Nazywanie nowego albumu Taylor Swift najbardziej wyczekiwanym albumem roku jest kłamstwem i prawdą jednocześnie.

 fot. Mert Alaş and Marcus Piggot

Piosenkarka ledwie rok wcześniej wydała „The Tortured Poets Department”, wpuszczając na zmielone wody streamingu ponad trzydzieści utworów jednego dnia. Wydawać by się mogło, że nakarmiła wygłodniałych fanów. Każdy jednak wie, że to w zasadzie oksymoron, bo fan to istota, której trzewia nie znają uczucia sytości. Patrząc na to z perspektywy takiej Cardi B, która wydała w zeszłym tygodniu swój drugi album po siedmiu latach od debiutu, to w fabryce muzycznej Taylor Swift taśma przemysłowa kręci się dniami i nocami. Nie ma tu czasu na takie uczucia jak tęsknota. Strategia Swift to nie „pojawiasz się i znikasz”, ale „im więcej ciebie, tym mniej”. To też, kiedy piosenkarka po zakończeniu najbardziej dochodowej trasy koncertowej w historii „The Eras Tour” zamiast udać się na zasłużone wakacje, ogłosiła nowy album. Dając swoim kolegom i koleżankom z branży ledwie kilkumiesięczne okienko od okupowania przez siebie list przebojów. Ich los został i tak przesądzony w momencie wyklucia się „The Life of a Showgirl” z kuferka w podcaście swojego narzeczonego. Gazeta Wyborcza na swoim fanpage’u zapowiedziała wówczas album Taylor Swift na czerwonym tle, na tym samym, na którym ostrzega też o atakach rosyjskich dronów.

The Life of a Showgirl” anonsowało się pięcioma różnymi okładkami, doprowadzając nawet magazyn Teen Vogue do zadania sobie pytania: czy to kapitalistyczna chciwość, czy presja nakładana na gwiazdę pop? Czymkolwiek by nie była, serwowany wizerunek dziewczyny zanurzonej w świat burleski jest nowym tropem dla zrozumienia jej perspektywy. Skojarzenie z karnawałem nie jest przypadkowe. Na nowym krążku porzucamy cierpiącą poetkę. Witamy Alicję, która zamiast do krainy czarów wpada do świata, w którym można zrobić jeszcze większe cuda na kiju. To przypowieść o show biznesie, jedynym świecie, jaki Taylor Swift zna i w jakim żyje nie na żarty.

fot. Mert Alaş and Marcus Piggot

Cały album wyprodukowali Max Martin i Shellback. Co mówi wszystko o tym, w jaki kategoriach o nowym wydawnictwie myślała sama Swift. Kto najlepiej może nadać brzmienie spisanemu żywotowi pop gwiazdy, jeżeli nie dwójka Szwedów? Wszystkie drogi popowej muzyki prowadzą od dekad do Szwecji. To tam, nie wiedzieć, czemu, ludzie oddychają powietrzem, w którym rozpylony jest przepis na przeboje. Sam Max Martin na szczyt Billboardu zaprowadził dwadzieścia pięć kompozycji. Fakt, że pracował z Taylor przy albumach „1989” i „Reputation” (moim zdaniem to dwie największe wylęgarnie hitów Swift) dobrze obrazuje ich ambicje. Otwierający album utwór „The Fate of Ophelia” doskonale oddaje klimat całego krążka. Początkowe klawisze fortepianu są tylko zasłoną dymną, z której wyłania się energiczny beat i lekko obniżony wokal Taylor. Refren jest wycyzelowanym radiowym zaklęciem, będącym w stanie zawładnąć każdym, do którego uszu będzie mógł tylko dotrzeć. To potencjał na singla. Podobnie jak „Elizabeth Taylor”, w której pobrzmiewa mi hit „Don’t Blame Me”. Niechaj i komplementem będzie także, że w piosence „Opalite” słyszę „Mamma maria” bajecznie prostoduszny, pamiętający lata osiemdziesiąte szlagier.

Nie można zapominać, że dyskografia Swift słynie przede wszystkim ze storytellingu w swoich tekstach. Odkąd przekroczyła trzydziestkę, przestała gryźć się w język (ku niezadowoleniu amerykańskich matek, które uskarżały się już przy okazji poprzedniej płyty, że jej piosenki, których słuchają ich pociechy mają zbyt dużo przekleństw). W piosence „Father Figure” śpiewa o metaforycznej roli ojca „I can make deals with the devil because my di*k’s bigger” (tłum. Mogę zawierać umowy z diabłem, bo mam większego fi*ta). W muśniętym grunge’em (sic!) „CANCELLED!” usłyszymy o mieczu Damoklesa wszystkich gwiazd popu, jakim jest cancel culture. Z kolei w „Actually Romantic” fani doszukują się kąśliwości wobec Charli XCX, która podobno miała nazwać Taylor nudną lalką Barbie. Publika kocha takie smaczki, ale moją uwagę bardziej przykuwa chwytliwa linia melodyczna refrenu i lekko funkowe podglebie w numerze „Wood”. Album zamyka prawdziwy epilog nie jednej, a dwóch showgirls. Taylor towarzyszy Sabrina Carpenter, która w podobny sposób nosi w sobie to brzemię bycia dla publiczności tylko pewnym uproszczonym awatarem. Piosenka tak samo w pewnym momencie przywdziewa na siebie musicalowy kostium, który chwilę później z siebie otrząsa. Światła gasną. Gwiazda wejdzie na scenę kolejnej nocy. Takie jest życie showgirl.

Przestrzegam wszystkich przed skazaną na porażkę próbą zrozumienia fenomenu Taylor Swift. Ten ma to do siebie, że jest nieuchwytny dla rozumu. To pewna wiązka emocji, która trafia przez osmozę prosto do wrażliwości. Nowy album to w końcu różnorodna ich paleta, którą można przywdziewać raz po raz. W końcu, ponieważ jego poprzednik pozostawał mnie zbyt obojętnym na swoje uroki. „The Life of a Showgirl” z ochotą postawię na półkę obok „Reputation” i „1989”, bo dorównuje im obu. To dobra popowa płyta.

Ocena 4/5

Przeczytaj także: SAG-AFTRA stanowczo potępia pomysł z AI aktorką Tilly Norwood. Branża reaguje na kontrowersyjny pomysł

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
3 2 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O Autorze

Picture of Adrian Matuszkiewicz

Adrian Matuszkiewicz

Absolwent dziennikarstwa i katowickiej szkoły filmowej. Autor podcastu „popwiadomienie”. Stały w uczuciach do Coppolowskiej Marii Antoniny, mięsnej sukienki Lady Gagi i zaklęć niewybaczalnych.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy