Paul Thomas Anderson, jeden z obecnie najbardziej cenionych reżyserów przez amerykańskich krytyków (twórca m.in. „Magnolia” czy „Aż poleje się krew”), powraca ze swoim nowym, długo oczekiwanym filmem. „Jedna bitwa po drugiej”, oparta o powieść „Vineland” Thomasa Pynchona, to nie tylko najdroższy obraz w jego dotychczasowej karierze, ale również pierwszy zrealizowany we współpracy z Warner Bros – studiem, które w tym roku dosłownie rozbija bank, notując raz za razem sukcesy w światowym box office. Czy „One Battle After Another” również zaliczy się do tego grona? Fenomenalne recenzje (95/100 w serwisie Metacritic) z pewnością skutecznie podgrzały oczekiwania fanów PTA i nie tylko. Nic zresztą dziwnego – po seansie trudno nie stwierdzić, że mowa tu o przykładzie spektakularnego artystycznego triumfu, które w mainstreamowym kinie są już praktycznie niespotykane. Lecz czy jest to przy tym po prostu dobry film? 

Głównym bohaterem „Jednej bitwy…” jest Pat (DiCaprio), członek ruchu rewolucjonistycznego w Stanach Zjednoczonych, który od kilku lat żyje w ukryciu w fikcyjnym mieście Batkan Cross wraz z córką, Charlene (w tej roli debiutująca na wielkim ekranie Chase Infiniti). Gdy jednak na trop Pata ponownie wpada nikczemny pułkownik Lockjaw (Sean Penn), tajemnicza przeszłość Pata i jego byłej partnerki, Perfidii (Teyana Taylor) boleśnie daje o sobie znać. W iskrzącym od nastrojów politycznym kraju rozpoczyna się istny wyścig z czasem, a  stawką będą nie tylko utracone ideały, ale i przede wszystkim obrona najbliższych wartości.

Jeśli jedna rzecz jest na tym etapie kariery PTA zupełnie pewna, jest nią z pewnością gwarancja wirtuozerii realizacyjnej. Reżyser, dysponując znacznie wyższym niż dotychczas budżetem, uczynił z „Jednej bitwy po drugiej” swoisty spektakl techniczny. Nie popadł w tym jednak w przesadę fabularną – jego film to starannie zaplanowana, stosunkowo prosta historia o jasno określonej stawce, która od początku zmierza do z góry określonego zakończenia. Lecz droga, w którą zabiera przy tym widza, to już zupełnie inna, odważna realizacyjnie historia. Metraż może przerażać – wszak mowa tu o prawie trzech godzinach – ale uspokajam; „One Battle After Another” to prosta w śledzeniu narracja, która wykorzystuje swój rozległy czas trwania w celu wyraźnego zarysowania trzyaktowej struktury, aniżeli zbędnego rozwarstwienia metrażu. Anderson od samego początku wie, o czym chce opowiedzieć, i robi to z niezwykłą precyzją. 

Leonardo DiCaprio w „Jednej bitwie po drugiej” doskonale dźwiga cały film

A treści jest tu naprawdę sporo. Choć sam reżyser obraca się przede wszystkim w konwencjach – komedii absurdu, groteski, kina akcji czy nawet westernu – każda z nich doskonale łączy się z treścią fabularną, w której dominuje walka o wolność w coraz bardziej niepewnych czasach. I jasne, jak to w tego produkcjach bywa, ciężko rozpatrywać i interpretować film w zupełnym oderwaniu od otaczającej go polityki. Już pierwsze pół godziny oferuje nam wystarczająco dużo skrawków świata przedstawionego, abyśmy mogli się zorientować, na co PTA chce zwrócić naszą uwagę i do jakich, konkretnych wydarzeń z naszego świata się odnosi. Nie robi tego jednak w celu stworzenia przedłużonej, fabularyzowanej analogii, a po to, abyśmy bardziej zrozumieli motywacje wykreowanych przezeń bohaterów. Aby w pełni poczuć „Jedną bitwę za drugą” i oddychać tym samym powietrzem, co postaci, kluczowe jest bowiem przybranie odpowiedniej postawy. Film jest tak skonstruowany, abyśmy mogli poczuć się jak Pat czy Perfidia – żyjący z minuty na minutę rewolucjoniści, którzy oddali się sprawie walki z dynamicznymi zmianami opresyjnej, otaczającej ich rzeczywistości. Buntownicy, którzy w celu ochrony wolności siebie i swoich najbliższych postanowili toczyć tytułową jedną bitwę za drugą, raz za razem ryzykując przy tym życiem. Gdy to dostrzeżemy, dopiero wtedy mamy szansę zrozumieć, co wizualnie chce nam oddać ten film, czyli poczucie nieustannego niepokoju w obliczu napięć społecznych i determinacji w walce o siebie i wyznawane wartości. 

A jak zostaje to oddane formalnie? Po mistrzowsku. Anderson stopniowo odkrywa kolejne karty, energetyzując seans magnetyczną rolą Leonardo DiCaprio, pompującą krew w żyłach muzyką Johnny’ego Greenwoda czy idealnie nieidealnymi cięciami montażowymi Andy’ego Jurgensena. Okazały budżet (wynoszący prawdopodobnie ok. 135 mln dolarów) nie poszedł tu na tanie efekciarstwo czy wybuchy, a na staranne zbudowanie scenografii i dopięcie wszystkich elementów technicznych na ostatni guzik. Wiele scen – jak ujawniona już w trailerze potyczka słowna DiCaprio, który usiłuje dodzwonić się do ruchu oporu w stylizacji ala Big Lebowski czy pościg samochodowy w pustynnej scenerii – mają zresztą sporą szansę zapisać się wielkimi literami w historii współczesnego kina. Rola DiCaprio, idealnie zagubionego w chwili spiskowca, który w ostatnich latach zamienił rewolucję na blanty, jest w tym kluczowa. Choć nie jest to może jego najbardziej zapadający w pamięć występ (i osobiście bardziej zaimponował mi ostatnio u Scorsese), nie można odmówić mu kunsztu czy sprawnego dźwignięcia na swoich ramionach lwiej części metrażu. Spora część obsady zasługuje tu zresztą na laury – Sean Penn to idealny, tarantinowski złol, Benico del Toro kradnie w środkowym akcie kradnie drugi plan, a debiutująca na kinowym ekranie Chase Infiniti ma w sobie wystarczająco charyzmy i zadziorności, aby z łatwością utrzymać tempo w scenach akcji. Wszyscy wymienieni grają bez fałszywych nut i zupełnie się nie zdziwię, jak każdy z tych występów skończy się zasłużoną oscarową nominacją. 

Chase Infiniti zalicza w najnowszym filmie PTA doskonały debiut na kinowym ekranie

„Jedna bitwa po drugiej” to film, który powstał w idealnym momencie. To właśnie teraz, po festiwalowych triumfach „Parasite”, „Wszystko wszędzie naraz” i „Anory” współczesny widz zdaje się być bardziej niż kiedykolwiek wcześniej gotowy, aby maksymalnie czerpać z historii nie stroniących od odważnych mieszanek dramatu i komedii. Nowa produkcja Paula Thomasa Andersona to film równie poważny, co niedorzeczny – ale jego największą siłę, czyli realizacyjny kunszt, nie sposób zakwestionować. I dlatego właśnie jest to seans tak satysfakcjonujący i imponujący w formie. Zdecydowanie nie jest to najbardziej emocjonujący film w dotychczasowym repertuarze PTA (pod tym względem nieco bardziej w moją wrażliwość trafiło „Licorice Pizza” czy „Nić widmo”), ale przez brak ograniczeń budżetowych jest to ta produkcja, w której mógł on w pełni rozprostować swoje kinofilskie skrzydła. Efekt końcowy jest spektakularny i pochłaniający, a jego wydźwięk – niestety, prawdopodobnie z roku na rok będzie tylko zyskiwał na aktualności.

Przeczytaj również: „Wielka, odważna, piękna podróż” [RECENZJA]

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy