Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

Morbius [RECENZJA] – nieudolne krwiopijstwo

Sony’s Spiver-Man Universe zdaje się rozwijać coraz prężniej. Obie części „Venoma” – mimo ich dyskusyjnej jakości – znalazły spore grono wielbicieli, a wyprodukowane razem z Marvel Studios „Bez drogi do domu” skutecznie udowodniło, że warto inwestować w jakiekolwiek, choćby i najmniej związane ze światem Spider-Mana projekty, bo jest to w tej chwili – i potencjalnie będzie również w przyszłości – bardzo komercyjnie opłacalne. Nie dziwi więc, że w przygotowaniu jest trzecia część „Venoma”, „Kraven The Hunter” się kręci, a „Madame Web” najpewniej wyruszy na plan w okresie letnim, gdyż Sony wynalazło samo dla siebie rewelacyjny model biznesowy: realizować filmy z niewygórowanym budżetem (całościowy koszt wyprodukowania każdego z dotychczasowych filmów wchodzących w skład Sony’s Spider-Man Universe to zaledwie połowa obecnego standardu kina blockbusterowego) i zapewnić sobie box-office’owy sukces (a w najgorszym wypadku – zwrot i tak niedużych kosztów) poprzez zatrudnienie do głównej roli pierwszoligowego, hollywoodzkiego aktora. Tak też jest i w przypadku „Morbiusa”, długo oczekiwanego i wielokrotnie przekładanego projektu studia, który to w kwietniu w końcu trafił na ekrany kin. I czy było na co czekać? Niespecjalnie; „Morbius” to ten najgorszy rodzaj rozrywkowego kina, w którego niemal każdej minucie wyczuwalne jest, że nawet jego twórcy spisali go na straty.

Konfundujący jest już sam początek, gdy jesteśmy świadkami wielokrotnie eksploatowanej w zwiastunach sceny, w trakcie której tytułowy doktor Morbius (Jared Leto) dolatuje do tajemniczej, egzotycznej lokacji, po czym w widowiskowy sposób zjednuje sobie chmarę dzikich, krwiożerczych nietoperzy. Normalnie można by się spodziewać, że po takim mocnym otwarciu czeka nas jakaś forma zarysowania nam miejsca, czasu akcji i motywacji postaci w chwili obecnej – jak się tam znalazł, co nim kierowało? Niestety… niekoniecznie, gdyż film decyduje się wtedy zaprezentować nam flashbacki z dzieciństwa głównego bohatera. Nie wchodząc w dalsze fabularne szczegóły – montaż „Morbiusa” to zjawisko tak niejednolite i chaotyczne, że skutecznie przeszkadza nam ono w śledzeniu nie tylko konkretnych, dynamicznych scen akcji, ale też i podstawowego, fabularnego ciągu przyczynowo-skutkowego. Do tej pory ciężko jest mi umiejscowić na filmowej linii czasowej scenę otwierającą – rozumiem, co miała na celu (choć jej łopatologiczne zamiary również powodują zgrzytanie zębów), nie ma ona jednak jakiegokolwiek chronologicznego sensu. Niestety – to wrażenie zdezorientowania i frustracji z małych czy większych nielogiczności będzie nam już towarzyszyć cały seans. Montaż jest tu zwyczajnie amatorski i sprawia wrażenie realizowanego na deadline – co dziwi, biorąc pod uwagę liczne obsuwy daty premiery, które w teorii powinny zniwelować wszelkie niedoróbki techniczne.

Morbius - zdjęcie 1

Nie mam zamiaru zarzucać origin movie kina superbohaterskiego sztampowości – to naturalne, że pewne motywy i zabiegi fabularne są dla takich filmów często nieodłączne i wpisują się w łączący je gatunek. Plot „Morbiusa” nie jest od tego wyjątkiem – lecz w przeciwieństwie do konkurencji zaprezentowana fabuła, poza byciem powieleniem schematów, jest też nad wyraz umowna, niedorzeczna i zwyczajnie niedorobiona. Masa tu niewykorzystanego potencjału i elementów, które zostały źle przemyślane nawet nie na etapie gotowego scenariusza, ale samego jego planowania. Budzi to skojarzenia z raczkowaniem kina superhero sprzed dwóch dekad, gdy premiery miały takie filmy jak pierwszy „Hulk” czy „Kobieta Kot”. „Morbius” bardzo często daje przesłanki, że w sumie ten film sam nie wie, jaką historię chce nam opowiedzieć. Podstawowy motyw pozostaje dla filmów z uniwersum villainów Sony niezmienny – protagonistą ma być antybohater, który staje w szranki z większym od siebie zagrożeniem. „Morbius” jednak na tyle często rozjeżdża się tonacyjnie, że ciężko scharakteryzować obraz jako całość – niby mamy tu trochę historii osobistej wendety bohatera, niby jest to trochę horroro-kryminał i gdzieś tam w tle tli się wątek miłosny, ale wszystko to nie składa się jakkolwiek w całość. Ostudźcie swój entuzjazm wszyscy, których zainteresował aspekt wampiryzmu i wynikającej z jego grozy – „Morbius” nawet na sekundę nie jest horrorem i to mimo sporej ilości momentów, w których film mógłby nas porządnie wystraszyć; nawet w ramach swojej kategorii wiekowej. Zwłaszcza boli mnie niewykorzystany potencjał sekwencji, gdy nasz bohater po raz pierwszy przemienia się w swoje wampirze alter ego – z uwagi na sytuację fabularną i miejsce akcji z łatwością można by wykreować te sceny na wzór „Obcego” czy innych klasyków kina grozy, reżyser jednak nawet na moment nie podejmuje takiej próby. „Morbius” upływa pod znakiem gatunkowej nijakości i reżyserskiej nudy – Daniel Espinosa nie za bardzo się stara, by w jakiś sposób nadać swojemu filmowi charakter, przez co jest on zwyczajnie nieangażujący. Spory problem mam również z motywacjami i psychologią postaci, zwłaszcza w kilku kluczowych dla fabuły momentach, gdy „Morbius” zdaje się oczekiwać ode mnie konkretnej emocjonalnej reakcji, a uzyskuje w zamian… jedynie obojętność, gdyż towarzysząca sytuacji podbudowa fabularna nie była w żaden sposób przekonująca. Ciężko mi koniec końców powiedzieć, o czym był ten film – jest tu sporo ciekawych pomysłów, ale zostają one pogrążone przez beznamiętność i niestaranność całości.

 A jeżeli o postaciach mowa – cóż, trzeba się postarać, by wykreować cały cast tak drewnianych bohaterów. Jared Leto jako Morbius nie nadaje swojej postaci w żaden sposób głębi (choć podejrzewam że było o to trudno przy danym scenariuszu), a cała reszta postaci praktycznie rozmywa się z tłem, tak słabo są zarysowani. Można tu wyróżnić jedynie Matta Smitha, który robi, co może, aby wpasować się w superbohaterską konwencję, koniec końców jednak i on wypada dosyć karykaturalnie. Potencjał takich aktorów jak Jared Harris czy Tyrese Gibson pozostaje zupełnie niewykorzystany, a to, w jaki sposób są tutaj przedstawione postaci kobiece, budzi spory niesmak. Główna żeńska bohaterka – doktor Martine w wykonaniu Adrii Arjony – nie przejawia przez cały czas trwania seansu niemal kompletnie żadnych cech charakteru i ciężko oprzeć się wrażeniu, że służy ona tylko i wyłącznie jako „ozdoba” dla postaci Jareda Leto. Mimo tytułu doktorskiego nie podejmuje ona żadnych samodzielnych decyzji i podpina się pod działania swojego „mistrza” bez mrugnięcia okiem, a jego postępujący wampiryzm komentuje słowami, że jej zdaniem „Drakula był całkiem romantyczny”. Poważnie? Efekt ograniczonej roli żeńskich bohaterek potęguje fakt, że poza Adrią na próżno można szukać w obsadzie innych kobiet – zwyczajnie ich nie ma. Nie mam bladego pojęcia, z czego tak postawiony stan rzeczy wynika – może to efekt cięć w montażowani? – ale mocno rzuca się to w oczy w trakcie trwania seansu. Inna postać kobieca w filmie, która sobie przypominam, to… nieznajoma w barze, do której zaleca się postać Matta Smitha. To dosyć wymowne i dobrze oddaje fakt, jaka jest w „Morbiusie” rola żeńskich bohaterek.

Morbius - zdjęcie 2

Grubymi nićmi szyty wydaje się również wspomniany już wcześniej wampiryzm głównego bohatera. Chęć spożywania ludzkiej krwi istnieje tylko i wyłącznie jako plot device, do tego z rodzaju tych słabo wyjaśnionych. Tutaj wejdę w marginalne spoilery – ale spokojnie, nie zepsują one wam zabawy, to sam początek drogi bohatera. No bo skoro przez jakiś czas Morbius jest w stanie spożywać sztuczną krew, to dlaczego nikt później nie wpada na pomysł, aby zastąpić ją chociażby zwierzęcą? Jak na niedoszłego noblistę z medycyny pomysł ten nie wydaje się specjalnie wymagający. Nie, w „Morbiusie” od razu jest budowana narracja, jakoby nasz bohater stopniowo przybliżał się do nieuchronnego zostania mordercą – inne opcje w ogóle nie są brane pod uwagę. I to o tyle nielogiczne, że przecież geneza przemiany doktora Morbiusa – czyli szczepienie swojego ludzkiego DNA z nietoperzym – sama nasuwa taki pomysł; nietoperze raczej nie żywią się tylko i wyłącznie ludźmi. Być może jest to pomysł trzymany na ewentualny sequel, ale to rozczarowujące, że nikt nawet nie odnosi się do potencjalnej kwestii zaspokajania głodu w inny sposób, niż ten najbardziej sztampowy i przesadnie dramatyczny. Zwłaszcza, że potrzeba spożywania ludzkiej krwi jest prowodyrem większości fabularnych wydarzeń.

 Ale są też i plusy – jak na swój stosunkowo nieduży budżet (80 milionów) „Morbius” ma całkiem dobre i pomysłowe efekty specjalne, które ogląda się z przyjemnością. Jasne, że bardziej utalentowani filmowcy wykorzystaliby te pieniądze z pewnością jeszcze lepiej, ale to, co dostaliśmy wizualnie wypada całkiem nieźle. Do zalet z pewnością można też zaliczyć czas trwania – 100 minut to w sam raz i dobrze, że nie pokuszono się na więcej, bo wtedy istniałoby ryzyko, że można by się było przyczepić do jeszcze większej ilości idiotyzmów. Chciałbym coś powiedzieć o muzyce, ale jest na tyle nijaka, że kompletnie jej nie pamiętam – może to i dobrze, bo spełniła swoją rolę i nie wybijała mnie z seansu, ale z pewnością zabrakło tu wyrazistego motywu przewodniego na wzór zremiksowanego Beethovena, który towarzyszył pierwszym zwiastunom. Wielka szkoda, że ostatecznie nie wykorzystano go w filmie – być może całość miałaby wtedy chociaż namiastkę jakiegokolwiek klimatu.

 Sceny po napisach to temat na osobną rozprawę o kondycji uniwersum Sony, więc wstrzymam się od komentarza – mówiąc krótko: nie jest za dobrze. I tymi słowami można też podsumować „Morbiusa” – film, za którym nie stała żadna konkretna wizja i który wątpię, że spełni oczekiwania kogokolwiek – nawet, jeżeli żadnych w nim nie pokładaliście. „Venomy” są chociaż w swojej nieporadności zabawne, a tutaj zabrakło nawet tego.

 2/10

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Picture of Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy