Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

„Do raju”, czyli poszukiwanie Edenu według Hanyi Yanagihary [RECENZJA]

Hanya Yanagihara to bez wątpienia jedna z najszerszej dyskutowanych autorek ostatnich lat. Już jej debiut, luźno inspirowana życiem Daniela Carletona Gajduska i wydana przed dziesięcioma laty powieść „Ludzie na drzewach” („People in the Trees”) wzbudziła spore zainteresowanie krytyków, którzy niejednokrotnie nazywali styl pisania Yanagihary literackim objawieniem (New York Times nazwał nawet autorkę „pisarką wzbudzającą zachwyt” [„writer to marvel at”]. Jak wkrótce wszyscy mieli się jednak przekonać, „Ludzie…” byli zaledwie przedsmakiem przed daniem głównym, jakim okazała się dwa lata później publikacja „Małego życia” („A Little Life”) – niekwestionowanego fenomenu świata literatury anglojęzycznej (i BookToka), który sprzedał się w ilości ponad miliona egzemplarzy i na stałe umieścił nazwisko Yanagihary na językach bookwormów już do końca poprzedniej dekady. „Małe życie” jednak – mimo ogromnego sukcesu komercyjnego i entuzjastycznego przyjęcia zarówno przez krytykę, jak i sporą część czytelników (w tym również w Polsce) – stało się powieścią ogromnie polaryzującą przez wachlarz trudnych tematów, jakie zdecydowała się poruszyć w niej wówczas 41-letnia Hanya. Jedni nazywają książkę ponadczasową historią o uniwersalnym uciemiężeniu, podczas gdy inni zarzucają autorce m.in. emocjonalny szantaż i epatowanie okrucieństwem w odniesieniu do osób homoseksualnych. Nie można jednak Yanagiharze odmówić talentu do opowiadania historii – rzadko zdarza się, by tak szeroko dyskutowaną pozycją była książka-cegła, którą ciężko utrzymać w ręku. Tym samym „Małe życie”, mimo faktu bycia blisko 800-stronicowym tomiszczem, wielu swoich czytelników zachwyciło, innych rozzłościło, ale nikogo nie pozostawiło obojętnym. Nic więc dziwnego, że dzisiejsza premiera „Do raju” wyczekiwana była przez książkoholików (w tym i przeze mnie) z takim utęsknieniem i niepokojem.

A powodów do niepokoju było sporo. Po ośmiu latach ukazuje się równie obszerny następca „Małego życia”, już trzecia powieść w dobytku Hanyi Yanagihary i zarazem jej najbardziej ambitny projekt – a przynajmniej pod kątem strukturalnym. „To Paradise” składa się bowiem z trzech historii, które łączy miejsce (okolice nowojorskiego Placu Waszyngtona), a dzieli wszystko inne – bohaterowie, stulecie i obraz rzeczywistości. Każda z opowieści rozgrywa się w innej wersji Ameryki kolejno XIX, XX i XXI wieku. W pierwszej z nich, zatytułowanej po henryjamesowemu po prostu „Plac Waszyngtona”, przenosimy się do roku 1893, w którym to Nowy Jork należy do fikcyjnych Wolnych Stanów, gdzie zalegalizowane zostały małżeństwa jednopłciowe. Młody David, czarna owca prestiżowej rodziny, zakochuje się w „plebejuszu” Edwardzie na przekór woli swojego dziadka pragnącego dobrze wydać go za mąż. W drugiej historii, „Lipo-Wao-Nahele”, akcja rozgrywa się w roku 1993, gdy na Manhattanie panuje epidemia AIDS, a młody Hawajczyk mierzy się z trudnym dziedzictwem kulturowym swojej rodziny, która przed laty zmuszona została do relokacji po ekspansji terytorialnej Stanów Zjednoczonych. W finałowej, najobszerniejszej części zatytułowanej „Strefa ósma” wędrujemy do pesymistycznej wersji świata roku 2093 spustoszonego epidemią i nękanego rządami terytorialnymi. Główna bohaterka, wnuczka wpływowego naukowca, prowadzi spokojne życie w dystopijnej rzeczywistości do czasu, gdy zaczyna coraz bardziej interesować się tajemniczymi zniknięciami swojego męża, a przed czytelnikiem stopniowo odsłaniają się wydarzenia, które doprowadziły do wymarcia lwiej części populacji.

Zdjęcie przedstawiające autorkę recenzowanej pozycji „Do raju", Hanyę Yanagiharę
Hanya Yanagihara, autorka „Do raju”. Źródło: Eyevine

Trzy odrębne od siebie opowieści składają się razem na „Do raju” – monumentalną, rozbudowaną historię o poszukiwaniu Edenu według Hanyi Yanagihary, w której różni bohaterowie – osadzeni w zupełnie odmiennych kontekstach periodycznych Ameryki – na swój sposób dążą do tego, co wydaje im się być ich osobistym rajem i plastrem na rany wyrządzone im przez czasy, w którym przyszło im żyć. To, oczywiście, duże uproszczenie całości – posługuję się nim jedynie w celu ustanowienia koniecznych podstaw, aby odnosić się do powieści jako jedność, a nie trzy części składowe.  Jak więc widać, „Do raju” to projekt z pewnością ambitny i w swoich założeniach ekscytujący, pod wieloma względami również brawurowy. Ale czy udany?

Trzy opowieści, jedno serce

Powieść kompilacyjna, taka jak „Do raju”, naraża się na tę samą bolączkę, co poniektóre zbiory opowiadań – nierówny i trudny w jednoznacznej ocenie poziom poszczególnych segmentów. W przypadku nowej propozycji od Yanagihary sprawy dodatkowo nie ułatwia fakt, że historie składające się na „To Paradise” są od siebie tak różne, jak to tylko możliwe; i to nie tylko przez ich periodyzację, ale i odmienność gatunkową. Podczas gdy pierwsza część przypomina tekst żywcem wyjęty z XIX wieku i przywodzi na myśl momentami wspomnianego już Henry’ego Jamesa (choć, oczywiście, nie brak w nim charakterystycznego dla autorki stylu), druga już zdecydowanie uchyla się przed przejrzystą klasyfikację przez wyraźny podział narracyjny i duże skupienie na wspominaniu, co sprawia, że bliżej jej do sentymentalnych „Powróconych” Abdulzarka Gurnaha. Z kolei trzeci, najbardziej rozbudowany (i moim zdaniem zdecydowanie najbardziej absorbujący) segment poświęcony rzeczywistości postepidemicznej to, między innymi, wariacja na temat wyobrażeń przyszłości rodem z oryginalnego „Blade Runnera” Philipa K. Dicka z odświeżającym kontekstem wirusologicznym, który – siłą rzeczy – czyta się w chwili obecnej zupełnie inaczej, niż przed 2020 rokiem.

Co jednak łączy te wszystkie opowieści? To pytanie z pewnością będzie jednym z najczęściej zadawanych przez czytelników „Do raju” jeszcze na długo po skończeniu lektury. Dużo tu mniejszych i większych analogii tematycznych, sprytnych zabiegów kompozycyjnych czy kontrastów fabularnych, które zachęcają do dogłębnego pochylenia się nad tekstem i wyłapywania współzależności. Pokusa ku temu jest spora – zwłaszcza, że postaci korzystają również z tego samego zasobu imion – i zdecydowanie warto dokonać kilku połączeń we własnym zakresie, bo wiele pozornie niepowiązanych ze sobą elementów „Do raju” zostały w moim odczuciu celowo wykreowane przez autorkę tak, aby pozostawały w dialogu na przestrzeni całego tekstu. Nie jest to jednak konieczne, aby czerpać satysfakcję z lektury powieści jako całość czy poszczególnych każdej z osobna. Możecie bez wahania potraktować wszystkie księgi jako w pełni autonomiczne i postrzegać „To Paradise” w kategorii trzech nowel. Co jednak warte jest odnotowania – niezależnie od przyjętej przez czytelnika strategii nie potrzeba wiele, aby spostrzec, że we wszystkich trzech opowieściach bije to samo serce; zlęknione, podekscytowane i uszczerbione serce bohaterów, których sytuacja życiowa zmusiła do podjęcia ryzykowanego działania w imię walki o to, co każdy z nich mylnie (a może trafnie?) interpretuje jako poprawę swojego losu; tytułowy raj.

Wynika to z tego, że Yanagihara kontynuuje w swojej trzeciej już powieści to, za co tak pokochali ją czytelnicy i krytyka – na pierwszym planie, niezależnie od wykreowanego świata przedstawionego, zawsze umieszcza człowieka i jego rozterki. W „Do raju” dochodzi do tego gorycz wynikająca z rozpamiętywania własnych życiowych decyzji i duża rola sentymentu, co zostaje uwypuklone przez rozległe sekcje epistolarne. Prowadzi to koniec końców do tego, że projekt jako całość i każda księga z osobna są na wskroś przesiąknięte wrażliwością i człowieczeństwem, które na każdym kroku wystawiane jest na próbę, ale jako idea pozostaje ideą ponadczasową.

Trzy różne wersje niespełnionego, amerykańskiego snu

Pochylmy się jednak nieco nad kreacjami światów przedstawionych, które stanowią fundamenty każdej historii. Autorka, oczywiście, popuszcza wodze wyobraźni w konstruowaniu alternatywnych wersji Nowego Jorku, ale za każdym razem pozostaje przy tym spójna i realistycznie zachowawcza. Jasne, XIX-wieczne Wolne Stany pozwalają gejom i lesbijkom na zawieranie małżeństw – ale ma to swoje konsekwencje w postaci podtrzymywania przy życiu starodawnego precedensu aranżacji związków, w którym ogromną rolę odgrywają podziały klasowe. Z kolei XX-wieczny Manhattan różni się od tego nam znanego tym, że po przyłączeniu do USA Hawajów miasto charakteryzuje się jeszcze większą różnorodnością etniczną – ale nie zmienia to faktu, że koniec końców i tak dochodzi w nim do epidemii AIDS, co jest wydarzeniem niezmienionym względem faktycznej historii.

Wszystko to sprawia, że „Do raju” nie jest jedynie nieporadną fantazją na zasadzie „co by było, gdyby”, a głęboko osadzoną w rzeczywistości fikcją literacką, która cały czas pozostaje spójna z zasadami rządzącymi znanym nam światem. Dzięki temu Yanagihara nie tylko kreuje nowe, interesujące politycznie systemy, ale jednocześnie sprytnie odbija w krzywym zwierciadle świat zza naszych okien. A jej refleksja, koniec końców, jest dosyć ponura – trzy różne wersje Stanów Zjednoczonych to nic innego, jak trzy różne wersje niespełnionego, amerykańskiego snu. Bohaterowie – z początku skuszeni przysłowiowymi gruszkami na wierzbie w postaci obietnic o wolności – szybko rozczarowują się kształtem zastanej rzeczywistości, co z kolei prowadzi ich do marzeń o tytułowym Edenie. Aby jednak do niego dotrzeć będą zmuszeni rozliczyć się z tym, co reprezentuje ich dotychczasowe życie. Autorka – jako amerykanka pochodzenia hawajskiego o azjatyckich korzeniach – daje w „Do raju” liczne świadectwa swojego tułaczego dorastania (dzieciństwo spędziła w wiecznej podróży między Hawajami, Nowym Jorkiem czy Kalifornią), co nieraz każe nam się zastanowić nad rolą człowieka w świecie, który nieustannie podlega globalizacyjnym przemianom.

Bogaty wachlarz tematyczny

To, co w „Do raju” zaimponowało mi szczególnie – zwłaszcza w odniesieniu do poprzednich dzieł autorki – to bogaty wachlarz poruszanych przez powieść tematów. „Ludzie na drzewach” i „Małe życie” dotknęły już wielu kwestii dotyczących szeroko pojętego życia, cierpienia i niechybnie związanego z nimi ludzkiego losu, ale to dopiero w „To Paradise” mamy do czynienia z dalej wysuniętą refleksją na temat śmierci i egzystencji nie tylko jednostki, ale całych cywilizacji, ustrojów i idei. Poza aktualnym i rzetelnie zresearchowanym kontekstem pandemicznym, Hanya Yanagihara stawia również wiele pytań nt. psychologii totalitaryzmu, społecznych mechanizmów wykluczeniem czy przemijania. Wszystkie historie w interpretacyjnie płodny sposób podejmują również tematykę szeroko rozumianej choroby i prezentują przejmujący obraz ludzkiej samotności. Nie brak w tym oczywiście charakterystycznego dla autorki kontekstu queerowego, który w wypadku „Do raju” jest również integralną częścią historii przez założenia fabularne – zwłaszcza dwóch pierwszych opowieści.

Wymienione tematy nie są jednak tylko pobieżnie podejmowane, ale również w dogłębny sposób eksplorowane. Forma tej eksploracji z pewnością nie każdemu przypadnie jednak do gustu – „Do raju” to nie tylko najdojrzalsza do tej pory powieść autorki, ale i wymagająca najwięcej cierpliwości. Teoretycznie objętość sama w sobie nie powinna mieć w przypadku tej konkretnej autorki szczególnego znaczenia („Małe życie”, mimo swojej opasłości, było zawrotnym page-turnerem), ale duża emocjonalna ciężkość każdej z opowieści sprawia, że wymagają one nieco więcej uwagi czytelnika niż poprzednie dokonania autorki. Jestem przekonany, że sporo czytelników szybko odbije się od nieśpiesznej akcji i nawet zachwycający swoją lekkością styl pisarski Yanagihary nie przekona ich, aby dać „Do raju” kredyt zaufania do samego końca. Ci jednak, których wrażliwość zacznie rezonować z pisarstwem Yanagihary, nawet nie spostrzegą, jak zaczną zbliżać się do finałowych stron. Opowieści są różne, ale każda z nich niesie ze sobą podobną ilość prowokujących do myślenia zagadnień, co przekłada się na bardzo angażującą lekturę.

Kilka potknięć w drodze do raju

Czy „Do raju” to powieść idealna? Jest, w moim mniemaniu, bardzo ideału bliska, ale autorka nie wystrzegła się kilku mniejszych potknięć, co nie dziwi przy projekcie o tak ambitnej skali. Przede wszystkim Yanagihara nieco za często polega na narracji epistolarnej, co prowadzi do tego, że przez zbyt wiele czasu jesteśmy skazani na konkretną perspektywę poznawczą. Pespektywę zniuansowaną i wybitnie wyegzekwowaną literacko, ale jednak nieco ograniczającą i miejscami monotonną, zwłaszcza, gdy bezpośrednio porównamy ją z fragmentami, w których autorka wyraźnie wychodzi ze swojej strefy komfortu i udaje jej się zbudować odświeżający w jej twórczości supsens, jaki właśnie został uzyskany w w historii kobiety, głównej bohaterki finałowej części.

Nieco nierówno bywają również rozłożone akcenty narracyjne, co najbardziej widać w środkowej historii, która – choć całościowo tematycznie niezwykle ciekawa,  nieoczywista i chwytająca za serce – cierpi na odczuwalną dezintegrację spójności z powodu zbyt nagłej zmiany głównego bohatera. Gdy widzę, jak znakomicie poradzono sobie z narracją równoległą w trzeciej, najlepszej części „Do raju”, to jednak trochę żałuję, że autorka nie pokusiła się nieco przemyśleć pewnych decyzji fabularnych w „Lipo-Wao-Nahele”. Jest bowiem wielka szansa, że gdyby to zrobiła, mielibyśmy do czynienia z powieścią wybitną.

Jak wygląda mój raj?

Cytując piosenkę The Dumplings – „A jak wygląda twój raj?” – to również jedno z pytań, jakie stawia przed nami autorka. Być może to zresztą jedno z ważniejszych pytań, jakie w ostatnim czasie postawiła (i zresztą od zajarania dziejów stawia) literatura. „To Paradise” nie przychodzi z odpowiedzią, ale z pewnością prowokuje do wielu przemyśleń, będąc jednocześnie przyjemną, ale emocjonalne niełatwą lekturą. Lekturą o monumentalnej skali, w której autorce – mimo nielicznych potknięć – udało się osiągnąć kolejny literacki triumf jako jeden z najwyrazistszych głosów w literaturze popularnej. Edmund White porównał najnowszą powieść autorki „Małego życia” do „Wojny i pokoju” – ja osobiście porównałbym ją bardziej do „W poszukiwaniu straconego czasu”, w którym narrator, przyjmując różne osobowości i odbywając tułaczkę przez trzy stulecia Ameryki, na darmo próbuje na nowo zintegrować to, co od zawsze znaczyło o naszym człowieczeństwie i jednocześnie stawało mu na przeszkodzie: nadzieję, śmierć i utratę. Czy jakikolwiek raj – choćby i najobfitszy i najcudowniejszy – jest nam w stanie zadośćuczynić za ludzkie grzechy, które od zajarania dziejów obdzierają ludzi z ich tożsamości?

Książkę mieliśmy okazję zrecenzować dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B, za co serdecznie dziękujemy. Przekładu z oryginału dokonała Jolanta Kozak.

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
3 1 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Picture of Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy