Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

„Depesze”, czyli Depeche Mode rozłożeni na czynniki pierwsze

W środę 4 października miałam okazję pojawić się w Teatrze Rampa na spektaklu „Depesze”, którego istnienie zawdzięczamy recitalowi dwójki artystów odgrywających główne role. Na Targówek jechałam z całkowicie otwartą głową i wielką ciekawością tego, co tam zobaczę. Mając jednakże wciąż z tyłu głowy niedawny, cudowny koncert Depeche Mode w Warszawie, pojawiły się pewne obawy, czy aby ten kultowy materiał został potraktowany z należytym szacunkiem. Na szczęście nie miałam się czego bać…

Teatr Rampa zabiera widza do miasta Depeche City, gdzie korporacje próbują podciąć skrzydła ludziom, którzy dążą do tego, aby być wolnymi. A najbardziej pragną muzyki.

O czym są „Depesze”?

Zanim wgłębimy się w warstwę stricte realizatorską, pomówmy o wydźwięku całości spektaklu. Jestem widzem, który siadając w fotelu rozłoży każdy element na czynniki pierwsze – i o ile wiele spektakli nie zmusza mnie do ponownego ich obejrzenia, aby zrozumieć go w pełni, tak tutaj wciąż walczę ze sobą, jak odpowiedzieć na najbardziej elementarne (w polskich szkołach) pytanie – „Co autor miał na myśli?”. „Depesze” to jeden z tytułów, który najchętniej obejrzałabym kilka razy tylko po to, aby dostarczyć czytelnikowi pełny obraz oraz analizę spektaklu. Dlaczego tak się dzieje?

Po pierwsze, spektakl należy do grupy musicali, w których nie pada ani jedno słowo mówione. Historię tworzy śpiew i muzyka, natomiast widz, który nie zna na pamięć utworów Depeche Mode ma utrudnione zadanie, ponieważ akcja dzieje się bardzo szybko, a teksty piosenek nie zostały przetłumaczone. Pochwalam zamysł zostawienia oryginałów, jednakże wymagało to bardzo wiele skupienia, żeby wsłuchać się w przekazywane wersy, obserwować działania na scenie oraz grę aktorską, co dla mnie ma niezwykłe znaczenie, ale… są widzowie, którzy nie potrzebują przeprowadzania akademickich analiz, a ten spektakl ma moc dostarczenia mocnych wrażeń oraz genialnej, legendarnej już muzyki.

Plakat spektaklu "Depesze" w Teatrze Rampa
Oficjalny plakat spektaklu

Kolejną rzeczą, która nie daje mi spokoju, jest opowiadana historia. Ale nie jest to zarzut – bardziej ciekawość tego, czy moja interpretacja jest prawidłowa. I tu właśnie powraca pytanie – „Co autor miał na myśli?”. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że „Depesze” to oddanie hołdu kultowi, który wokół siebie zbudowali Depeche Mode. Nawet w opisie spektaklu możemy przeczytać, że jest to próba oddania socjologicznego fenomenu, jaki nieśli ze sobą muzycy w latach 80. i 90. ubiegłego wieku. Ale czy oby na pewno dostajemy tylko to?

Poszłabym dalej i powiedziała – alegoria biblijnego zbawienia! Pierwszy akt jest niczym innym jak ukazaniem świata pełnego zła i przysłowiowej ciemności, w której pojawiają się prorocy nawracający ludzi na świat pełen radości oraz czekający na pojawienie się mesjasza mającego zbawić świat. Drugi akt to pełny energii koncert pojawiającego się Personal Jesusa, przejmującego scenę i dającego ludziom wszystko to, czego chcą i potrzebują.  Nie wspominając już o pięknych próbach odtworzenia klasycznych obrazów religijnych, jak na przykład „Stworzenia Adama” Michała Anioła czy motywu ze zdjęciem Chrystusa z krzyża. Nic dziwnego, że całość kończy utwór „Heaven”.

Odchodząc od moich rozterek dotyczących symbolizmu oraz samego wydźwięku sztuki, zajrzyjmy do strony technicznej. Coś, co mnie niezwykle zainteresowało, to wykorzystanie laserów oraz sztuki wideo, aby zbudować na scenie iluzję, która nie mogła się nie kojarzyć ze stylem Depeche Mode. Poza tym skromna scenografia oraz cudowna syntezatorowa muzyka, połączona z akustycznymi nutami. Łącząc oba te wątki przychodzi na myśl, czy abyśmy nie przeszli od kultu wprost do nowej religii?

Nowi Dave Gahan i Martin Gore?

Spektakl ten opiera się na dwóch filarach. W pierwszym akcie wszystko stoi na ramionach cudownego Leszka Bzdyla, który (co ciekawe!) nie wymówił w trakcie sztuki ani jednego słowa, ale poprzez swoją mimikę oraz ruch przepięknie oddał sceniczny pazur Dave’a Gahana. Natomiast drugi akt dał nam Marcina Januszkiewicza, który w imponujący sposób połączył zarówno szaleństwo Gahana, jak i lekkie stonowanie Gore’a. Obaj panowie zafundowali nam prawdziwie polską wersję Depeche Mode! Głos Januszkiewicza oraz ruchy Bzdyla to coś, co każdy fan zespołu powinien usłyszeć i zobaczyć. Reszta aktorów nie miała głosów, które kojarzyłyby się z tym, co słyszymy, wracając do naszych ulubionych nagrań, ale pięknie oddają to co opisałam wcześniej – zwykłych, szarych obywateli, nad którymi czuwa boska moc o niebiańskim, wybijającym się głosie. Będąc na widowni można zatopić się w wyśpiewywanych przez zbawiciela Depeche City słowach. Jego charyzma i sceniczna pewność siebie sprawiają, że można zapomnieć o otaczającym świecie i wsłuchać się we własny, prywatny koncert, w którym śpiewa on bezpośrednio do Ciebie.

Marcin Januszkiewicz jako Personal Jesus w spektaklu "Depesze"
Marcin Januszkiewicz jako Personal Jesus

Złamanie granicy

Co wyróżnia ten spektakl? Kontakt z publicznością! W  „Depeszach” widzowie są częścią spektaklu i aktywnymi uczestnikami, którzy tańczą i śpiewają wraz z aktorami. To była niezwykła przyjemność, kiedy jedna z aktorek podeszła do mnie, zapraszając do wspólnej zabawy. Natomiast kulminacja radości widzów nastąpiła, kiedy podczas bisów artyści zaczęli wciągać ich na scenę, po czym razem zaśpiewali w hołdzie zmarłemu członkowi oraz współzałożycielowi zespołu Depeche Mode – Andrew Fletcherowi.

Jest to spektakl, który powinien zobaczyć oraz docenić każdy znający utwory Depeche Mode na pamięć. Bardzo mocno zastanawiam się, czy w ogóle możemy mówić o „Depeszach” w kontekście samego musicalu. Ten tytuł wychodzi niezwykle daleko poza granice tego gatunku. Mamy tu mix mocnego koncertu/recitalu, sztuki teatralnej, dobrej imprezy oraz delikatnej akustycznej wrażliwości. Zachęcam więc do wybrania się na spektakl, aby samemu spróbować rozwikłać tajemnice warszawskich „Depeszy” albo po prostu świetnie się bawić!

Przeczytaj również: Netflix czeka na zakończenie strajku aktorów, aby podnieść cenę abonamentu

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Joanna Tulo

Joanna Tulo

Jestem absolwentką Kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Wśród moich zainteresowań znajdują się tajniki skrywane przez społeczeństwo, a także antropologia oraz terminy dotyczące szeroko pojętej kultury. Świat popkultury jest bardzo mi bardzo bliski i chętnie rozkładam go na czynniki pierwsze, co zastosowałam w moich pracach naukowych, które zawierały elementy analiz filmowych oraz teatralnych. Swoje umiejętności wykorzystuje w pracy z social mediami, storytellingiem oraz marketingiem. Przez rok mieszkałam w Nowym Jorku, gdzie miałam okazję znaleźć się w kolebce kultury popularnej oraz poznawać teatralne możliwości jakie daje Broadway.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy