Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

„Redwall: Kraina Kwiatu i Mchu”. Poszukiwanie borsuczego króla [RECENZJA]

„Kraina Kwiatu i Mchu” to drugi tom cyklu „Redwall” Briana Jacquesa, popularnej serii fantasy dla młodego czytelnika, w której pierwsze skrzypce odgrywają zantropomorfizowane leśne zwierzęta. Ponownie przenosimy się do fikcyjnej krainy Mchukwiatu, tym razem jednak w celu poznania dziejów słynnego Marcina Wojownika na długo przed powstaniem Rudego Muru, wokół którego toczyła się akcja pierwszej części serii. Czytelnikowi zostaje więc przedstawiona zupełnie nowa grupa bohaterów, a sama historia służy jako prequelowe uzupełnienie poprzednika, dokładając nowe cegiełki do redwallowego lore – i, oczywiście, przedstawiając zupełnie nowe przygody w nieeksplorowanych wcześniej lokalizacjach krainy Jacquesa. Lecz czy powrót do Mchukwiatu jest równie satysfakcjonujący, co dobrze oceniona przeze mnie wcześniej „Bitwa o Rudy Mur”?

„Kraina Kwiatu i Mchu” przedstawia nowego, głównego bohatera – wspomnianego już wcześniej Marcina Wojownika, legendarnego wojaka, w którego dzieje wiele lat później wpatrzony jak w obrazek będzie Maciej, protagonista pierwszego „Redwall”. Maricn, wędrując po Mchukwiecie w poszukiwaniu zaginionego w tajemniczych okolicznościach ojca, przypadkiem wplątuje się w polityczną grę na dworze Kotiru – zamku rządzonego żelazną ręką przez samozwańczą królową i uzurpatorkę, żbika Czartycę. Niedługo później Marcin łączy siły z ruchem oporu wobec okrutnych rządów i wyrusza wraz utalentowanym wokalnie „złodziejmyszkiem” Gwizdonem i rezolutnym kretem Dynkiem w celu odnalezienia Knura Walecznego – owianego legendą prawowitego władcę Mchukwiatu. W tym samym czasie Czartyca coraz śmielej infiltruje grupy powstańcze zagrażające jej władzy, siejąc terror wśród mieszkańców lasu. Czoła jej stawiają m.in. odważna Bella z Jaźwidworu, współzałożycielka ROSM – Rady Organizacyjnej Sprzeciwu Mchuwkwiatu.

Drugi tom „Redwall” oferuje w gruncie rzeczy jeszcze więcej tego, co Brian Jacques zaprezentował już w „Bitwie o Rudy Mur”. Jeśli więc przypadły wam do gustu przygody Macieja Myszka, w przypadku „Krainy…” znów poczujecie się jak u siebie, ponieważ konstrukcja fabularna jest bardzo zbliżona do poprzednika. I tu mamy do czynienia z przygodową wyprawą – w tym wypadku Marcina, Gwizdona, Dynka i spotkanego po drodze Pienia-Pnia – przeplataną opisami narastającego konfliktu w obrębie Mchukwiatu, gdzie leśna społeczność odpiera ataki żbiczej królowej. Dodatkowo w „Krainie…” autor jeszcze bardziej rozbudowuje opowieść i jej narrację, oferując nam rotacyjnie kilka punktów widzenia. Dzięki temu ponad 500 stron powieści po brzegi wypełnione są treścią i wartką akcją, a liczne wątki poboczne, takie jak spiski i działania wojenne w Mchukwiecie czy postępujące szaleństwo władczyni Kotiru, nieraz potrafią być bardziej absorbujące od wyprawy Marcina. Czuć, że Jacques coraz swobodniej czuje się w wykreowanym przezeń świecie i dokłada do niego dodatkowe niuanse – strategicznych starć i politycznych zawirowań zwierzęcego świata z „Krainy Kwiatu i Mchu” nie powstydziłaby się żadna inna, porządna „ludzka” historia przygodowa. Momentami można zapomnieć, że śledzimy losy zwierząt, co świadczy o doskonałym wykorzystaniu przyjętej konwencji i dodatkowym rozwinięciu jej względem poprzednika, który – jak widać – służył w gruncie rzeczy jako wprowadzenie do bogatego świata „Redwall”. Jednocześnie „Kraina…”, z racji bycia prequelem, funkcjonuje zupełnie samodzielnie, więc śmiało można potraktować powieść jako pierwsze zetknięcie z tą interesującą serią.

Czego też w kolejnej odsłonie „Redwall” nie brakuje, to ducha nowej przygody. Wyprawa Marcina i jego towarzyszy wypełniona jest licznymi epizodami, w trakcie których bohaterowie raz za razem wplątują się w nowe tarapaty i mierzą się z nieznanymi dotychczas niebezpieczeństwami. Skala świata przedstawionego rozszerza się z samego Mchukwiatu również na jego bezpośrednio okolice, przez co mamy okazję zwiedzić m.in. góry zamieszkałe przez nietoperze czy wulkaniczny Salamandastrom, dawny dom ognistych jaszczurek. Wyprawa Marcina jest satysfakcjonująca i wartka, zgodnie z założeniami tropu „tam i z powrotem” – zwłaszcza, że każda kolejna lokacja jest zgoła inna od poprzedniej. Co prawda zabrakło mi nieco dłuższych pojedynczych przygód, jak pamiętną wizytę Macieja z „Rudego Muru” w królestwie wróbli – w „Krainie” akcja biegnie raczej na złamanie karku, ale jest tu uzasadnione przez większą niż w poprzedniku ilość wątków, które autor rozwija równolegle, odpowiednio dostosowując do nich tempo całej opowieści. Generalnie drugą odsłonę „Redwall” czyta się jeszcze szybciej, niż poprzednika, co jest oczywiście również zasługą świetnego przekładu Wojtka Cajgnera. I tutaj tłumacz miał spore pole do popisu, które dobrze wykorzystał – żarty językowe i charakterystyczny sposób wypowiedzi Dynka, kreciego towarzysza Maricna, to zdecydowanie jeden z najjaśniejszych punktów książki.

Co również doceniam, to mniejsza ilość przemocy. W momencie gdy „Bitwa o Mur” była, jak sama nazwa wskazuje, pełnym potyczek jednym wielkim starciem, gdzie nieco raziła mnie skala powszechności zabijania, tak w „Krainie” bohaterowie sami często dążą do pokojowych rozwiązań, sięgając się do śmierci jako zupełna ostateczność. Dzięki temu powieść wydaje mi się po prostu dojrzalsza i bardziej przystępna dla młodszego odbiorcy, ponieważ nie każda akcja dąży do rozlewu krwi.

W ostatecznym rozrachunku „Kraina Kwiatu i Mchu” to świetny nowy nabytek do serii „Redwall”, który przypadł mi do gustu jeszcze bardziej niż poprzednik. Założenia i szkielet fabularny są bardzo podobne, ale większe rozwinięcie bohaterów pobocznych, upłynnienie narracji i rozwinięcie świata przedstawionego o nowe, egzotyczne lokacje skutkują bardzo porządną powieścią przygodową, która powinna spodobać się wszystkim miłośnikom animal fantasy. Z niecierpliwością czekam na kolejne tomy i was również zachęcam do sięgnięcia po „Redwall” – nie bez powodu seria ta od swojego debiutu w latach 80-tych tak prężnie się rozwija.

Książkę do recenzji otrzymaliśmy od wydawnictwa Nowa Baśń, za co serdecznie dziękujemy.

Zobacz również recenzję pierwszego tomu: „Redwall: Bitwa o Rudy Mur” [RECENZJA]. Raz myszy śmierć

 

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy