Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

23. MFF Nowe Horyzonty: „Femme” [RECENZJA]

Podczas festiwalu Nowe Horyzonty zaprezentowano thriller, który śmiało może być uznany za jeden z najlepszych i najciekawszych filmów festiwalu — „Femme”. Ta queerowa i mroczna historia dosłownie wbiła mnie w fotel, nie dając ani momentu wytchnienia. Aż ciężko uwierzyć, że rzeczony film to tak naprawdę debiut w karierze reżyserskiej Sama H. Freemana i Ng Choon Pinga.

Jules (Nathan Stewart-Jarrett) to prawdziwa gwiazda estrady, która wieczorami występuje w popularnym klubie gejowskim jako drag queen. Prowadzi całkiem dobre i sympatyczne życie, w blasku fleszy i chwały, jakiej dorobił się robiąc show podczas występów dragu. Sielanka kończy się jednak w momencie, w którym doświadcza fizycznej krzywdy. Po jednym z występów Jules konfrontuje się w sklepie z kilkoma groźnymi mężczyznami. Jeden z nich jest najbardziej wrogo nastawiony i to on staje się jego największym oprawcą. Jules zostaje dotkliwie pobity na tle homofobicznym na środku ulicy i ograbiony ze wszystkich ubrań. To zdarzenie sprawia, że ofiara porzuca występy jako drag queen i zaczyna prowadzić życie niezbyt rzucające się w oczy.

Kilka miesięcy po tym zdarzeniu ponownie spotyka swojego napastnika, Prestona (George MacKay). Tym razem, o dziwo, w gejowskiej saunie gdzie ów agresor dwoi się i troi, by nie wyjść na homoseksualistę. Odpycha więc przystawiających się do niego mężczyzn, wyzywając ich w najgorszy możliwy sposób. Jak jednak się po chwili okazuje, obecność Prestona w tym miejscu nie jest przypadkowa. Gdy nikt nie patrzy, zwraca się do Julesa z propozycją odbycia stosunku seksualnego. Niewątpliwie Preston nie rozpoznaje swojej ofiary, a to stwarza okazję do zemsty. W tym momencie rozpoczyna się niezwykle wciągająca intryga, która może doprowadzić do niebezpiecznych sytuacji, zarówno dla jednego, jak i drugiego.

Muszę tutaj koniecznie zaznaczyć, że oglądając „Femme”, nie mogłam wyzbyć się wrażenia, jak bardzo ten film kojarzy mi się z dwoma innymi produkcjami, osadzonymi w gatunku rape and revenge. Pierwszym z nich jest wyśmienity film „Obiecująca, młoda, kobieta”, a drugim zaś serial „Mogę cię zniszczyć”. Rzeczone produkcje z „Femme” łączy nie tylko wszechobecna zemsta oraz motyw thrillera, ale również wyjątkowy klimat wprawiający w osłupienie. Wymienione przeze mnie produkcje w świetny i niezwykle dosadny sposób ukazały chęć wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę i ukarania oprawcy. Wszystkie trzy na długo zapadają w pamięć, także „Femme” zdecydowanie trafiło do mojej prywatnej, revenge listy filmowej.

Femme
„Femme”, reż. Sam H. H. Freeman, Ng Choon Ping

Odnoszę wrażenie, że w filmie wszystko gra idealnie. Począwszy od scenariusza, po napisane postacie, scenografię, kolory, kadry, przez dźwięk i muzykę. Wybitni są tu również aktorzy, odgrywający główne role. Nathan Stewart-Jarrett jest niezwykle przekonujący w roli zagubionego i skrzywdzonego Julesa. Widzimy zmianę, jaka w nim zachodzi. Z prawdziwej, ekscentrycznej gwiazdy staje się zamkniętym i nieufnym człowiekiem. Jego wycofanie widoczne jest w mowie ciała, jaką prezentuje Nathan, a także w jego mimice. Jednak to George MacKay jest w tym filmie wybitny. Z niebywałą lekkością wciela się w postać groźnego gangstera, jednak tylko na pozór. Wydaje mi się, że bardzo trafnie przedstawił zachowania i postawy mężczyzn, którzy żyją w szafie i nienawidzą swojej orientacji tak bardzo, że wręcz się to z nich wylewa. Wylewa się również z Prestona, który ewidentne sobie z tym nie radzi, a przez swoją złość wyżywa się na innych. Ma on jednak tez drugie, nieco inne oblicze, które gdzieś zanika pod płaszczem agresywnych zachowań. Preston, tak jak wszyscy, pragnie tylko miłości i akceptacji. MacKay w stu procentach udźwignął tę niewątpliwie trudną rolę i jest w niej naprawdę rewelacyjny.

Dynamika relacji głównych bohaterów została napisana w tak świetny sposób, że nie boję się stwierdzić, że jest to jedna z najciekawiej napisanych relacji męsko-męskich w kinie, na przestrzeni ostatnich lat. Ma ona w sobie wszystko to, czego szukamy jako odbiorcy. Choć bardzo burzliwa i toksyczna, to wciąż jest hipnotyzująca i elektryzująca. W „Femme” bohaterowie zmieniają się wraz z upływem mijającego czasu. Jules coraz bardziej zatraca się w swojej prywatnej vendetcie, nie zważając na konsekwencje swoich zachowań. Z drugiej strony mamy Prestona, który wreszcie zaczyna nieco akceptować swój homoseksualizm i zmienia się na lepsze pod wpływem swojego kochanka. I tu po raz kolejny należy zwrócić uwagę na kunszt aktorski George’a MacKaya, którego wybitna rola sprawia, że zaczynamy mu bardziej współczuć oraz kibicować. Znika cała niechęć i nienawiść wobec niego. Pozostają tylko dobre i szczere intencje.

W „Femme” mamy do czynienia z całą masą wszelakich socjologicznych i psychologicznych gierek, które odbywają się nie tylko na poziomie relacji głównym bohaterów. Dajmy na to współlokatora Julesa, Toby’ego (John McRae), który pozostaje w zażyłych i niezwykle bliskich relacjach z mężczyzną. Na pierwszy rzut oka nic ich nie łączy, poza silną przyjacielską więzią. To prawdopodobnie tylko pozory, ponieważ gdy tylko Jules się załamuje, Toby próbuje go pocałować czym nieco odsłania przed widzami swoje uczucia względem współlokatora. Tym samym sam stosuje swoją prywatną grę, która opiera się na próbach zdobycia serca Julesa, jednak tylko poprzez wykorzystanie chwili jego słabości. Ten wątek, choć zdecydowanie poboczny i mniej istotny, również składa się na to, jak mądrze napisanym i fenomenalnie niepokojącym filmem jest „Femme”.

Magnetyzm produkcji Freemana i Ng Choon Pinga jest na tyle wyczuwalny, że naprawę ciężko jest przejść obok tej produkcji obojętnie i bez zachwytów. „Femme” pozostawiło mnie z poczuciem ogromnego niepokoju i masą pytań, na które wciąż próbuje znaleźć odpowiedzi. Podobnie jak „Obiecująca, młoda, kobieta” wprawił mnie w osłupienie i trafił w jakieś najgłębsze rejony mojej emocjonalnej strony. „Femme” to jeden z najlepszych debiutów ostatnich lat, nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Ocena: 8/10

Przeczytaj również: 23. MFF Nowe Horyzonty: „Blue Jean” [RECENZJA]

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Martyna Kucybała

Martyna Kucybała

Dziecko Marvela, które nosi w sobie ogromne pokłady miłości do Spider-Mana oraz innych bohaterów i złoczyńców z Nowego Jorku. Z wielką chęcią wypiłaby szklaneczkę whisky w towarzystwie Jessici Jones i pobujała się po mieście z Milesem Moralesem. Miłośniczka kina, zwłaszcza tego bliskowschodniego. Uzależniona od kupowania Funko Popów i kart kolekcjonerskich a prywatnie ogromna fanka basketu i piłki nożnej.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy