„Mattimeo” to trzeci już tom kultowej serii Redwall, której poprzednie odsłony – „Bitwę o Rudy Mur” i „Krainę Mchu i Kwiatu” – recenzowałem na łamach Kącika w ubiegłym roku (tu i tu). Jak to już w tym cyklu bywa, w przypadku „Mattimeo” Brian Jacques ponownie proponuje nam skok w czasie, aby opowiedzieć o mieszkańcach Rudego Muru w kolejnym, ważnym momencie jego historii. Tym razem powracamy do dziejów znanego z pierwszej części Marcina Wojownika, który jako dojrzały i zasłużony myszek doczekał się już potomstwa. Jego syn, właśnie Mattimeo, zmuszony będzie zmierzyć się nie tylko z dziedzictwem owianego legendą ojca, ale również z nowym zagrożeniem w postaci niebezpiecznych lisów pod przewodnictwem Szlakara Okrutnika. Czy po raz kolejny składa się to na udaną historię dla młodszych (i nie tylko) czytelników?
Początek „Mattimeo” można zaliczyć do bardzo udanych. Jacques po raz kolejny udowadnia, jak dobrze czuje się w wykreowanym przezeń świecie, przez co powrót do krainy Mchukwiatu jest płynny i przyjemny; wszyscy fani serii szybko poczują się tu jak w domu. Mamy intrygujący prolog, który przedstawia nam owianego tajemnicą antagonistę, po czym przechodzimy do urokliwego i charakterystycznego dla cyklu wprowadzenia do codzienności mieszkańców Rudego Muru. Codzienności pełnej, jak to u myszków bywa, przygotowań do wielkiej uczty (tym razem z okazji Lata Złocistej Równiny), psot (w wykonaniu najmłodszych) czy niesnasek, w których hipocentrum znajduje się tytułowy bohater. Mattimeo, syn zasłużonych Marcina i Bławatki, jak to na niesfornego nastolatka przystało, znacznie bardziej zainteresowany jest awanturą niż trzymaniem pozy nienagannie sprawującego się księcia, co naturalnie skutkuje licznymi spięciami w relacji z ojcem. Sprawia to, że bohater znany nam z pierwszego tomu będzie musiał odnaleźć się w nowej roli surowego, ale wspierającego rodzica, co zaowocuje nową w serii dynamiką. Samo zawiązanie książki, czyli niepozorny atak bandy Szlakara na Rudy Mur i podstępne porwanie najmłodszych pod osłoną nocy, doskonale buduje apetyt na dalszą lekturę. Niestety, po bardzo mocnym otwarciu, poziom zaciekawienia czytelnika szybko spada przez to, jak autor nie do końca udolnie kieruje wątkami w ramach dwu (a nawet trzy) torowej narracji.
Trzytorowy zwierzyniec
Pierwszym wątkiem są, oczywiście, losy porwanego Mattimeo, drugim – wyprawa ratunkowa Macieja wraz z przyjaciółmi, Bazyliem Rogaczem-Zającem oraz Pieni-Pniem, a trzecim – poboczna przygoda na Rudym Murze, który zostaje zaatakowany przez kruka Żelaznodziobego i jego pobratymców. I nie chodzi o to, że wszystkie te perypetie są nieciekawe; ich poziom jest po prostu zbyt nierówny, aby można było mówić o płynnej i w pełni satysfakcjonującej przygodzie. Perspektywa zniewolonego Mattimeo i stopniowo odkrywająca się aura tajemniczości wobec bandy Szlakara z początku intryguje, lecz po jakimś czasie staje się wątkiem, który sam w sobie do niczego nie zmierza, służąc jedynie jako fabularny pretekst dla misji ratunkowej Macieja. Ta z kolei jest zdecydowanie najsłabszym elementem powieści – czuć, że autor chciał tu nieco odtworzyć klimat towarzyszący wędrówce drużyny Marcina z „Krainy Kwiatu i Mchu” (będącego, moim skromnym zdaniem, najlepszym z dotychczas wydanych tomów), lecz zrobił to znacznie bardziej po macoszemu, tonując humor postaci i obcinając skalę świata przedstawionego. Akcja „Mattimeo” rozgrywa się na stosunkowo niewielkiej mapie, w której dominują znane nam już tereny leśne i rzeczne; próżno tu o lokacje rozbudzające żywiej wyobraźnię. W przypadku serii tak mocno stawiającej w poprzednich tomach na różnorodność geograficzną, jest to nieco rozczarowujące, przez co całość traci na duchu nowej przygody. Wynika to z faktu, że „Mattimeo”, poprzez prowadzenie aż trzech nierównym poziomem narracji, zwyczajnie ciągnie zbyt wiele srok (a może kruków?) za ogon.
Najbardziej widać to na przykładzie losów głównego bohatera. Wątek Mattimeo z początku sprawia wrażenie, jakby zmierzał do klasycznego „od zera do bohatera” w wykonaniu zbuntowanego i niepokornego syna, żyjącego nieco w cieniu swojego legendarnego ojca. Niestety, choć w kilku scenach są tego przebłyski, Mattimeo przez całą narrację pozostaje z grubsza tym samym, jednostajnym bohaterem. Nie przechodzi żadnej drogi (no, przynajmniej w sensie metaforycznym, bo w kajdanach pokonuje jej trochę), przez co jako protagonista wypada znacznie bardziej blado, niż jego poprzednicy. Nijakość Mattimeo nie wynika jednak jedynie z niepogłębionej kreacji (choć to spory minus, tym bardziej, że całkiem dobrze zarysowany na początku wątek rodzinny koniec końców ledwo tu wybrzmiewa), a z niekonsekwentnej narracji. Odnoszę wrażenie, że sam autor nie mógł do końca się zdecydować, na którym wątku położyć największy akcent, przez co staje nieco w rozkroku między kontynuacją losów ulubieńca z „Bitwy o Rudy Mur”, a rozwijania nowej, tytułowej postaci.
Mattimeo, (nie) mój Mattimeo
Na niekonsekwencji narracji cierpi również wszystko inne. Główny przeciwnik Szlakar Okrutnik i jego motywacje są, co prawda, dosyć pomysłowo połączone z pierwszym tomem serii, lecz sama postać nie dorasta do pięt podstępnej Czartycy czy brutalnego Cluny’ego zwanego Biczem. Nie ma w sobie tej ikry i szaleństwa, który czyniłby z niego emocjonującego antagonistę. Przywódca kruków, Żelaznodzioby, wypada już nieco lepiej, ale on również skorzystałby na większym rozwinięciu i podbudowie – w zasadzie nic o nim nie wiemy, przez co trudno traktować jego motywacje inaczej niż pretekstowo. Mam również spory problem z środkową częścią książki, gdzie wszystkie trzy wątki niemal jednocześnie zwalniają. Przekłada się to na sporo wtórnych interakcji, które z powodu ograniczonego światotwórstwa wypadają zwyczajnie nudno i nieangażująco; nie dzieje się w nich nic, czego nie znalibyśmy z poprzednich tomów. Im bliżej końca, tym powieść sprawniej wraca na właściwe tory, lecz trudno pozbyć się wrażenia, że sam środek został pozbawiony fabularnego i charakterologicznego „mięsa”.

Nie znaczy to jednak, że nic w Mattimeo się nie udało. Główny wątek, związany z niewolniczymi ciągutami bandy Szlakara, w ciekawy sposób odkrywa mroczną, do tej pory nieodkrytą część tego świata, dodając mu w ten sposób sporo głębi i udowadniając, że zdecydowanie nie mamy do czynienia z serią wyłącznie dla dzieci. Pochwały należą się również rozdziałóm skupionym wokół bohaterów, którzy nie wyruszyli w drogę, jak Marcin i Mattimeo, a pozostali bronić Rudego Muru pod nieobecność jego najważniejszych herosów. Podstępne pertraktacje i spiski Bławatki i Konstancji wobec niebezpiecznych, ale nie grzeszących rozumem kruków pełne są humoru i niespodzianek, co często wywołało uśmiech na mojej twarzy w trakcie lektury. To klasyczny „B-plot”, ale bawił i zajmował mnie zdecydowanie bardziej niż główna treść powieści i faktycznie był dla serii czymś świeżym i pełnym kreatywnych rozwiązań. Całkiem do gustu przypadło mi również samo zakończenie, w którym historia w satysfakcjonujący sposób rozwiązuje wszystkie wątki i pełna jest typowej dla cyklu „epickości”; końcowe 100 stron, podobnie jak początkowe, połyka się praktycznie duszkiem. Tym bardziej szkoda, że że nie mogę tego samego powiedzieć o pozostałych 350…
W ostatecznym rozrachunku chciałbym lubić Mattimeo znacznie bardziej, niż niestety jest w rzeczywistości. To powieść przepełniona wieloma pomysłami, sercem i klasycznym dla Redwalll baśniowym klimatem, przez co najmłodsi czytelnicy z pewnością zignorują wszystkie wady i ponownie będą bawić się znakomicie. Jakby nie patrzeć, to nadal kawał porządnie napisanej i wartościowej literatury dla młodszych nastolatków, o którą na rynku z roku na rok coraz trudniej. Lecz jako, że ja sam od samego początku czytam serię Jacquesa w wieku dorosłym, zwyczajnie wiem, że autora stać na więcej pod kątem narracji czy światotwórstwa, które zawiodły mnie w trzecim tomie najbardziej. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnych odsłonach świat Rudego Muru i Lasu Mchukwiatu odzyska nieco z utraconej magii.
Książkę do recenzji otrzymaliśmy od wydawnictwa Nowa Baśń, za co serdecznie dziękujemy.
Zobacz również: „Batman/Superman: World’s Finest” – tom 1 [RECENZJA]
[…] Zobacz również: „Redwall: Mattimeo”. Rozdzióbią nas kruki, zniewolą lisy [RECENZJA] […]