everybody Wants To Rule The World” Tears For Fears. W ten bardzo zimny wieczór „Marty Supreme” nie rozgrzał mnie do czerwoności. Świetne zdjęcia, dobre aktorstwo, momentami irytujące postacie, wpadająca w ucho muzyka i scenariusz, który śmiało można byłoby uciąć o kilka stron – podsumowując jednym mocno rozbudowany zdaniem.

– Dużo szumu o nic – powiedział jeden kolega do drugiego, gdy wychodziliśmy z sali. 

Nie byłbym tak brutalny dla tego filmu, raczej bym zacytował mojego dawnego kumpla, który mawiał – W sam raz na jeden raz.

7/10

Ten tekst znienawidzą krytycy filmowi: O polskim kinie lat dziewięćdziesiątych

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Damian Kaźmierczak

Damian Kaźmierczak

Od dziecka zafascynowany popkulturą, w szczególności kinematografią, muzyką, literaturą i sztuką. Wciąż nie może zdecydować się, czy jego ulubionym filmem jest „Wolny dzień Ferrisa Buellera” czy „Ludzie honoru”. W tekstach stara się łączyć różne elementy popkultury i analizować je pod kątem historycznym, socjologicznym. Montażysta, scenarzysta, człowiek renesansu. Nie wyobraża sobie życia bez aktywności fizycznej, ostatnio szczególnie pochłania go koszykówka i tenis.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy