Gliniarz z Beverly Hills. Kto po rewelacyjnym Serpico w wykonaniu Ala Pacino pomyślałby, że ponad dziesięć lat później to Eddie Murphy odbierze mu tytuł najpopularniejszego gliniarza występującego przeciwko skorumpowanej policji? Amerykański aktor komediowy był szyty na miarę filmu pisanego z żartem i dużą dawką emocji, więc rola Axela Foleya sprawiła, że zbudował swoją markę. Jednak od lat 90-tych gwiazda Gliniarza z Beverly Hills zgasła. Teraz Eddie dostał konkrakt od Netflixa, zadzwonił do starych kumpli po fachu i otrzymał zespół świeżych realizatorów. Czy stara policyjna odznaka wyciągnięta z archiwum kina odzyskała blask?

W obsadzie najnowszego Gliniarza z Beverly Hills znalazło się kilka ukłonów w stronę starej gwardii. Nazwiska takie jak Judge Reinhold i John Ashton nigdy nie brylowały na nagłówkach gazet z Hollywood, ale konsekwentnie pojawiały się u boku Murphy’ego. Również wewnątrzfilmowy czas płynie swoim tempem. Produkcja Netflixa nie ukrywa, że reaktywacji serii dokonała wiele lat po czasie świetności aktorów, a także bohaterów serii Gliniarza. Nostalgiczne tony w starym dobrym stylu i strach przed wyrokiem w postaci emerytury, to w świecie Axela F. przewijający się motyw. Tymczasem jednak role reżysera otrzymuje kompletny debiutant – Mark Molloy. Gdyby w szeregach policji pojawił się człowiek znikąd, z całą pewnością wzbudziłby podejrzenia, więc także i fani serii czuli się zaniepokojeni nazwiskiem reżysera. Kim on właściwie jest i dlaczego wybrano właśnie jego? Po pierwsze, w 2022 roku projekt opuścił pierwotny duet reżyserów, Adil El Arbi i Bilall Fallah (odpowiedzialni m.in. za najnowsze części Bad Boys), ponieważ woleli skoncentrować się na współpracy z DC. Wówczas pewien Australijczyk świętował dwudziestolecie pracy w przemyśle kręceniu reklam i spotów telewizyjnych, wyświetlanych m.in. podczas finałów NBA, czy Super Bowl (przykład). Podobno Mark Molloy otrzymał błogosławieństwo Eddiego, natomiast scenarzystami zostali przyjaciele odpowiedzialni za powstanie filmu z inną dawną gwiazdą, Nicolasem Cage’em, w Nieznośnym ciężarze wielkiego talentu. Znamy więc już punkt wyjścia projektu: stara historia zrobiona „po nowemu”. Nie może to dziwić, skoro żyjemy w erze retromanii, a sam Eddie Murphy już trzy lata temu nakręcił sequel Księcia w Nowym Jorku. Wówczas próba odbudowania marki skończyła się ogromną klapą. Gliniarz z Beverly nie jest aż tak zły, chociaż i „nową jakością” też nie możemy tego filmu nazwać.

 Axel F. nie jest niczym oryginalnym. Grupa uczciwych policjantów musi stawić czoła całemu skorumpowanemu światu, a przy okazji główny bohater ma okazję odbudować relację z córką. Pościg, rozmowa, strzelanina, rozmowa, ucieczka, rozmowa, tym razem pościg i strzelanina w jednym z krótkimi żartami pomiędzy seriami z karabinu maszynowego. Scenariusz został naszpikowany gagami balansującymi na granicy poprawności politycznej i parodii policjantów. Czy Eddie Murphy znowu jest w domu i wykorzystuje swój pełny potencjał komediowy? Cóż, przynajmniej próbuje. Oryginalne pomysły podczas walki wyuczone od Jackie Chana i bezczelność podpatrzona przez Willa Smitha konstruuje bezkompromisową postać, która pomimo bycia błaznem, cechuje się wyjątkową bystrością. Taylour Paige, która niedawno zagrała tytułową bohaterkę w filmie Zola, otrzymała rolę córki protagonisty. Ona, nie dość, że odcięła się od ojca tak bardzo, że aż zmieniła nazwisko, prawdopodobnie na złość Axelowi została obrończynią z urzędu. Kobieca bohaterka gra damę w tarapatach, która pomimo początkowych oporów, daje drugą szansę głównemu bohaterowi i ponownie ulega urokom jego nowego pomocnika, zagranego przez Josepha Gordona-Levitta. O tym występie możemy powiedzieć więcej dobrego, a amerykański aktor swoją brodą przypomina nam, że pomimo niepozornej postury, czterdziestolatek już dawno wyrósł z grania „chłopaków” i to czas, żeby otrzymywał role „mężczyzn”. Gordon-Levitt zaczął karierę dość szybko i niestety jego peak miał miejsce już dobre dziesięć lat temu. Gdyby Axel F. był lepszym filmem, pewnie umieściłby Josepha z powrotem na mapie czołówki aktorów. Tymczasem jednak musimy pogodzić się z faktem, że całej produkcji bliżej do płaskiego poziomu typowego czarnego charakteru granego przez Kevina Bacona. Niby wiemy jaki był cel, ale wszystko to jakieś pozbawione odpowiedniej werwy…

Wobec Gliniarza z Beverly Hills trudno wystosować konkretne zarzuty, bo jest to produkcja bezpieczna. Myślę jednak, że dobrym przykładem naciąganego komizmu i adrenaliny wstrzykiwanej widzom za pomocą strzykawki jest ilość krótszych fragmentów; sekwencji które na dobrą sprawę wcale nie popychają akcji do przodu, ale mają dostarczyć odpowiednich wrażeń. Dobrym przykładem jest otwarcie filmu od pościgu podczas meczu hokeja. Czego ma nauczyć nas akcja w Detroit? Na dobrą sprawę niczego, czego byśmy nie mogli dowiedzieć się później, w toku głównych zdarzeń. Axel jest starszym, ale nadal bezkompromisowym policjantem, rzuca żartami i zamyka przestępców. Już w Kalifornii spotykamy się m.in. z ambitną parkingową, meksykańskim kartelem i dekoratorką wnętrz. Jednak te wszystkie wątki przeciągają film nie dodając mu uroku wartego zachodu. Pomimo ilości wystrzelonych nabojów i rozwalonych aut, gęsią skórkę poczułem wyłącznie kiedy usłyszałem pierwsze nuty klasycznego motywu przewodniego. Również i on nie został unowocześniony, co najwyżej zremasterowany, ale chyba za wprowadzenie jakichkolwiek zmian w kompozycji Harolda Faltermeyera, dystrybutorzy Netflixa trafiliby za kratki.

Jospeh i Eddie
Jospeh i Eddie, czyli męski duet policjantów z najnowszej części „Gliniarza z BH”

Każdą część Gliniarza z Beverly Hills kręcił inny reżyser, więc pomimo utrzymania jedności obsady i koncepcji, serii przez lata zabrakło stabilizacji. Mark Molloy jest typowym reżyserem realizatorem, który dostał tekst i zadanie, żeby go przenieść na ekran. Swoją misję wypełnił, jednak bez nawiązki. Axel F. odhaczył wszystkie punkty z monomitycznej struktury kina sensacyjnego. To jeden z tych filmów, w których bohaterowie najpierw do siebie strzelają, a potem myślą. Jeżeli masz łzy w oczach na sam dźwięk słynnej czołówki, to nie zawiedziesz się tym seansem. Fakty są jednak takie, że gdyby nie spuścizna dawnych lat, nikt nie obiecywałby sobie zbyt wiele po tym filmie. Sięgać po klasyki to nie zbrodnia, ale należy pamiętać, że filmy to bardzo groźna broń.

Moja ocena: 6/10.

Letni strumyk: przeczytaj naszą recenzję filmu Omen dostępnego na Disney+!

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów

O Autorze

Picture of Kamil Szczygieł

Kamil Szczygieł

Redakcyjny pisarz-kulturoznawca. Czytelnik scenariuszy, człowiek postmodernizmu, fan aktorów drugoplanowych. Zaparzenie dobrej kawy lub herbaty jest dla niego pierwszym krokiem do wejścia w fikcyjny świat. Wszechstronnie zaangażowany w kulturę rozrywkową, współpracował m.in. z CD-Action i Silesia Film.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy