Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

Hymn miłosny do kina kasetowego. „MaXXXine” [RECENZJA]

Ahh to Hollywood lat 80. — neony, papierosy, wypożyczalnie kaset i seksapil wylewający się z ekranów telewizorów. Tak w skrócie opisać można szalony okres w, w którym triumfowały kasety VHS i miłość do slasherow. Miłość ta spowodowała, że Ti West postanowił robić filmy (na szczęście!). Po rewelacyjnych „X” i „Pearl” przyszła pora na domknięcie trylogii, która, choć tak młoda, to już zapisała się w historii kina jako trylogia kultowa. „MaXXXine” to zwieńczenie historii, którą przez ostatnie lata poznawaliśmy w kinach. Choć opinie i recenzje są raczej podzielone, to ja uważam jedno: jest to zwieńczenie trylogii godne pochwały, a Ti West tą produkcją tylko potwierdził, że jest jednym z najlepszych twórców kina grozy i slasherów naszych czasów.

Maxxxine
Kadr z filmu „MaXXXine”

Maxine Minx, gwiazda filmów dla dorosłych, przybywa do Los Angeles, by spełniać marzenia — chce zostać aktorką, taką z prawdziwego zdarzenia, i grać w hollywoodzkich produkcjach. Okazja ku temu nadarza się, gdy przechodzi pozytywnie casting do sequelowej produkcji „Purytanki 2”, gdzie otrzymuje główną rolę. Gdy wszystko zaczyna iść w dobrym kierunku, w życiu Maxine ponownie pojawia się niebezpieczeństwo. Traumatyczne wydarzenia ukazane w „X” wciąż powracają do młodej aktorki, a fakt, iż musi na nowo zmierzyć się ze swoją przeszłością, jeszcze bardziej komplikuje jej życie. W Los Angeles grasuje Nocny Stalker — morderca, który morduje prostytutki. Jego ofiarą padają koleżanki Maxine, a sam morderca wydaje się być bliższy głównej bohaterce, niż mogłoby się wydawać. Na domiar złego zaczyna prześladować ją detektyw John Labat, który reprezentuje wpływowego i groźnego człowieka, który za wszelką cenę chce zaszkodzić Maxine. Dziewczyna musi zmierzyć się z rządzą mordu oraz z tragiczną przeszłością, która w Los Angeles wraca do niej jak bumerang.

Poprzeczka po poprzednich filmach Ti Westa została zawieszona bardzo, ale to bardzo wysoko. Wielu odbiorców spodziewało się, ze „MaXXXine” z miejsca stanie się najlepszym horrorem tego roku. Opinie pokazują, że nie do końca tak się stało i gdzieś tam się ten film rozmył z tym, co z góry zakładano. Dla mnie jednak jest to jeden z lepszych horrorów tego roku, o ile w ogóle można ten film nazwać horrorem. Straszaków tutaj nie uświadczymy za wiele. Więcej za to miłości do kina, celebracji lat 80. i gore. Oj tego gore jest naprawdę sporo. W tym aspekcie Ti West przeszedł siebie w ukazaniu jak największej liczby brutalnych scen. Nie bawi się z widzem w kotka i myszkę. Już w początkowej sekwencji filmu dostajemy epicką potyczkę Maxine z przestępcą, która kończy się tragicznie dla jego przyrodzenia. Takich scen w filmie jest więcej i zrealizowane zostały z takim rozmachem, że niejednokrotnie odwracałam wzrok po to, by po chwili łapać się za głowę ze zdumienia i śmiać się jednocześnie — bo w tej całej epickość sceny te są mocno przerysowane, tak jak przerysowane były za czasów kaset VHS.

Maxxxine
Kadr z filmu „MaXXXine”

Niektórzy zarzucają Ti Westowi, że przedobrzył. Osobiście tego przerostu formy nad treścią nie zaobserwowałam, co nie znaczy, że film nie ma wad, ale na nie znajdzie się również miejsce w tej recenzji. Zamiast przedobrzenia w „MaXXXine” widzę produkcję faceta, którego stworzyły slashery, kino klasy B i niskobudżetowe produkcje. Każdy kadr to przepiękny hołd dla jednej z najlepszych er w historii kinematografii. Oglądając ten film, czułam się jakbym przeniosła się w czasie. Gdyby Ti West urodził się wcześniej, w latach 80., byłby bogiem kina grozy. Choć teraz naprawdę niewiele mu brakuje. „MaXXXine” jest klimatyczne, „MaXXXine” ma przepiękne kadry. Nowy Jork w obrazie utalentowanego reżysera wygląda zjawiskowo i biję przed nim ukłony, że tak udało mu się odwzorować otoczkę i klimat minionych lat.

Ti West zebrał w swoim najnowszym filmie naprawdę solidną ekipę aktorską, która staje na wysokości zadania, i z sumiennością odgrywa napisane postacie. Obojętnie czy mowa o odtwórczyni roli głównej, czy o postaciach pobocznych, epizodycznych. Każdy daje tej produkcji cząstkę siebie i to po prostu czuć na ekranie. Lily Collins? Absolutnie fenomenalna. Dostała zaledwie kilka minut, a przez te kilka minut zrobiła więcej niż duża część aktorek we współczesnych horrorach przez półtorej godziny. Kevin Bacon? Dostał do odegrania rolę, w której ewidentnie świetnie się czuł. Super wypadł duet policjantów, czyli Michelle Monaghan i Bobby Cannavale. Niczym ogień i woda równoważyli swoje siły, dając nam naprawdę solidny segment humorystyczno-kryminalny, gdy tylko pojawiali się na ekranie. Każdy chciałby mieć takiego kumpla od filmów jak odgrywany przez Mosesa Sumneya Leon. I na koniec Mia Goth, która urodziła się po to, by grać u Ti Westa. Świetnie wchodząca w rolę, nieco infantylna a wciąż niezwykle dojrzała. Final girl na miarę naszych czasów.

Maxxxine
Kadr z filmu „MaXXXine”

Wady? Naliczyłam dwie, jednak na szczęście nie popsuły mi radości z seansu. Pierwsza to przewidywalna fabuła. Praktycznie na samym początku filmu byłam już przekonana o tym, w jaką stronę potoczy się historia, kto umrze, kto przeżyje oraz kto będzie terroryzował Maxine. Może można było nieco inaczej pokierować fabułą, tak by nie być przekonanym o jej zakończeniu jeszcze na samym początku. Druga sprawa to właśnie rzeczone zakończenie. Po świetnym, dynamicznym i przesyconym krwią ostatnim akcie dostaliśmy znaczące spowolnienie i zamknięcie historii, które może pozostawiać niedosyt. Z czasem jednak zaczynam rozumieć czemu to spowolnienie było potrzebne i co miał na myśli Ti West. Skończyła się jedna z najlepszych trylogii filmowych ostatnich lat. Wybitny slasher, nawiązujący do korzeni tego gatunku. Długo nie będzie takiej elektryzującej filmowej trylogii, jak ta stworzona przez Ti Westa.

Przeczytaj również: „Humanitarna wampirzyca poszukuje osób chcących popełnić samobójstwo” [RECENZJA]

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Picture of Martyna Kucybała

Martyna Kucybała

Dziecko Marvela, które nosi w sobie ogromne pokłady miłości do Spider-Mana oraz innych bohaterów i złoczyńców z Nowego Jorku. Z wielką chęcią wypiłaby szklaneczkę whisky w towarzystwie Jessici Jones i pobujała się po mieście z Milesem Moralesem. Miłośniczka kina, zwłaszcza tego bliskowschodniego. Uzależniona od kupowania Funko Popów i kart kolekcjonerskich a prywatnie ogromna fanka basketu i piłki nożnej.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy